S  C  H  O  L  A  N  D  E  R
B    I    U    L    E    T   Y   N         M    I    N    I    S    T     E    S    T    W    A        K    U    L    T    U    R    Y

 

Listopad '03, nr1(13)

 Redaktor: Wiktor Koliński  

Omnis ars naturae
imitatio est
_ _ _

wszelka sztuka jest naśladowaniem natury
(Seneka, Listy moralne do Lucyliusza, 41,8)

-------------------

Artykuły

[+] Wstęp

[+] Teatr w Ivonis

[+] Księga Szlachty Królestwa Scholandii

[+] Dzieje rodu hrabiów von Lahnstein

-------------------

Legendy Scholandii

[+] O upadku elfickiego miasta Saleniralla 

[+] Wyprawa na południe 

-------------------
Linki:
+Filharmonia
+Min. Kultury
+Kącik poetycki
+Muzeum na zamku
+Galeria Narodowa
+Galeria Abstrakcji
+Galeria Karykatury
+Lista pomników
+Kino
-------------------
Wszystkich chętnych do współpracy (nie za darmo oczywiście) prosimy o kontakt: ariel.szual@wp.pl 
-------------------

 Siedziba: Ivonis /DE

Szanowni Współobywatele!

  „Scholander” nie po raz pierwszy zmienia swój charakter, lecz zmiana, o której chciałbym Państwa poinformować, nie jest ani drastyczna, ani zmieniająca charakter naszego czasopisma. Od aktualnie przedstawionego czytelnikom numery „Scholander” jest oficjalnym biuletynem Ministerstwa Kultury Scholandii. Oznacza to, że poza zwyczajnymi artykułami, zamieszczanymi w „Scholandrze”, czyli poza poezją, legendami i opowiadaniami będziemy informować naszych czytelników o aktualnych wydarzeniach kulturalnych Scholandii. Poza tym autorzy „Scholandra” będą opisywać i komentować nowe przedsięwzięcia, związane z kulturą, a które nie są dobrze znane Szanownym Czytelnikom.
  Specyfika zatem naszego pisma zasadniczo się nie zmieni. „Scholander” nadal będzie poświęcony kulturze w jej przeróżnych wymiarach. Warto zaznaczyć, że komentowaniem wydarzeń kulturalnych zajmie się osobiście Wiktor Koliński, obecny Minister Kultury, a jednocześnie kierownik Instytutu Kultury KUS. W dziale „Legendy” będziemy publikowali odcinkami „Księgę Szlachty Królestwa Scholandii” autorstwa prof. Jerzego Gołowanowa (hr. von Lahnstein). Zostanie otwarty też nowy dział – sportowy, który będzie redagowany przez znanego wszystkim Pawła Czepana, osobę bardzo zasłużona na niwie kultury, który jednocześnie będzie odpowiedzialny za szatę graficzną „Scholandra”. Mamy nadzieję, że Szanowni Czytelnicy pozostaną zadowoleni z tej niewielkiej zmiany, która pomoże im swoistą „nawigację” w burzliwym morzu niezwykle zróżnicowanej i barwnej kultury Scholandii.
  Zapraszamy zatem do czytania. Będziemy niezmiernie wdzięczni Szanownym Czytelnikom za wszystkie możliwe uwagi i życzenia, dotyczące artykułów, publikowanych na stronach czasopisma „Scholander”.

