SCHOLANDER

JEDYNA NAPRAWDĘ NIEZALEŻNA GAZETA SCHOLANDII. TWOJA GAZETA !!!

NUMER 2, 10 listopada 2002. 

Wydawca, spółka Scholander sp.z.o.o., Adres: scholander@interia.pl

Pozdrawiamy Was w naszym Nowym Kraju! Będziemy Wam towarzyszyć w wielkich chwilach i w małych, całkiem nieważnych chwileczkach. Będziemy z Wami na fotelu przed telewizorem, gdy znudzi Was już Big Brother Scholand, będziemy na pulpicie kompa, gdy zechcecie wiedzieć, co na giełdzie. Załatwimy za Was szpiegowanie naszej najlepszej na świecie władzy, żeby nie zaskoczyła was jednym ze swoich na pewno doskonałych pomysłów. Znajdziemy z Wami trupa w każdej szafie, choćby była to szafa ministra! Będziemy dla Was na meczu piłkarskim, żeby Wam powiedzieć, czy warto iść na następny. A wszystko to za grosze, a na razie nawet za friko! W przyszłości obiecujemy też abonament naszego pisma za pomocą maila. wygodniej i nie drożej! 

POLITYKA WIRTUALNYCH PAŃSTW

Nie udane państwa

"Scholander" bacznie obserwuje istniejące już państwa wirtualne. Popycha go do tego nie tylko zwykła ciekawość, ale chęć przekazania naszym obywatelom doświadczeń innych społeczeństw. Dzisiaj zaprezentujemy dwa z nich: Kraineę i Baronię Zarakata. Te państwa, naszym zdaniem to "niewypały".  Dlaczego? Oto odpowiedź:

- W Krainiee zaproponowano dość ciekawą metodę na państwo wirtualne. Nie próbuje się w niej przekładać rzeczywistych państw na środowisko internetowe. Postanowiono tutaj rozbudzić ludzką wyobraźnię i obracać się cały czas w sferze mitu. Rachityczność Krainyy (beznadziejna grafika, zero działań) świadczy o tym, że owej wyobraźni twórcom strony nie starczyło na długo. My mamy w Scholandii Kościół Elficki - i to wystarczy.

- Baronia Zarakata to państwo paradoksów. Oto jeden z nich: w kraju, gdzie panuje religia katolicka dopuszcza się karę śmierci. Do tego w Baronii obowiązuje coś, co jest śmiertelnym wrogiem "Scholandra" i wszystkich innych szanujących się czasopism - cenzura prasy. Jeśli dodamy do tego nakaz celibatu, łatwo zrozumiemy dlaczego Baronia Zarakata cieszy się oszałamiającą liczbą populacji - 3. A Wielki Mistrz, władca Baronii jest w niej sobie bogiem. I dobrze. W  każdym razie nas, chroń Panie przed takimi "mocarstwami".

DAK

Płacz  Chanlandii

"Tygodnik Chanlandzki" opublikował ostatnio interesujący felieton Lee "Tan" Buu'a. Autor dotyka kwestii frapującej wiele z państw wirtualnych - bierności obywateli. Artykuł jest opowiadaniem o dwu dniach spędzonych w państwie Chanlandii. Buu jest przerażony tym, że w kraju nic nie funkcjonuje prawidłowo. Nawet ksiądz "gdzieś się podział" i Msze nie są odprawiane. Autor rozpaczliwie apeluje więc o większą aktywność i chęć do działania. Inaczej Chanlandia może znaleźć się przecież na śmietniku internetowej historii. Miejmy nadzieję, że w "Scholandrze" nie będzie trzeba umieszczać tak przygnębiających felietonów, ale to  nie zależy przecież od samych redaktorów..

DAK

Sarmacja. Jurzyk ma urlop

    Redaktor pisma "Brama sarmacka" zapowiedział ostatnio swoje zawieszenie uczestnictwa w życiu Księstwa Sarmacji. Źródłem takiej decyzji jest spór polityczny, w który wdał się Filip Jurzyk. Okazał się on być na tyle intensywny, że "Brama Sarmacka" straciła, na czas jakiś swego najlepszego redaktora. Szkoda, "Scholander" doceniał zawsze działalność kolegów z Księstwa Sarmackiego. Nerwy nie wytrzymały, czy co?

DAK

SPORT

Rozmowa z Iwanem Tymoszkinem, piłkarzem Lokomotivu Kanikograd.

