Dzień kolejny - Gmach Sądu
Niewiele tamtej nocy spałem, obudził mnie wybijany rytmicznie stukot pociągowych kół. Gdy otwarłem oczy w oknie tylko same pola, a Słońce dopiero się budziło do życia. Spojrzałem na zegarek, dopiero była 5 nad ranem. Wyszedłem z przedziału, kupiłem w wagonie restauracyjnym mocną kawę i wziąłem ją ze sobą z powrotem. Podczas jej picia po moim wagonie chodził dzieciak ze świeżymi gazetami, kupiłem jedną aby dowiedzieć się co na świecie. Na pierwszej stronie pisało o jakiś problemach w rządzie surmeńskim. Na drugiej dali moje ulubione: "Χυμορ", czyli po naszemu po prostu humor. Jeden dowcip bardzo mi się spodobał, zacytuję (z wolnego tłumaczenia):
"Pewnego razu gdy Patriarcha Rotryjski jeździł autem po Rotrii rzucił do swojego szofera:
- daj mi poprowadzić, od 3 lat nie jeździłem autem! - zmiana za kierownicą zaszła bardzo szybko. Jednak Patriarcha jechał tak szybko, że zatrzymała go policja:
- Dzień dobry - powiedział przerażony policjant widząc Patriarchę za kierownicą, przeprosił na chwilę i zadzwonił do swojego szefa:
- Szefie zatrzymałem kogoś bardzo ważnego! Co mam zrobić?!
- A kto to jest? Burmistrz miasta?
- Nie!
- Może jakiś minister?
- Też nie?
- To może władca jakiegoś państwa?
- Nie...Tzn. nie wiem kto to, ale jego kierowcą jest Patriarcha Rotrii".
Dalej już niestety czytanie nie było takie miłe. Na ostatniej stronie, w krótkim artykule napisano o sprawie Wietrznej Góry, obwiniano tam za wszystko Trizondalczyków i Monderyjczyków jako "obce elementy", czułem jak ze złości się we mnie gotowało. Gazetę wyrzuciłem przez okno i jeszcze przez 2 godziny jechałem do Wietrznej Góry. Pociąg nie wjeżdżał do miasta normalnie, a tunelem dokładnie tak jak w Trizopolis. Gdy wysiadłem, peron wyglądał jakby jakiś festyn nim przeszedł, a później strażacy ćwiczyli gaszenie pożarów. Dworzec w środku już był porządnie posprzątany i dość ładny, wszystko były pomalowane na żółto. Po wyjściu z dworca postawiłem pierwsze kroki w Wietrznej Górze na placu Ludów Wschodu. Wyglądał całkiem inaczej niż na fotografiach w książce. Kamienice miały powybijane okna i wiele z nich jeszcze dogasało, z tego co zdążyłem zauważyć. Na placu nie było prawie nikogo. Nagle podeszła nie wiadomo skąd grupka ludzi. Zaczęli mnie całować po rękach i mówić do mnie "wybawco". Zapytałem kim są okazało się, iż Trizondalczykami. Tak oto zreferowano mi sytuację (oczywiście człowiek to opowiadający bardzo kaleczył trizondalski, a w innym języku nie umiał, to jedynie te słowa oddają sens tego co mówił):
"Dnia 27 czerwca już na wieczór zaczęły się w mieście zamieszki. Początkowo policja nie reagowała jednak potem rzucili do walki wszystkie swoje siły. To nic nie dało, bandy ubrane w czarne stroje, z kapturami na głowach dalej niszczyły witryny sklepowe, samochody. Nagle zaczęli rzucać kamieniami w domy i podpalać je. Później brali siłą przechodniów, ustawiali na środku placu Ludów Wschodu po czym jeden z nich krzyknął >>ogień!<< otwarto ogień z karabinów maszynowych 3 seriami i tak przez całą noc. Nad ranem wszystko ucichło, do miasta weszło wojsko i schwytało paru morderców. Podobno w jednej z dzielnic miasta - Γησενωαλεσ (nazwa nie do przetłumaczenia na jakikolwiek inny język) doszło do masowych mordów i podpaleń, wyciągnięto wszystkich z domów i wymordowano. My jednak siedzieliśmy w swoich domach bojąc się dalej o swoje życie. Około 15 dnia 28 czerwca usłyszałem 3 krótkie wybuchy, po czym jeden ogromny (to zapewne wybuchy w koszarach i arsenał) i rozpoczęła się bitwa uliczna. Gdy już żołnierze się poddali i ich rozbrojono na ulice wyjechało kilka wozów, a na ich przyczepach stali mówcy i krzyczeli przez megafony >>Naród Surmeński ma dość poniżania! Surmeńczycy wstańcie wymordować Trizondalczyków i Monderyjczyków!<< na początku nikt na to nie reagował. Więc wieczorem na ulice wyszły bojówki, po 3 osoby. Ich sposób działania był jednak trochę inny niż ostatniej nocy, ale byli to ci sami ludziem podchodzili oni do przechodniów pytali o narodowość i każda osoba z bojówki zbierała ludzi jednej narodowości. Pod koniec Trizondalczyków wprowadzili na plac Ludów Wschodu, w sam jego środek, Surmeńczyków i Monderyjczyków wzięli na dworzec jednak wsadzali ich w inne pociągi. Trizondalczyków rozstrzeliwano. W nocy bandy na powrót podpalały wszystko i niszczyły. Podobno w całkowicie trizondalskiej dzielnicy Σταρα Γóρα - Stara Góra wyciągano ludzi na place i na polany tam ustawiano ckm-y i rozstrzeliwano, zaś ich mieszkania podpalano, tych którzy przeżyli traktowano bardzo okrutnie podobno nawet wydłubywano oczy! Moja siostra została zgwałcona, a potem kaza..."