dr Wiktor Koliński
Minister Kultury

--------------------------------------------

Teatr w Ivonis

  Teatr w Ivonis mimo krótkiego okresu funkcjonowania stał się ważnym wydarzeniem kulturalnym w „Scholandii”. Fachowo wykonana strona, piękne wprowadzenie, a szczególnie odwołanie się do wspaniałych tradycji czyni Teatr w Ivonis swoista perłą kultury Scholandii. 
  Znaczący jest też repertuar Teatru. Nawiązuje on bowiem do tradycji antycznych, wystawiając jako pierwszą sztukę „Antygona”, autorstwa wielkiego Sofoklesa. Niestety, z wielu jego tragedii jedynie kilka dotrwało do naszych czasów i „Antygona” jest zapewne jedna z najpiękniejszych. Aby czytelnicy mogli lepiej zorientować się w tematyce tej tragedii, warto zwrócić uwagę na mityczne tło, na podstawie którego Sofokles stworzył swój nieśmiertelny utwór.
  Antygona była królewną tebańska, owocem kazirodczego związku Edypa z matką Jokastą, jej rodzeństwo to Ismena oraz Eteokles i Polinik. Po wielu klęskach, jakie spadły na Teby, wieszcz Terezjasz wyjawił, iż król Edyp jest ojcobójcą, a jego żona to jego rodzona matka. Zrozpaczona Jokasta popełniła samobójstwo, a Edyp wyłupał sobie oczy i wyruszył w świat. Antygona towarzyszyła ojcu w żebraczej wędrówce, a po jego śmierci w Kolonos w Attyce powróciła do Teb. Jej bracia zginęli w bratobójczej walce pod murami Teb. Król Kreon, wuj Antygony, zabronił grzebania Polinika jako zdrajcy ojczyzny. Antygona uznała pochowanie zwłok brata za swój obowiązek religijny. Sprzeciwiła się rozkazowi i własnymi rękami wykopała bratu grób, za co Kreon skazał ją na śmierć. Żywcem zamurowano ją w rodzinnym grobowcu, gdzie Antygona powiesiła się. Jej narzeczony Hajmon popełnił samobójstwo przy zwłokach ukochanej. Antygona więc stała się główną bohaterka tragedii Sofoklesa Antygona. Wątek utworu osnuty został na opisanym powyżej tebańskim micie rodzinnym. Antygona znalazła się jak widać w sytuacji tragicznej, rozdarta między własnymi działaniami a planami sił wyższych (Fatum, Przeznaczeniem, normami moralnymi, interesem społecznym), nie może właściwie dokonać wyboru, bo każde jej posunięcie doprowadzi do katastrofy. 
  Kilkakrotnie w swoich wykładach w Instytucie Kultury KUS podkreślałem, że każda prawdziwa sztuka i kultura czerpie swoją moc i wyraz z kultury antycznej. Dopiero Grecy starożytni zwrócili uwagę na człowieka z całą gamą jego przeżyć, emocji i rozterek. Człowiek w utworach antycznych często podlega ograniczeniom czasu i przestrzeni, lecz to jedynie od niego zależy jak się zachowa, czy postanowi pójść na całość i wypełnić swoje przeznaczenie do bycia Człowiekiem, albo podda się i odda prawo do decydowania sobą komu innemu. Antygona postanowiła działać zgodnie z własnymi przekonaniami i chociaż zapłaciła za wierność sobie życiem, stała się symbolem wolności i wielkości rodzaju ludzkiego.

