Dzień kolejny - Popielnica
"O Boże, gdzie ja jestem, co się ze mną stało?" - pomyślałem zaraz po przebudzeniu. Otarłem ze swoich ust krew, jeszcze świeżą. Rozejrzałem się, "to jakaś ciemna furgonetka" - pomyślałem i na wyboju podskoczyłem, tak że głowa uderzyła o metalowy element sufitu. "Dokąd mnie wiozą i czemu tylko mnie?" - pomyślałem. Jednak nikt nie mógł mi odpowiedzieć na to pytanie. Moje myśli były ciągle zagłuszane przez hałas silnika i okropny ból głowy. Gdy tak jechałem parę godzin rozmyślałem o wszystkim co do tej pory w moim życiu było złe i dobre... Zastanawiałem się co z moją żoną i dziećmi - "Edit jest jeszcze młoda, jak umrę na pewno sobie kogoś znajdzie. Szkoda, że dzieci nie będą wychowywane przez ojca...". Moje przemyślenia przerwał głos upadających na plandekę kropli deszczu, z czasem rozpoczęły się grzmoty. "Ah więc Bóg się gniewa" - pomyślałem zgodnie z tym co wpajała mi babcia.
Nagle samochód zatrzymał się. Słyszałem wyraźnie kroki osób idących w moim kierunku. Me oczy ujrzały światło, gdy tylko ktoś podniósł plandekę. Byli to LD, mieli przy sobie broń. Kazali mi wysiadać. Gdy to zrobiłem jeden powiedział - "jesteśmy na miejscu". Rozejrzałem się w koło. Stałem przy wjeździe do jakiegoś miasteczka, starego, pięknego, malutkiego miasteczka. Przy betonowej drodze widniał na nowej tablicy napis: "Pettrauf an der Doss", a na ogromnej tablicy kamiennej zamazano poprzedni napis: "Ποπηελνηcα ναδ Δοσą" - czyli "Popielnica nad Dosą". Za nami był tylko las, w lewo ogromna i piękna rzeka. Domy w Popielncy były bardzo stare i urokliwe. Wszystkie uliczki biegnące od wjazdu do miejscowości były wybrukowane. Z własnej historycznej i geograficznej wiedzy wiedziałem, że to miasto leży w Nomosie Centralno Opradzki, 48 km od granicy z Monderią.
Byłem oczywiście zdziwiony, "co tu w końcu mogę robić?" - pomyślałem. Zapytałem LD:
- Co tu mam robić?
- Zobaczysz psie! - odpowiedział krzykiem, po czym kopnął mnie tak mocno, aż upadłem na beton. Zaczął mnie bić pięściami, pluł na mnie. Po czym drugi powiedział do niego:
- Brutus dajże już spokój! Miał być cały i zdrowy w Pettrauf, więc nie psuj wszystkiego jak ten ostatni debil!
- No dobra, ale on mnie denerwuje! Nie rozumiem dlaczego on ma być "Stadtverem" (skrót od "Stadtverwalter" - zarządca miasta) przecież jest Trizondalczykiem, co on wie o tej ziemi? - zapytał Brutus
- Taka była decyzja i nic z tym nie zrobimy. I tak go pewnie rozstrzelają. Rozejrzyj się człowieku! Przecież tutaj stoją puste domy! Większość pewnie ograbiona i zniszczona od środka! Co ty myślisz, że on zrobi z tego jedno z większych ośrodków monderyjskich w Surmenii?! - pytał retorycznie drugi. Ja tym czasem już zrozumiałem jakie będzie moje zadanie. "Teraz to chyba faktycznie zginę, ten LD ma rację!" - pomyślałem pesymistycznie. "No jedzie Gauleiter (zarządca Okręgu w Monderii), do przodu na kolana psie!" - krzyknął Brutus i popchnął mnie tak, że upadłem.
"To ten nowy?!" - zapytał retorycznie Gauleiter, niby to kierował do LD-owców, a niby w przestrzeń. Spojrzał na mnie lekko z góry, kpiąc sobie. Jednak trzeba przyznać był człowiekiem konkretnym, po kilku minutach przyglądania przeszedł do rozmowy:
- Wy jesteście tym przedstawicielem Trizondalu na Surmenię?
- Tak - odparłem
- To mam obowiązek wam powiedzieć, że Trizondal wypowiedział wszelkie stosunki z Królestwem Monderii. W związku z tym albo was rozstrzelamy albo będziecie dla nas pracować.
- Jak miałaby wyglądać moja praca? - zapytałem
- Mielibyście zostać Zarządcą Miejskim dla Pettrauf, które zostało parę dni temu już opróżnione ze wszystkich poprzednich mieszkańców.
- Ale co miałbym konkretnie robić? - dopytywałem
- Waszym zadaniem byłoby postawienie tego miasteczka na nogi. Znalezienie nowych mieszkańców oraz pełna współpraca z Siłami Zbrojnymi Królestwa Monderii i Landsdienste.
- Wstępnie się zgadzam.
- Świetnie! Ja jestem waszym przełożonym, zobaczymy miasteczko - rzekł Gauleiter.
Udaliśmy się pod eskortą LD-owców pustymi uliczkami opuszczonego pięknego, ale zaniedbanego miasteczka. Szliśmy przez centrum. Na rynku stał ogromny kościół, jednak częściowo zniszczony. Kamienice były bardzo stare. Pełno tutaj było skwerów i malutkich placów z liczną zielenią. Nagle Gauleiter powiedział: "To miła strona miasta, a teraz chodźmy do lasu". Po ok. 20 minutach drogi leśną ścieżką znaleźliśmy się w samym środku lasu, na mostku nad ogromnym wykopem. Wszędzie pełno było trupów i krwi. Nagle usłyszałem jakiś krzyk, do lasu weszło 10 żołnierzy, ustawiono kilku ludzi wzdłuż krawędzi i rozstrzelano. Ciała wpadły bezwładnie do dołu. "I ja tak mogę skończyć" - pomyślałem. "Dlaczego oni to robią?!" - taka była moja druga myśl. "No wystarczy tego!" - rzekł Gauleiter i wskazał mi palcem ścieżkę, którą przyszliśmy.
Po uprzejmym już pożegnaniu LD-owcy odprowadzili mnie do mojego nowego domu, który znajdował się przy malutkim stawie. Chociaż było tam pięknie czułem się jakoś obco i nieswojo. Położyłem się spać i zasnąłem...




