Dzień kolejny - więźniowie
Obudziło mnie pukanie, a właściwie trzaskanie i walenie do drzwi. Pomyślałem – „kto tam do jasnej cholery o 5 rano czegoś chce?!”. Byłem bardzo zdenerwowany, krzyknąłem „zaraz!”. Musiałem się ubrać po raz kolejny w te same ubrania, które towarzyszyły mi od wyjazdu z Wietrznej Góry. W dodatku łóżko było strasznie niewygodne. W nocy było zimno, a spałem na samym materacu z poduszką, prześcieradła do przykrycia nie wolno mi było tknąć bez zgody Landsdienstów (LD). Gdy otworzyłem drzwi stanął przede mną sam Gauleiter, jak się dowiedziałem Bogdan Kolting. Tonem nie znoszącym sprzeciwu rozkazał: „ubierz się do porządku, tu masz ubrania - wskazał na krzesło znajdujące się w korytarzu - a potem idziemy do miasta!”. Cóż mi pozostało zrobić, odziałem się w piękny mundur i zszedłem na ulicę przed domem, tam czekali już LD-owcy i Keteling. Prowadził Keteling, nie wiedziałem dokąd dokładnie idziemy, LD-owcy też nie wiedzieli, ich kroki były bardzo niepewne.
Szliśmy powoli główną ulicą całej miejscowości, która dumnie nazywała się ulicą „ wolności i swobody”, zaś na jednym z domów był napis „υληcα ημ. бοχατερóω Νοωει Μενηη” – ulica im. Bohaterów Nowej Menii – zapewne chodziło o jakieś wydarzenie historyczne, o którym jednak nie mogłem sobie nic przypomnieć. Przeszliśmy tak przez całe prawie miasteczko, aż doszliśmy do miejsca gdzie było ono całkowicie zniszczone i wszędzie znajdowały się ruiny budynków. Keteling powiedział:
- Tu masz swój urząd miasta, hahahaa – zaśmiał się głośno
- Czy muszę to odbudować, czy na razie inny budynek może służyć jako urząd miasta?
- Możesz robić co chcesz to twoje miasto, ale pamiętaj ktoś kiedyś cię za wszystko rozliczy – uśmiechnął się cynicznie.
Postanowiłem rozejrzeć się. Jeden z LD-owców dał mi mapę miasta i pokazał palcem bez słowa plac, na którym staliśmy. Faktycznie stał tu urząd miasta, nieopodal była siedziba policji. Cały plac nazywał się „Placem Trzech Synów”. Od razu pomyślałem o ulicy im. „Trzech Synów”, którą pamiętałem z Nowej Menii. Na moje pytanie:
- Kim byli trzej synowie?
- Haha jakąś surmeńską rodziną – zaśmiał się LD-owiec
Nie mogłem w żaden sposób zrozumieć o co chodzi w tej nazwie, jednak niosła ona ze sobą coś tajemniczego i coś mrocznego. „Teraz jednak nie dowiem się o co chodziło, wszystkich Surmeńczyków wyrżnęli w pień” – pomyślałem patrząc w oczy uśmiechającego się Ketelinga.
Wróciłem sam do swojego domu. Zacząłem rozmyślać jak ściągnąć do opustoszałego miasteczka dużą liczbę Monderyjczyków i jak odbudować to co zniszczył front? „Przecież teraz już nie będę mógł liczyć na tych co zawsze, na wojsko bo oni walczą, ech...” – pomyślałem z pewnym żalem do całego świata. Czasu na rozmyślanie miałem mnóstwo. W pewnym momencie jedno słowo zacząłem powtarzać w myślach w koło – „więźniowie!”. W końcu wykrzyknąłem je najgłośniej jak umiałem! „Na kogo można będzie liczyć jak nie na więźniów?! Więzienia przerabiają na szpitale, ale z więźniów chorych nie zrobią!” – taka sprytna myśl przeszła przez mój mózg.
Wstałem i pobiegłem do sekretariatu, tak do sekretariatu, tam gdzie mieszkałem był bowiem kiedyś dawny hotel. W sekretariacie był telefon i radio. Wykręciłem numer do Departamentu Więziennictwa na Okręgi Okupowane:
- Witam z tej strony Zarządca Miejski Popielnicy!
- Czego przepraszam bardzo? – zakpił ze mnie urzędnik, zakpił i z tysiącletniej surmeńskiej historii tej miejscowości...
- Z Pettrauf an der Doss!
- Ach tak, słucham. – ironii w tym było co nie miara
- Czy jest możliwe aby w ciągu 21 dni oddelegować do mojego miasta 10 tys. więźniów i 100 strażników albo Landsdienste?