Wiktor Koliński

--------------------------------------------------

Księga Szlachty Królestwa Scholandii

Wstęp

  Scholandia słusznie szczyci się swoja szlachtą. Są to osoby, szczególnie mocno związane z samą państwowością naszego kraju, uczestniczyli w jego stanowieniu i utrwalaniu władzy na terenie Scholandii. Jak wszyscy zapewne wiedzą, zaludnienie Scholandii obecni mieszkańcy zapoczątkowali w okresie „Wielkiego Desantu”, który miał miejsce stosunkowo niedawno (z historycznego punktu widzenia). Pierwsi z obecnych Scholandczyków z niedowierzaniem patrzyli na piękny ląd – wspaniały, wypełniony artefaktami minionych cywilizacji, lecz całkowicie pusty. Nieznana Katastrofa ogołociła Scholandię z mieszkańców. Nie wiemy, co się z nimi stało. Niemniej zapiski zapewne odkryją nam tajemnicę ich nieobecności. 
  Uczestnicy Desantu zajęli puste tereny swojej nowej Ojczyzny, pozostawiając nietkniętymi kulturę i pomniki dawnych cywilizacji, a nawet przyjęli pewne elementy tej kultury jako własne. Dlatego też nobilitowani z liczby „nowych” Scholandczyków pośpieszyli przyjąć tytuły i cały splendor dawnych rodów arystokratycznych, po których została liczna dokumentacja, zapewniająca rozległą wiedzę o dawnej szlachcie Scholandii. Wraz z tytułami „nowa szlachta” dokonała symbolicznego aktu adopcji. Każdy z przedstawicieli „nowej szlachty” został w sposób symboliczny inkorporowany do jednego z rodów starej arystokracji Scholandii. Inkorporacja wiązała się również z przyjęciem całej spuścizny dawnych rodów szlacheckich. Był to piękny gest, mający zapewnić Scholandii ciągłość kulturową. Niemniej niektórzy z przedstawicieli „nowej szlachty” zachowali też tytuły i szczególne relacje z Koroną, związane z realiami sprzed Desantu (jak np. Hrabia Reichenau). 
  Zgodnie z powyższym, dosyć szybko zaczęły się prace nad zbieraniem informacji, dotyczących dziejów starej scholandzkiej arystokracji w celu stworzenia jednego integralnego zbioru, który nosi tytuł „Księga Szlachty Królestwa Scholandii”. Jednym z celów jest przybliżenie czytelnikom piękna dawnej Scholandii i pokazania, jak bogata spuściznę zostawili jej dawni mieszkańcy. Drugim z celów jest przypomnienie przedstawicielom szlachty o ich obowiązkach, związanych ze wspaniałą przeszłością rodów, z którymi są oni związani mocą adopcji. 
  Wszyscy wiemy, że szlachcic jest nie tyle osobą posiadającą przywileje, ile obowiązki wobec państwa i współobywateli. Szlachcic wyróżnia się nienagannymi manierami, mową łagodna, ale też stanowczą, gdy ważą się losy kraju lub tez gdy trzeba bronić słabych i uciśnionych. Słowem, jest to rycerz doskonały, waleczny w czasie wojny, pracowity w okresie pokoju, błyskotliwy w rozmowie, wykształcony i kulturalny. Szlachcic powinien być bez zarzutu, albowiem stanowi zwierciadło państwa, jest przyjacielem każdego człowieka uczciwego i prawego. Na języku szlachcica nie może gościć kłamstwo, jego obowiązkiem jest walczyć w obronie innych nie zważając na interes własny, albowiem jest powołany do tego, aby być „najlepszym człowiekiem”. Takie są wyzwania stojące również przed naszą szlachtą i „Księga Szlachty Królestwa Scholandii” powinna nieustannie przypominać naszej szlachcie o szczytnych przykładach i wielkich czynach, dokonanych rękoma ich przybranych przodków. 

--------------------------------------------------

Jerzy Gołowanow, hr. von Lahnstein
Dzieje rodu hrabiów von Lahnstein

Wstęp 

Pewnego razu szperając w zakurzonej bibliotece rodowego zamku Lahnstein w prowincji Scholia, znalazłem zwój pergaminowy, niemal rozlatujący się ze starości. Ten dokument okazał się niezwykle interesującym dokumentem, opisującym przeszłość naszego rodu. Zatem podjąłem się zadania tłumaczenia tego zwoju na język scholandzki, albowiem ku mojemu zaskoczeniu zarówno litery jak i językowe walory zwoju wskazywały na jego elfickie pochodzenie. Ponieważ w naszym rodzie od zawsze uczono dzieci języka elfickiego, odczytałem pierwsze wierszowane linijki pradawnego dokumentu, które brzmiały następująco:

Orzeł czarny z północy przybędzie, w złotą szatę i w czerwień przybrany;
Na południe wyruszy Pięćdziesiąt, barbarzyńskie ścierając watahy.

Wbije szpony w pagórek wśród puszczy, gród warowny zbuduje na szczycie;
Moc i prawość przekaże ludowi, aby mógł przed wrogami się bronić.

