Część pierwszą można znaleźć tutaj: viewtopic.php?f=44&p=12528#p12449
Jeśli ktoś zgadnie, z jakiej książki wzięłam nazwę jednego z bohaterów - chylę czoła!
I jedna, istotna rada - czytajcie uważnie.
---
Przez okna balkonowe do pokoju wpadły promienie słoneczne, tańcząc po ścianach, igrając ze szkłem szklanek na stole i w końcu żegnając się odbiciem od lustra. Jako iż nie bardzo już mi się chciało spać, wstałam. Jak przystało na górsko-morski klimat, było zimno o tej porze - a była to godzina siódma rano.
Wstawszy z łóżka, nastawiłam wodę w czajniku podarowanym mi przez gospodynię domu na czas mojego pobytu (- Pani to taka mieszczuszka, niech się pani nie obrazi, ale jak pani rano się obudzi i będzie pani zimno, to może pani wziąć ten czajnik, nie będzie się pani kłopotać schodzeniem do kuchni.).
Przebrawszy się w letnie ubranie, otworzyłam drzwi na balkon i weszłam. Dobre, czyste powietrze, o które Green Energy walczyło od tylu lat, znajdowało się tutaj, w Port Mount. I to na wyciągnięcie ręki. Ewentualnie wyciągnięcie nosa. Wdychanie tego związku chemicznego sprawiało mi samą przyjemność, która przerodziłaby się w ekstazę, gdyby nie sygnał czajnika. Pobiegłam jeszcze szybko na dół do salonu po plik porannych gazet, które były codziennie przywożone do każdego domu w Port Mount. Już pierwszego wieczora tutaj, zapoznając się ze wszystkimi tajemnicami domu, stwierdziłam, że moi gospodarze prenumerowali tylko pięć tytułów.
Zaczęłam od Echa Rejencji Górskiej. Popijając herbatę, zapoznałam się z plotkami i śmiałymi przypuszczeniami na temat morderstwa Potockiej. Obok informacji o jej śmierci zamieszczono ogłoszenie o festiwalu grabarzy.
- Nie ma jak reklama - przemknęło mi przez głowę. Odłożywszy Echo na stół, sięgnęłam po jakieś czasopismo z mnóstwem wściekłego różu na okładce. Moda i uroda widocznie biła rekordy popularności wśród mieszkanek Port Mount, skoro nawet moi gospodarze ją prenumerowali. Nie zaciekawiła mnie ta gazeta specjalnie.
Sięgnąwszy po kolejną, zerknęłam na okładkę. Był to miejscowy codziennik - Portowy Kurier. W nim, podobnie jak w Echu, pisano o trupie przy głównej uliczce miasteczka, z tą różnicą, że Echo traktowało ten temat pobłażliwie, a Kurier zajął się nim na poważnie, prosząc różnorakiego rodzaju ekspertów o opinie. Wszyscy, co do jednego, mieli inne zdanie.
Kolejnym tytułem do sprawdzenia była Kronika Towarzyska, czyli gazeta działająca na terenie Rejencji Górskiej, która zbierała informacje o wszelakiego rodzaju romansach, ślubach, zdradach - ogólniej rzecz biorąc, magiel towarzyski. Przerzucając strony gazety, trafiłam na krzyczący tytuł - 'Skandal roku 2009 - wychodzi za Szwaberna'. Pod spodem był dopisek - 'Ród panny młodej jest blisko wyrzeczenia się jej'. Z przekąsem zaczęłam czytać artykuł.
Arleta de Klagenfurt wychodzi za młodego Szwaberna, Michela von Schoneicha (...) Schoneichowie są zachwyceni całą sytuacją ze względu na ich stan majątkowy (...) Ród Klagenfurtów zastanawia się nad wydziedziczeniem Arlety (...) Młodzi zapewniają, że się kochają i bez względu na okoliczności, wezmą ślub (...) Seniorka Klagenfurtów szlocha w wywiadzie udzielonym naszej redakcji (...) Rodziciele Michela nie mają nic przeciwko decyzji syna (...) Ocenę sytuacji pozostawimy czytelnikom.
- Baranica z tej Arlety - krzyknęłam. W tym momencie do mojego pokoju weszła gospodyni domu - pani Hermenegilda.
- Co się stało? - zapytała z ciekawością.