- Scholnder: Czy dostaliście już terminarz rozgrywek?
- Iwan Tymoszkin: Nie, na razie tylko trenujemy. Nikt z nami na ten temat nie rozmawiał.
- Czy to wpływa na atmosferę w zespole?
- Na pewno. Jeśli pierwsze rozgrywki mają tak duże opóźnienie, to co będzie później? Oczywiście problem ten nie może spowodować kłótni w drużynie, bo nikt z niej nie jest winien.
- Czy znacie już mniej więcej klasę swoich rywali?
- Jak dotąd, to rozegraliśmy tylko dwa sparingi z naszymi lokalnymi rywalami (Dynamo Kupidopol i FC Rohrscheidt - red.). Obydwa zresztą zremisowaliśmy. Co do innych drużyn to doszły do nas słuchy, że górale z Flory Mons Reale dysponują bardzo silnym składem.
- A drużyny ze stolicy? 
- Wiem tylko, że Maccabi uchodzi za drużynę mocniejszą od Sparty…
- Jak doszło do tego, że Faerie stało się centrum piłkarskim Scholandii?
- (śmiech) Centrum, to na pewno zbyt mocne określenie. Fakt, iż z tej prowincji pochodzi najwięcej drużyn, jeszcze o niczym nie świadczy. Nie wiem czy dobrym pomysłem było, aby każde z trzech największych miast Faerie miało swoją drużynę. Może będziemy za słabi na to by powalczyć o wyższe lokaty w lidze. 
- Znacie tylko część rywali, nie wiadomo kiedy rozpoczną się rozgrywki… Trudno zatem o jakieś prognozy.
- Tak. Przede wszystkim chcemy grać. Pewnie, że marzymy o jak największej liczbie zwycięstw, ale o jakiejkolwiek kalkulacji nie może być mowy. 
- Dziękuję za rozmowę. 
- Dziękuję również.


Rozmawiał Draszyr Arudipuk

scholander@interia.pl

 

KOMENTARZ POLITYCZNY

Wybory? A po co…

Nasze młode państwo rozwija się prężnie. Pracy jest dużo, jednak, dzięki Bogu, znaleźli się ludzie, którzy się jej podjęli. Obecny rząd funkcjonuje dość sprawnie. Wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale… No właśnie, znalazło się jednak jakieś „ale”. Zawiera się ono w tym, że nasz rząd pochodzi z mianowania, nie zaś z wyboru. Brakuje mu legitymacji od ludu scholandzkiego. Nie ma jak na razie żadnych protestów co do jego poczynań (lud siedzi w domu, na ulicę wychodzi tylko po to by kupić bułki), ale cóż robić - legitymacja to rzecz święta.
Rząd rozumie tą sytuację. Nie chce dzierżyć władzy, która nie została mu dana przez naród scholandzki. Dążąc do zadośćuczynienia demokracji, rząd planuje przeprowadzenie wyborów. Jak się nieoficjalnie dowiedział „Scholander”, miałyby się one odbyć już za trzy tygodnie, czyli trzy kwartały roku scholandzkiego (tą datę miał proponować ponoć król). A skoro tak, to najwyższy już czas by przyjrzeć się rynkowi partyjnemu. A tu bieda…
W naszym państwie istnieją dwie partie: Partia Ludzi Inteligentnych (swoją drogą ciekawe, czy przed wstąpieniem do partii trzeba będzie wykonać testy na inteligencję) oraz Partia - Kontrowersyjnie - Polityczno - Prawdomówna (nazwa tej partii jest sama w sobie tak dziwna, że jakakolwiek kpina jest tutaj nie potrzebna). Obydwie organizacje są w powijakach. Prócz odważnych haseł nie mają one nic poważnego do zaoferowania. Szczególnie jeśli chodzi o kadry. Wyobraźmy sobie, że PLI (lub PPKP) wygrywa wybory. Nawet jeśli uzyskałaby 100% głosów, to nie jest w stanie utworzyć rządu, nie mówiąc już o obsadzeniu stanowisk prefektów prowincji! (Swoją drogą, czyż nie lepiej by było gdyby prefektów wybierała lokalna społeczność?)
Postawmy zatem nieuniknione pytanie: „po co nam wybory?”. Mamy rząd tymczasowy, ale bezsprzecznie lepszy od tego jaki mógłby wyłonić się po wyborach. 
Istnieje wszakże możliwość, iż po wygraniu wyborów partia pozostawi na najważniejszych stanowiskach dotychczasowych urzędników. Powstaje jednak wtedy inne pytanie - po co wydawać na nie pieniądze?
Poczekajmy z wyborami. Do kiedy? Do czasu, aż z naszej kiełkującej demokracji wyrośnie przynajmniej jakiś krzaczek…

Draszyr Arudipuk 

CNOTA KRYTYK SIĘ NIE BOI!

