http://statekm.wordpress.com/2010/02/08/ges/ Moja prababka, a potem babka i w końcu moja matka mieszkały i wychowywały swoje dzieci w pięknej okolicy. W okolicy, gdzie zadbane trawniki i parki to norma, gdzie rabatki z kwiatami to też rzecz powszednia. Nikogo nie dziwi uprzejmość i dobre słowo. Nasza mała ojczyzna jest za to ogrodzona grubą, dźwiękoszczelną ścianą. Nie słyszymy co dzieje się za nią, tylko możemy biernie patrzeć, a i to czasem nie wychodzi. Ściana jest ostatnio powlekana czarnym płótnem. Stajemy się coraz bardziej odcięci od świata, od cywilizacji.
Zamykamy się częściowo dobrowolnie, a częściowo przymusowo w tym kręgu. Przecież pod domem leży młot i kilof. Nie wiem dlaczego nikt go do tej pory nie użył. Nie użył skutecznie.
Na naszym podwórku bawimy się sami, gramy w chowanego i dwa ognie, a czasem nawet w berka. Podczas tych harców nikt inny nie chce się z nami bawić, wolą stać i się przyglądać zza ściany. Jeżeli jest ich taka wola, to niech stoją, nikogo nie zmuszamy do zabawy.
Pewnego dnia Nikodem przewrócił się na chodniku i obdarł sobie kolano. Dzielny z niego chłopak, wcale nie zapłakał, pobiegł szybko odkazić ranę i wrócił do zabawy.
Nagle zza ukrytych drzwi, do których mama zabrania mi podchodzić, wyszedł brzydki pan. Pan miał na rękawie białą gęś z nieforemnym dziobem. Nakrzyczał na nas wszystkich, wypisał rodzicom mandaty i zabronił zabaw. Dzeci były bardzo smutne.
Mimo to, wszyscy się nadal bawimy, bo to nasze podwórko i MY decydujemy tutaj co chcemy robić, a wieczorem w naszym domu mama obiecała podać na kolację gęś w pomarańczach.