Będzie wielki i wielkość zachowa, mianem Elfa na wieki nazwany;
Orzeł czarny, co leci z północy, mądrość Elfów do Scholii przyniesie.

Nie udało mi się nawet w połowie przekazać czytelnikom piękna wierszy elfickich, ale treść w przekładzie nie uległa zmianie. Na dole widniał napis: „proroctwo mędrca Rhindolla”. Mędrzec wyraźnie nawiązał do naszego herbu: czarnego orła na złoto-czerwonym tle, lecz reszta wiadomości, o których dowiedziałem się z powyższego wiersza, była dla mnie tajemnicą. Na szczęście zwój zachował się niezwykle dobrze i dlatego też w krótkim czasie dokonałem przekładu naszej rodowej kroniki, która rzuca jasne światło na historię Scholandii. Kronika jest pisana w pierwszej osobie, a na końcu zwoju autor też się podpisał: „Elf Lermial, pierwszy graf von Lahnstein”. Był to zatem mój przodek, od którego bierze początek cały nasz ród. Wiedzieliśmy o naszym elfickim pochodzeniu chociażby ze względu na rodowy przydomek „Elf”, ale szczegóły naszego pochodzenia były nieznane. Przedstawiam więc kronikę rodu von Lahnstein, jednego z najstarszych w Scholandii. Początek pergaminu i niektóre inne jego części nie zachowały się z powodu pożaru, który strawił przede wszystkim część wstępną tego swoistego „testamentu” mojego przodka. Tekst nie był podzielony na rozdziały i ma nieraz formę dziennika, chociaż nie jest to regułą, albowiem suche nieraz opowiadanie przerywa się często barwnymi opisami spotkań lub też wydarzeń, które zwróciły na siebie szczególną uwagę mojego szlachetnego Przodka. Z konieczności, zgodnie z regułami literatury współczesnej najpierw publikuję narracje, później natomiast również dodatki (w formie krótkich opowiadań). Po przeróbce dodałem tytuły, które zapewne pomogą czytelnikom w lepszej orientacji.