(DZIAŁ KRYTYKI, I TO NIE LITERACKIEJ)

Otwarto galerie

Państwo Scholandia może cieszyć się już dwiema galeriami narodowymi. Pierwsza, Galeria na Zamku ma przede wszystkim pokazywać wystawy obrazów należących bądź to do króla, bądź to do państwa. Druga zaś, Galeria na Placu Sejmowym 8 prezentować będzie prywatne kolekcje obrazów. Niestety, przygotowujący pierwsze wystawy na samym początku popełnili już błędy. Zresztą dość śmieszne. Oto zwiedzając Galerię na Zamku, wchodzimy do pokoju z pejzażami i widzimy... akt kobiecy!  To rzeczywiście bardzo piękny widok... 

DAK

W KRAJU

Maluch - gigantem

Od tego numeru "Scholander" przeprowadzać będzie przegląd prowincji scholandzkich. Ich sprawne funkcjonowanie to przecież podstawa dla rozwoju całego państwa. Dzisiaj przedstawiamy Dareę. Jest ona jedną z najmniejszych prowincji w kraju, jednak jej rozwój jest niezwykle dynamiczny. Sam fakt, iż posiada ona już trzy miasta otwarte (to znaczy takie, których można obejrzeć plan miasta oraz kupić parcele), podczas gdy niektóre prowincje (patrz Faerie) nie mają pootwieranych nawet własnych stolic jest dość wymowny. Nic w tym więc dziwnego, iż spora liczba obywateli często wybiera sobie ten region państwa, aby się w nim osiedlić. Władze Darei dostają piątkę od "Scholandra"! Poniżej prezentujemy krótki wywiad z prefektem prowincji.
- "Scholander": Jakie będą Pańskie priorytety w rozwoju Darei?
- Dariusz Leszczak; prefekt prowincji Darea: Prowincja będzie się rozwijać w kierunku przemysłowym, będą budowane także rożne atrakcje turystyczne.
- Czy są już plany jakiś konkretnych inwestycji?
- Tak. Budowane będą rożne atrakcje turystyczne, planujemy lunapark oraz park wodny. Rozwiniemy sieć dyskotek, powstaną kina i teatry.
- Turystyka i rekreacja są jak widać szczególnie ważne dla Daerie.
- Turystyka główny nacisk zwróci na tereny nadmorskie w okolicach Tossy oraz Ruchomych piasków w okolicach Adalberty.
- A sport?
- Powstaje właśnie klub taekwondo. Będzie miał on siedzibę w Adalbercie, jego działacze chcą założyć też sekcje w innych miastach Scholandii. W przyszłości będziemy urządzać ciekawe zawody.
- Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.

Rozmawiał Draszyr Arudipuk

Dobre kredyty

Ministerstwo Gospodarki Scholandii oferuje kredytowanie działalności gospodarczej obywateli naszego państwa. Należy przy tym pochwalić przejrzystość i precyzyjność wniosków o ich uzyskanie. Taka forma pomocy państwa (czy raczej jego współpracy z obywatelami) stanie się z pewnością motorem napędowym dla nowopowstających firm. Brawo!

DAK 

Jest coraz bezpieczniej

Scholandia ma już swoje służby specjalne. Z informacji, które są udostępniane dowiadujemy się, iż leżą one w gestii Ministerstwa Obrony. Służby specjalne dzielą się na sektory, z których każdy odpowiedzialny jest za swój zakres działań. Są zatem sektory do działań wewnątrz państwa jak i poza jego zagranicami. "Scholander" naszym specsłużbą życzy przede wszystkim jednego - apolityczności...

