Fanfary zamilkły, konfetti uprzotnięto i wyproszono gości. Sami musiemy uprzątnąć wielką arenę, na której wczoraj odbywały się harce i swawole z okazji rocznicy i święta Trizondlau. Nie zamirerzam się zagłębiać się w historię tego regionu, walki i kłotnie. Za to przeleję Wam, moi Drodzy, kilka moich odczuć.
Aż samo mi się ciśnie na usta, że RSiT to zapomniana kraina Sarmacji. Coś na kształt mitycznego labiryntu Minosa, może tajemniczej Atlantydy, a może nieznanej Amazonii. Nieważne z jakiej strony na to spoglądamy, trzeba też wziąć pod lupę stanowisko samych obywateli Trizonadlu i Sclavinii, którzy nie robią za wiele, by to zmienić. Taka wegetacja na wzór porosta zdaje się być odpowiednia, wsytarczająca. Jak wiadomo glon daje enegrię a grzyb ochrania, kto jest grzybem a kto porostem sami rozstrzygnijcie.
Wczorajszego wieczoru na IRC KS został pobity podobno rekord, rozdano odznaczenia państwowe, nieskromnie powiem, że mi podarowano Złoty Medal Zasługi. Kilka innych bajerów oficjalnych i mniej znacząca, krótsza znacznie część nieoficjalna dokończyły spotkanie. Co mogę powiedzieć o uroczystości?
Bez rewelacji, oczywiście wszytsko zostało przykładnie poprowadzone, ale brakowało mi inwencji i weny organizatorów. Widzę już Wasze miny, które kwaśnieją i zmieniają kształt, tak znów krytykuję. Wybaczcie moje dekadenckie podejście do świata, ale tak jest.
Gdzie jest ta dawna RSiT, która mnie urzekła? Gdzie pasja, charakter i styl? Czy teraz nadejdzie era “zajebiście i pierdolnę Ci w ryj”? Żeby nie rzucać bezkarnie kamieniem też pytam siebie “Gdzie się podziałeś Trydencki, gdzie twoje niecodzienne spojrzenie i inwencja?”