Niestety tego zdania nie dokończył, usłyszałem strzały on padł na ziemie z krwią w ustach. Wszyscy Trizondalczycy ukryli się w gmachu sądu, który był za naszymi plecami. Szybko wyciągnięto z piwnicy zapasy broni, były jednak one bardzo skromne z resztą nie ma co się dziwić to był sąd, a nie koszary. Zabarykadowano drzwi, ja wszedłem z kilkoma osobami na drugie piętro, tam prowadziliśmy ostrzał z okien. Na placu było już pełno bojówek z karabinami. Prowadzili oni stały ogień przeciwko nam! Krzyknąłem im, że mam immunitet dyplomatyczny, ale to nic nie dało. Poznałem podczas tej obrony gmachu sądu i naszego życia prawdziwego patriotę - Fryderyka, który jak ja mieszkał w Meridzie kiedyś. Gdy skończyły się nam naboje ja poszedłem powiedzieć wszystkim, że gdy rezerwy dojdą do ok. 500 ostatnich kul to należy je oszczędzić aby każdy z nas mógł sam odebrać sobie życie. Gdy wróciłem na piętro Fryderyk leżał na balkonie, a przy nim wisiała trizondalska flaga, którą próbowano podpalić, jednak on celnie zabijał niedoszłych podpalaczy. Zapytałem:
- Co robisz człowieku? Oszalałeś?
- Nie oszalałem! Powiesiłem naszą flagę i tak długo jak ona będzie wisieć tak długo będę jej bronił, ale gdy ona spłonie albo spadnie sam sobie odbiorę życie. To mój Trizondal - krzyknął, a był to jego ostatni krzyk w życiu. Z ust jego wydobywała się krew.
Do mnie do pokoju przybiegł jeden z Trizondalczyków i powiadomił, że nie ma już amunicji, wzruszyłem tylko ramionami. Nagle na placu odbyły się strzały. Zauważyłem czołg wjeżdżający przez przednią bramę. "Jeszcze nigdy nie widziałem aby jeden naród bił się przeciwko sobie, a teraz mam okazję" - pomyślałem. To było surmeńskie wojsko, które miało nas uratować. W związku z tym zszedłem na dół i zaproponowałem aby ruszyć ze wszyskim co mamy na bojówki, wszyscy się zgodzili. Na placu Ludów Wschodni szybko poza Trizondalczykami i żołnierzami leżały już tylko same trupy. Jeden z bojówkarzy uciekł, jednak złapali go nasi przyprowadzili przede mnie i zapytali co mają zrobić. Poradziłem im aby zrobili to co on i jego bracia braciom trizondalskim. Trizondalczycy zaczęli go kopać, bić. Zmarł na miejscu z powodu wykrwawienia. Miasto wyglądało strasznie. Wszystko zalane krwią, podpalone i przedziurawione. Najgorsze były te trupy na ulicach. Spojrzałem na gmach sądu, a tam na balkonie stał surmeński żołnierz i chciał ściągnąć naszą flagę, natychmiast jego oficer kazał mu zejść na dół i ją zostawić w spokoju. Razem z kilkuosobową delegacją trizondalską zdjęliśmy ją i przykryliśmy ciało Fryderyka, który skonał choć "jego Trizondal" trwać mógł wiecznie...
Nagle zauważyłem na placu, że żołnierze układali się w szeregi między nimi przeciskał się Król Surmenii. Odbyliśmy krótką rozmowę:
- Witam Waszą Królewską Mość - powiedziałem
- Witam - rzucił chłodno
- Czy WKM wie, że to Surmeńczycy stworzyli nam te piekło?
- Surmeńczycy? Myśmy was obronili! Nie żartujcie sobie! - zaczął się śmiać.
- To wy! Ludzie są moimi świadkami - powiedziałem z pogardą i splunąłem na buta.
Natychmiast podbiegli do mnie żołnierze i chcieli zabrać. Na szczęście po zakończeniu tego wszystkiego na plac wyszło pełno Trizondalczyków, gdy zobaczyli mój opór owych żołnierzy surmeńskich odciągneli, a jak się później okazało zmasakrowali. potem Zarządałem od Króla Sumernii pociągu dla wszystkich chętnych Trizondalczyków prosto do Nowej Menii, na 21:00, on po długim namyśle zgodził.
Wieczorem przed dworcem stały rzesze ludzi, zaś przy samych peronach stało chyba z 5 pociągów. Wsiadłem znowu w podróż, jednak teraz tym bardziej byłem zaciekawiony całą sprawą. Włączyłem radio okazało się, iż z ok. 190 tys. Trizondalczyków przy życiu zostało 130 tys. Jednak straty ogólne w mieście to ok. 230 tys. ludzi łącznie z żołnierzami. Do mojego przedziału dosiadł się pewien miły starszy pan, który chwalił się, że wszystko co się działo widział i wie skąd to, prosiłem aby opowiedział, jednak szybko usnąłem i nie dałem rady tego dnia wysłuchać opowieści, a mogłaby mi powiedzieć bardzo wiele o wszystkim.