Cześć I
O upadku elfickiego miasta Saleniralla

Dawno temu Elfowie mieszkali na wszystkich wyspach świata, ale szczególnie umiłowali lesiste wzgórza Elfidy. Przybyli oni z Prawdziwego Zachodu, krainy tajemniczej, do której odeszli już na zawsze. Wśród gęstych lasów Scholandii istniało wiele miast elfickich. Żadne z nich nie mogło jednak równać się ze stolicą, której nazwa wciąż jeszcze istnieje w legendach wdzięcznych Eltów. Chodzi tu o Salenirall – piękny gród, zbudowany wśród gałęzi pradawnych drzew, które pamiętały jeszcze początek świata. Wciąż pamiętam delikatne rzeźbione konstrukcje, zwiewne jak pajęczyna i mocne jak stalowa zbroja. Pamiętam śpiew Elfów i blask rosy o poranku w promieniach słońca. To wszystko już nie istnieje i serce drży z boleści, albowiem jestem już ostatnim Elfem nie tylko w Scholandii, lecz także na wszystkich Wyspach. Niedługo usłyszę również ja zew Duchów Lasu i podążę na północ, odejdę jak odeszła „Pięćdziesiątka”, drużyna moich towarzyszy. Jestem już ostatni, wiem jednak, że mądrość Elfów nie zginie, wiem, że potomkowie moi obdarzą Scholandię wiedzą Elfów, której przekazać nie zdążyłem.
Minęło już sześćdziesiąt pięć lat, odkąd jestem panem zamku Lahnstein, natomiast jeszcze pięć lat wcześniej wyruszyłem w daleką podróż, zgodnie z przeznaczeniem. 
... był piękny dzień, gdy wróciłem z ciężkiej wyprawy przeciwko barbarzyńcom, którzy wylądowali na Wschodzie. Panika wśród Eltów była ogromna, ale wszystko skończyło się pomyślnie. Hordy wyjących barbarzyńców, wymachujących toporami nie mogły wytrzymać szarży elfickich zastępów. Resztki ratowały się ucieczką na swoich prymitywnych łodziach. Poleciłem Eltom zabrać i opatrzyć rannych, a sam wraz z moimi towarzyszami wróciłem do Salenirallu. Myślałem wtedy, że niedługo już będziemy mogli bronić naszych przyjaciół przez wściekłością barbarzyńców. Salenirall pustoszeje, coraz więcej Elfów otrzymuje Wezwanie, które powoduje ich Odejście na Górę Elfów. Tam czekają na nich Białe Statki, które przybywają w nocy w mlecznej poświacie i odpływają o wschodzie słońca na Prawdziwy Zachód. Doszło do tego, że również ja, uczeń wielkiego Rhindolla, zamiast pogłębiać moją wiedzę w Gaju Mocy, musiałem chwycić do ręki miecz i walczyć w obronie biednych Eltów. Nie zawsze tak było. Jakichś trzysta lat temu nie było potrzeby nieustannej walki, rzadko kiedy tym ziemiom zagrażało niebezpieczeństwo. Mogłem wtedy spokojnie czytać i pisać pod okiem mądrego kochanego Rhindolla w gronie jego uczniów. Teraz nie ma już Kolegium, druidzi Eltów muszą radzić sobie sami, a Rhindoll lada dzień otrzyma Wezwanie.
Gdy wróciłem, znalazłem wszystkie domy opustoszałe, a cały Piękny Lud zgromadził się na Polanie Odejścia. Rhindoll zwrócił się do mnie z długim przemówieniem, z którego zrozumiałem, że ja i moja drużyna musimy wyruszyć na Południe, aby spełnić przeznaczenie. Oczywiście, znałem przepowiednię i wiedziałem, że odnosi się ona do Księcia Elfów, ale czy byłem jedyny? Nie byłem przecież wojownikiem! Rhindoll był pełen pokoju i uroczystej radości, jak każdy, kto niedługo Odchodzi. Elfowie nie znają śmierci na podobieństwo ludzi, ale mija kilkaset lat życia Elfa na wyspach i otrzymuje on nieubłagane Wezwanie, aby wrócić do swojej prawdziwej Ojczyzny, na Prawdziwy Zachód. 
Odeszli... Pozostałem sam, bez doradcy, bez domu i bez mojego ludu. Przede mną były lata walki. Nie obawiałem się broni i waleczności barbarzyńców, nie mogli oni równać się z mocą Urodzonych-Jako-Pierwsi. Obawiałem się mojej misji. Walczyć z nimi potrafiłem, ale uczyć?! Przerastało to poje pojmowanie, ale przeznaczenia nie da się oszukać, zresztą nie urodził się jeszcze Elf, któryby mógł czynić nieprawość, jesteśmy bowiem wszyscy dziećmi Światłości. 
Tak oto nastąpił kres Pięknego Ludu w Scholandii. Salenirall jednak przetrwał, chociaż gęsty las nie pozwala nikomu wejść do domów i pałaców Stolicy Elfów. Okoliczni mieszkańcy nazywają ten las „zaczarowanym”, albowiem klątwa ciążyła na tych, którzy próbowali wedrzeć się w gęstwinę. Jedynie Elfowie mogą dotknąć tajemnic swojej historii, nigdy to jednak nie nastąpi. Zgodnie z moim testamentem Elfida jest miejscem zakazanym dla moich potomków. Wybraliśmy inną drogę, bolesną, ale pełną szlachetnej prawości.