DAK

 

NASZ CYKL: LEGENDY SCHOLANDII

O tym, jak Asmodeusz chytrego przechytrzył 

Powiadają prości ludzie, że chciwość to rzecz najgorsza. Mówią o niej jako o wozie drabinowym jadącym polną drogą. Na jego górze, na sianie śpią ludzie odurzeni ślepą rządzą posiadania. Woźnica zaś podwija co chwila swego sumiastego wąsa i prowadzi wóz prosto do bram piekielnych…
W małej wiosce Hulajdusza pod Kupidopolem mieszkał czasu pewnego Hornak, bogaty chłop. Miał on w posiadaniu owiec całe stado, tyleż samo kóz, koni, świń, krów i wszelakich innych zwierząt domowych. Żona jego, tęga Rosana uśmiechała się tylko i cieszyła z tego, że gospodarstwo ma się dobrze a i dzieci wspaniale się chowają. 
Wydawać się przeto może, że o sielance będzie dziś sprawa. Jednakowoż o takowej mowy być nie może. A to przez przywarę, którą Hornak nosił w sercu. Całe lata później ludzie dali jej nazwę - hazard.
W Hulajduszy była tylko jedna knajpa. Ale i to wystarczało, aby miejscowi gospodarze upijali się w niej do utraty sił. Zwykle wtedy, gdy wszyscy byli już nieźle podchmieleni zjawiał się tutaj Hornak i uprzejmie zapraszał wszystkich do gry. Jej zasady były niezwykle proste. W małym mieszku trzymał Hornak cztery kamienie - dwa białe i dwa czarne. Prosił chętnego gracza o to, by ten wyciągnął jeden kamyk z woreczka. Jeśli był to biały kamień, gracz otrzymywał dukata, jeśli zaś czarny, wtedy to wzbogacał się Hornak. Należy przy tym dodać, iż niezwykły fart dopisywał naszemu bohaterowi. Zwykle na pięć gier tylko raz Hornak przegrywał. I jak łatwo można sobie policzyć, początkowo przywara chłopa wychodziła mu na dobre. Jednak do czasu…
Pewnego razu, gdy w knajpie pito już od dobrych paru godzin, zjawił się w niej miejscowy bogacz - Hornak. I tym razem, zapraszającym gestem, przywołał wszystkich do siebie i rozpoczął swą grę. Tego wieczoru szczęście jeszcze bardziej dopisywało chłopu. Nie przegrał ani razu. Po pół godzinie był już bogatszy o trzydzieści dukatów. Rozochocony zachęcał kolejnych graczy, ale ci coraz częściej odmawiali, przeklinając swoją głupotę, przez którą dali się wciągnąć w grę z tym starym farciarzem. W końcu, gdy nikt ze znajomych nie miał już ochoty na dalsze zakłady, Hornak krzyknął do staruszka siedzącego w kącie:
- Ej, a może wy dziadku macie chętkę położyć parę dukatów na stół?
Stary nic nie powiedział, podniósł się jedynie ciężko z krzesła i poczłapał w kierunku Hornaka. Usiadł na przeciwko niego i rzucił na stół parę srebrnych monet:
- Gramy - powiedział.
Hornak poprosił zatem dziadka, aby ten włożył dłoń do woreczka i wyciągnął kamień. Wszyscy goście knajpy, zebrani wokół stołu pochylili się nad graczami.
- Czarny - wykrzyknął ktoś w końcu.
Staruszek przegrał. Biedak pobladł i jakby jeszcze skurczył się. Roześmiany Hornak szybkim ruchem zagarnął dukata z ławy.
- Jeszcze? - zapytał.
Dziad nadal milczał. Kiwnął tylko głową na znak zgody. Zagrali. I znów wygrał Hornak. Jego złośliwy śmiech spowodował, że staruszek zgarbił się bardziej a w jego oczach pojawiły się łzy. Położył palec na monecie i ciężko sapiąc przesunął ją na drugą stronę stołu. 
- Ha, ha - śmiał się do rozpuku bogaty chłop. - Może chcecie się odegrać ojczulku - zaproponował.
- Tak. Ale tym razem gramy o wszystko – odpowiedział starzec. Wyjął zza pazuch solidny mieszek, w którym przyjemnie dzwoniły pieniądze. - Stawiam to przeciwko temu wszystkiemu co dzisiaj wygrałeś.
Hornakowi błysnęły oczy. Za tyle pieniędzy mógłby dokupić sobie tyle ziemi, że stałby się największym właścicielem w całej okolicy. Jednak po chwili zreflektował, że nie warto ryzykować tym, co dotychczas wygrał, było tego przecież i tak sporo.