- Nie ma problemu, pierwszy transport – jutro 1000 ludzi i 3 strażników. Co z nimi tam u was zrobicie mnie kompletnie nie interesuje, możecie ich nawet potopić albo powiesić w lasach, ale jak kogoś zabiją to pan za to odpowiada! – powiedział surowym głosem urzędnik.
- Dobrze! A jaki mam budżet na utrzymanie ich?
- Budżet na całe miasto to 100 tys. Marek
- A jaki jest przelicznik na Markę Królewskich? - zapytałem
- 1 Wasza Marka to 10 naszych lub 5 libertów.
- Dziękuję! Miłego dnia!
„A więc mam do wykorzystania 10 tys. Marek Królewskich. Przecież to 5 średnich pensji w Trizondalu. Zawsze wiedziałem, że Monderia ma słabą walutę, ale aż tak?” – postanowiłem w związku z tymi myślami zadzwonić do Departamentu Skarbu na Okręgi Okupowane:
- Dobry dzień ja dzwonię z Pettrauf an der Doss!
- Dobry dzień, słucham Szanownego Pana!
- Ile stanowi średnia pensja krajowa w Monderii i jaka jest jej siła nabywcza w porównaniu np. do Austro-Węgier.
- Średnia pensja to 500 Marek. Dokładnie taka sama.
- Czy wszystkie zasoby Pettrauf są w Markach?
- Nie, jeszcze 10 tys. naszych Marek mamy w Markach Królewskich, ale wymieniamy je na naszą walutę.
- W takim razie proszę ich nie wymieniać tylko jak najszybciej wysłać do Pettrauf!
- No dobrze, ale to zajmie nam przynajmniej jeden dzień. Do widzenia. – powiedział służbowo i odłożył słuchawkę kompetentny urzędnik.
„Świetnie! Pensja w Trizondalu to 1 tys. Marek Królewskich czyli akurat 10 tys. Marek. W takim razie powinienem na stałe zatrzymać więźniów jeśli będę im płacił w Markach Królewskich bo przynajmniej na jeden miesiąc dla 10 osób starczy – akurat od wyżywienia i porządku!” – myśli moje krążyły jeszcze w sprawach finansów. Przejąłem się bardzo: „o kurcze, a co jak mimo wszystko nasz rząd będzie chciał wycofać Markę Królewską?!” – złapałem się wręcz za głowę.
„Robotnicy i porządek!” – to moja kolejna myśl. Pobiegłem do lasu, gdzie znowu trwały rozstrzeliwania, strażnicy nie chcieli mnie przepuścić jednak Keteling wziął mnie na bok widząc moją przepychanie z LD-owcami. Rozpoczęła się krótka rozmowa:
- O co chodzi żesz?! – zapytał zdenerwowany
- O 100 ludzi do porządkowania miasta.
- A co mnie twoje miasto obchodzi!
- Jutro na głowę zwali mi się 1000 tys. więźniów jak będą gwałcić, palić i rabować to twoja wina będzie – powiedziałem ostro.
- No dobra, poczekaj – odszedł na środek i ręką kazał wstrzymać rozstrzeliwania.
„Niech z każdej z wiosek wystąpi po jednym murarzu, jednej sprzątaczce.....-wymieniał bez końca – dobrze, resztę rozstrzelać” – rozkazał.
- To twoi robotnicy, a do pomocy masz dwóch LD-owców.
- Dziękuję.
Poszliśmy wszyscy na rynek. Wytypowani byli bardzo przejęci i przerażeni. Stanąłem na podwyższeniu, które stało to chyba od zawsze i powiedziałem:
„Nie bójcie się! Teraz pomożecie mi remontować miasteczko! Wszystkie domy mają być przygotowane na przyjazd nowych. Sprzęty domowe naprawione! Wszelkie kosztowności zaś możecie zatrzymać!”.
Gdy zstępowałem z podestu podszedł do mnie jeden z LD-owców i na ucho powiedział, że nie godzi się aby rozdawać pieniądze Surmeńczykom. To też dodałem jeszcze na głos po surmeńsku „Γοδνα πłαcα ζα δοбρą πραcę” – „Godna płaca za dobrą pracę”. Wszyscy parsknęli śmiechem, tylko LD-owcy opuścili głowy nie rozumiejąc i czując ogromne upokorzenie.
Koło 20 wszyscy znowu wstawili się na rynku. Posprzątano wszystko, śmieci wyrzucano na ulice. Podziękowałem za pracę i kazałem w szkole ulokować się do snu, gdyż jutro rano trzeba jeszcze posprzątać ulice i spalić śmieci. Sam także udałem się do swojego domu, gdzie usnąłem.