Cześć II
Wyprawa na Południe
Kierowaliśmy się na południe. Proroctwo mówiło o wzgórzach wśród puszczy, więc nie mogliśmy zboczyć zbytnio na Zachód. Droga prowadziła w kierunku wybrzeża. Czym dalej podążaliśmy na Południe, tym więcej zła i nieprawości widziały nasze oczy. Spalone wioski Eltów. zburzone miasta Cesarstwa Południowego, zgliszcza i zwłoki. Atakowano nas nieustannie, lecz to jedynie na krótko opóźniało nasz marsz. Pewnego razu spotkaliśmy oddział (jeśli te niesforną watahę można było nazwać oddziałem) barbarzyńców, prowadzących sporą liczbę jeńców, w których rozpoznałem poddanych Cesarstwa. Postanowiliśmy odbić nieszczęśliwych i to przedsięwzięcie się powiodło. Siwobrody przywódca powiedział, że są oni obywatelami cesarskiego miasta Aurelia Nova, które mieszkający w okolicznych lasach Scholowie nazywają Lahnstein. Na dźwięk tego scholijskiego słowa poczułem, że moje przeznaczenie się spełnia. Ruszyliśmy więc z powrotem i w niedługim czasie zobaczyłem zgliszcza miasta pięknie położonego na szczycie zalesionego pagórka. Rozkazałem wszystkim ruszyć dalej, a sam, zeskoczywszy z wierzchowca, zostałem na leśnej polanie, aby poradzić się Duchów Lasu. Od razu poczułem dobrą moc, która miała swoje źródło wewnątrz pagórka, na którym znajdowało się spalone miasto. Moc rozprzestrzeniała się i ogarniała okoliczne wioski Scholów, niosąc im światło mądrości. Nie miałem już wątpliwości, więc wróciłem do moich towarzyszy. Należało odbudować miasto i wzmocnić swoją władzę pomiędzy okolicznych Scholów. Nie było to łatwym zadaniem. Scholowie nie posiadali Kolegiów Druidów, ich dumna i niezależna natura wywoływała szacunek, ale odpychała dzikość obyczajów i okrucieństwo. Miasto cesarskie przekształciło się w warownię elficką, ale związki z okolicznymi wioskami Scholów długo pozostawały luźne. Scholowie nie darzyli szacunkiem nikogo, kto nie był związany z ich plemieniem. Byliśmy potężni, ale byliśmy też inni, bano się nas, ale nie szanowano. Postanowiłem więc wyruszyć do grodu Scholów, który znajdował się niedaleko niegdyś cesarskiego miasta Scholopolis. Przybysze ze Wschodu mówili, że panuje tam obecnie król Radgar – władca surowy, lecz szlachetny i sprawiedliwy, obeznany z kulturą i językiem Cesarstwa. Postanowiłem więc udać się do niego wraz z moim przyjacielem Sextusem, szanownym mieszkańcem Aurelia Nova. Był on chrześcijaninem, przywódcą chrześcijan Aurelia Nova i człowiekiem mądrym.
Za kilka dni ciężkiej podróży zobaczyliśmy piękną dolinę, otoczoną łagodnymi zalesionymi wzgórzami. W dolinie ulokowało się Scholopolis – miasto niegdyś wielkie, ale obecnie nieco podupadłe z powodu nieustannych najazdów barbarzyńców. Nieopodal murów miasta znajdował się też gród scholijski, otoczony drewnianą palisadą. Niemal natychmiast zatrzymały nas straże. Było to dziwne, albowiem Scholowie znani są ze swojej beztroski i szaleńczej odwagi, która powoduje też daleko idącą nieostrożność. Zostaliśmy z honorami wprowadzeni przed oblicze króla. Wystarczyło tylko spojrzeć na jego twarz, aby zobaczyć oznaki męstwa i mądrości, właściwe dla każdego wybitnego władcy. Początkowe wątpliwości oświeconego władcy zostały rozwiane, albowiem zapewniliśmy go o naszej lojalności. Natychmiast więc zostałem mianowany grafem rozległych włości zamieszkałych przez Scholów wokół zamku Lahnstein. Zobowiązałem się do obrony tych ziem przez dzikimi hordami Lowian i Unów, nękających wschodnie wybrzeża Scholandii.