Dzień następny – ognisko
Wstałem koło południa, pod moim hotelem czekała już masa ludzi, a Landsdienste dobijali się do drzwi. Ubrałem się szybko i zszedłem na dół. Otwarłem drzwi i zapytałem:
- O co chodzi do ciężkiego licha?
- Grzeczniej psie! – odpowiedział ostro LD-owiec
- Dobrze, ale czego chcecie?!
- Ludzie już wstali i pytają co mają robić.
- Niech pozbierają wszystkie śmieci i ułożą je na rynku, a ja coś wymyślę!
- No dobrze, tylko ubierze się! – powiedział śmiejąc się LD-owiec.
Wróciłem do pokoju ubrałem się w swoje stare i poszarpane ubrania ponownie. Usiadłem na krześle i zastanawiałem się skąd załatwić transport no i gdzie zutylizować te wszystkie śmieci, a przede wszystkim jak. Patrzyłem się przez chwilę bezmyślnie w okno, aż do głowy przyszedł mi pomysł aby załatwić ciężarówki u Ketelinga. Poszedłem do lasu, gdzie ciągle trwały rozstrzeliwania, ciągle nowe twarze padały na stare ciała, ciągle czuć było zapach rozkładu dusz ludzkich. Keteling sam do mnie podszedł i zapytał:
- O co chodzi?
- O ciężarówki do utylizacji śmieci.
- Co z nimi zrobisz?
- Spalę na polanie koło lasu.
- Spalisz mówisz? Mhm świetnie.... Ale do ciężarówek dodam ci jeszcze 50 ludzi.
- Po co?
- Nie dyskutuj, bierzesz?
- Tak.
- To tam stoi oficer, z którym pojedziesz do miasta. – faktycznie wskazał mi jakiegoś żołnierza.
Oficer podczas podróży na rynek nie mówił nic. Za nami kolejnymi ciężarówkami (a było ich 5) jechali żołnierze monderyjscy. Dojechaliśmy na rynek, wszyscy wysiedli z ciężarówek. Do 3 z nich załadowano śmieci, a do kolejnych 3 wszystkich ludzi łącznie ze mną. Podczas podróży na polanę zapytałem oficera:
- Co się stanie z ludźmi?
- Wypuścimy ich. – mówiąc to ironicznie się uśmiechał.
Dalsza droga to już tylko milczenie. Na polanę jechało się 20 min leśną drogą dlatego miałem trochę czasu na przemyślenia. „Dlaczego on się tak uśmiechnął i po co Bogdan dał mi dodatkowych 50 żołnierzy?” – te pytania ciągle mnie męczyły. Z czasem jednak zacząłem się przyglądać pięknym krajobrazom. O mało co byśmy nie przejechali sarny. „Sarny i leśne zwierzęta to chyba jedyni świadkowie tej leśnej masakry nieopodal szkoda, że niemi.” – pomyślałem wodząc wzrokiem za spłoszoną zwierzyną. „Dojechaliśmy, wysiadaj!” – krzyknął oficer, dopiero to sprawiło, że zauważyłem co się w koło dzieje.
Wszyscy wysiedli, śmieci zrzucono na środek polany. 3 żołnierzy wyciągnęło kanistry z benzyną i podpaliło wszystko. Wszystkich Surmeńczyków zgromadzono w koło tego ogromnego ogniska i rozkazano zaśpiewać swój hymn co mnie bardzo zdziwiło. Jednak już pod koniec pierwszej zwrotki, po słowach: „Przy tobie walczyć za swobodną Surmenię.” rozkazano im przestać.
Jeszcze 30 min tak było, aż oficer zawołał do siebie jakiegoś żołnierza i coś mu mówił. Mi kazał wsiąść do auta, które zamkną na klucz od zewnątrz. Zobaczyłem jak dorzucono drewna do ognia, a wszystkich Surmeńczyków polano benzyną i skuto po dwóch kajdanami. Ustawiono ich w koło ogniska i jeden z żołnierzy śpiewał monderyjski hymn, a im kazał powtarzać. Po słowach „Za Króla i Królestwo będziemy umierać po wszystkie czasy” nastała cisza przerwana pierwszą serią z karabinów maszynowych. Jednak kule nie padały w głowy, tors aby zabić, lecz w nogi. Żywi ludzie wpadali do ogniska ciągnąc za sobą kompanów. Krzyki dochodzące z ognia były okropne. Na koniec dorzucono jeszcze drewna.
Do mojego auta wsiadł oficer. Zapytałem:
- Dlaczego to zrobiliście? Obiecywałeś!
- Wypuściliśmy ich prosto do nieba, haha – zaśmiał się.
- A ty milcz bo polecisz jak oni.
Zamilkłem już lepiej. Żołnierze pojechali do lasu, a ja do miasta, z powrotem do hotelu. Nie mogłem zrozumieć dlaczego to zrobili. Ciągle wmawiałem sobie, że to moja wina. „Gdybym ich nie wziął do pomocy przynajmniej zginęli by bez cierpień” – powtarzałem w myślach jak zaklęty. Położyłem się na łóżko i szybko zasnąłem. Znowu śnił mi się ten sam sen o człowieku, któremu patrzę prosto w oczy, aż nagle nie stają się one czerwone z krwi. Nie mogłem go zrozumieć.
Obudziłem się koło 8 wieczorem, właściwie obudziły mnie ciągle przejeżdżające drogą ciężarówki, które było słychać ze względu na silniki i betonową drogę. Nagle wszystko ustało jak zaczarowane. Za to ktoś zaczął walić do moich drzwi jak oszalały. Zbiegłem na dół, tym razem stało tu trzech Kerkerbeamte (urzędnicy więzienni – w skrócie Kerker).
- Zarządca miejski?
- Tak, o co chodzi?! – zapytałem ze zdziwieniem,
- My przywieźliśmy tysiąc więźniów, gdzie można ich zakwaterować?
- No we wszystkich domach w koło.
- Aha, a gdzie my możemy spać?
- A ilu was jest? – zapytałem rozglądając się po okolicy.
- 20.
- To proponuję w Domu Nauczycieli – był to stary i ogromny budynek, gdzie mieszkać mógł każdy nauczyciel nie mający ani domu ani mieszkania. A mieszkania w Domu Nauczyciela były przeogromne jak apartamenty w Nowej Menii.
- Dobrze, więźniów rozkwateruję sam, ale proszę jutro zrobić apel na rynku o 5 rano! A tutaj są kartoteki – wręczył mi wózek z 100 segregatorami.
- Dobrze, a teraz pozwolicie, że pójdę spać.
Wziąłem i wciągnąłem po schodach te segregatory i poszedłem spać, jeszcze tylko nastawiłem budzik na 4 rano.