- Nie - odparł więc. - Tak grać nie będziemy.
- A jeśli dołożymy do mieszka sześć czarnych kamieni? - zaproponował stary.
Chciwy chłop odpowiedział bez wahania:
- Grajmy zatem!
Dołożono więc sześć czarnych kamieni i dziadek zanurzył swą dłoń w woreczku. Gapie, napierający bezustannie na graczy, pod wpływem napięcia pootwierali aż swoje buzie. 
- Biały - z uśmiechem powiedział staruszek, po tym jak wyciągnął rękę. Jednocześnie wyprostował swe plecy tak, aż słychać było trzeszczenie kości.
Hornak walnął pięścią w stół: 
- A niech to - wrzasnął.
- Może chcesz się odegrać? - zapytał, uśmiechając się jego przeciwnik. 
- A o co zagramy?
- O twoje owce - stary zatarł ręce. W ogóle ożywił się i wyglądał na parę lat młodszego.
- Nie ma mowy! - krzyknął Hornak.
- Dobrze, dołóżmy zatem dwa czarne kamienie.
Chłop potarł ręką po czole i po chwili przystał na to. Wkrótce znów okazało się, że górą jest dzida.
- Twoje owce są moje - powiedział i tak przejmująco spojrzał w oczy Hornaka, iż ten przestraszył się jakby diabła zobaczył. 
Tymczasem zmarszczki na twarzy starca coraz częściej zaczęły znikać. Po paru minutach cerę miał już na tyle gładką, że mógłby uchodzić za rówieśnika Hornaka. Goście knajpy przyglądali mu się teraz bardziej uważnie.
- Zagramy o twoje kozy! - zdecydował ten dziwny człowiek. Chłop już się nie opierał, tylko poprosił, by dołożono jeszcze dwa czarne kamienie. I znów przegrał… 
Wkrótce konie, świnie, krowy i inne zwierzęta domowe należące jeszcze przed chwilą do Hornaka zmieniły właściciela. Nie pomogło dodawanie co grę kolejnych czarnych kamieni. Wszystko przepadło, także i samo gospodarstwo. Jednocześnie nieznajomy dotąd przybysz coraz bardziej młodniał. Włosy z siwych zrobił się kruczoczarne, pojawiły się gęste wąsy a i samo odzienie ze starych łachów przemieniło się w szlacheckie ubranie. Niektórzy z obecnych zaczęli rozpoznawać w nieznajomym Asmodeusza, diabła z ludowych podań. 
- Hornaku - powiedział dziarskim, męskim głosem - stawiam na szali wszystko to, co od ciebie wygrałem. Ludzie! Przynieście z kąta ten wielki wór nasypcie do niego cztery misy czarnych kamieni. Ja wrzucę tam tylko jeden swój kamień - czerwony. Ty zaś Hornaku będziesz losował, jeśli wyciągniesz kamień czarny - wszystko wróci do ciebie.
- A jeśli wyciągnę czerwony - spytał przerażony chłop, obawiając się najgorszego.
- A jeśli wyciągniesz kamień czerwony, twoja dusza przejdzie w moje władanie - grozę tych słów przypieczętował silny grom, który prześliznął się po czarnym niebie.
Niektórzy z przyjaciół Hornaka odradzali mu tego zakładu, ale zaślepiony troską o swój majątek chłop przystał na warunki Asmodeusza. Za chwilę wkładał już spoconą rękę do wora. W knajpie było tak cicho, że było słychać bicie serca Hornaka. Diabeł zaś oblizywał swe spieczone wargi. Wtem wybuchnął swym iście diabelskim śmiechem. Chłop wyciągnął bowiem czerwony kamień. 
- O, Boże! - dało się słyszeć z ust zebranych. 
- Bóg tutaj nic nie pomoże - szyderczo powiedział Asmodeusz. Zaraz potem mrugnął w stronę Hornaka i wyszedł z knajpy. Ludzie opowiadali później, że czuć było wtedy siarką…
A Hornak, biedny teraz chłop usiadł za ławą i spuścił głowę w swe dłonie. Poczuł, że z tego wszystkiego strasznie mu w gardle zaschło. Rzucił więc w stronę Żyda-szynkarza: 
- Nalej mi bratku wina!
Ale Żyd-szynkarz nie uczynił tego. Hornak nie miał przecież już ani grosza przy duszy. Zresztą duszy też już nie miał… 

Zebrał Draszyr Arudipuk

JESTEŚMY WASZĄ GAZETĄ, WIĘC PISZCIE JĄ Z NAMI! JAKIE DZIAŁY JESZCZE CHCECIE? POWIEDZCIE TO NAM, A NAWET ZAJMIJCIE SIĘ NIMI. ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY!

PISZCIE DO NAS: scholander@interia.pl