- Tutaj piszą o mezaliansie, że niby Arleta z Michelem mają brać ślub i zapewniają się o własnej miłości. Większych bzdur nie czytałam! On jest biedny, ona bogata i tylo z tego zwinzka bydzie! - ze zdenerwowania przeszłam na rodzimy dialekt rotterski - Nie mnie się tym przejmować - przemknęło mi przez myśl, ale nie wypowiedziałam tego na głos.
- Ach, tak - wydawało mi się, że gospodyni zawiesiła przez chwilę na mnie wzrok. - Zapraszam na śniadanie - uśmiechnęła się.
- Już idę, wezmę tylko gazety - odparłam.
- Nie, nie trzeba, ja wezmę, niech pani zejdzie do jadalni - zaprotestowała. Cóż mi pozostało, potulnie poszłam na dół.
- Schoneich to przebiegły facet - rzekł gospodarz domu, Temistokles Schliemann. Wydawało mi się, że jego żona rzuciła mu spojrzenie... Takie jakby ostrzegawcze.
- Coś tu nie gra - przebiegło mi przez głowę. Omiotłam jeszcze spojrzeniem stos gazet, który mi przyniosła gospodyni. I znów przeczucie mi podpowiedziało, że coś złego się wydarzy. Niemniej, postanowiłam je zignorować.
- O, kogo ja widzę! - krzyknęła radośnie za kasą pani Wiesia w miejscowym sklepie.
- Dzień dobry - rzekłam grzecznie.
- A, witamy, witamy! Zapewne już słyszała pani o tej aferze z Potocką juniorką? - zapytała mnie.
- Prawdę mówiąc, to ja odkryłam jej... zwłoki - ostatnie słowo zabrzmiało dla mnie dziwnie.
- Ach, rozumiem, rozumiem! Wiesz, że Potoccy - starszy i młodszy - do miasta przyjechali?
- O, tak? To chyba jest normalne? - zapytałam. Potępienie w oczach pani Wiesi przekonało mnie, że nie.
- Kochana moja, kto przyjeżdża do zmarłej żony tak szybko bez interesu? - zapytała, najwidoczniej retorycznie, ale postanowiłam nie zostawiać tego bez odpowiedzi.
- Kochający mąż? - zapytałam. Sprzedawczyni obrzuciła mnie oburzonym spojrzeniem. Poddałam się. Dalej prowadziłyśmy konwersację na tak neutralne tematy, jak niedawny mezalians dwóch szanowanych rodów, opisywany w Kronice Towarzyskiej - przy czym, rzecz jasna, nie omieszkałam się wygłosić swoich poglądów.
Przy wychodzeniu ze sklepu zwróciłam uwagę na stojak z gazetami. Stały tam takie pozycje jak Echo Rejencji Górnej czy Goniec Trizondalski.
- Aha - pomyślałam - Czyli mieszkańcy nie muszą prenumerować gazet, mogą je kupić w sklepie - stwierdziłam - No ale pewnie prenumerata szybciej dociera do ich domów. Komu by się chciało w takie upały do sklepu wychodzić - skonkludowałam.
- Dość tego - postanowiłam sobie - Miałam odpoczywać, a nie rozwiązywać sprawy, które najpewniej nie są kryminalne!
W związku z tym udałam się na dłuższy spacer po Port Mount, nie omijając słynnego molo. Wszystko mnie cieszyło swoją naturalnością, swoim urokiem.
Gdy weszłam do domu, gospodyni rzekła:
- Ma pani listy - wpychając niemalże je w moje ręce.
- Kto mógłby do mnie pisać? - zdziwiłam się.
- A niech pani sama sobie sprawdzi - powiedziała szorstko i znikła w bocznej części korytarza.
Siedząc w fotelu, otworzyłam pierwszą kopertę. Zaadresowana była niedbałym pismem, identycznie wyglądało to w środku. Papier był tak szorstki w dotyku, że aż ekologiczny.
Czy moglibyśmy zaprosić Wielmożną Panią na kolację do domu na ulicy Głównej pod numerem 45, dnia dzisiejszego o godzinie 17:00?
W imieniu rodu Potockich
(-) Emil Potocki
- Oho, a czego oni mogą ode mnie chcieć? - zapytałam samą siebie - No cóż, pewnie pójdę, ale niech się nie spodziewają Bór wie czego!
Sięgnęłam po drugą kopertę. Na tej adres był już napisany na maszynie. Rozcinając biały papier, zauważyłam że wypadła z niego karteczka. Podniosłam ją z podłogi i obejrzałam.
Musi pani opuścić wieś natychmiast
Życzliwy przyjaciel
Zdziwiła mnie nie tyle treść listu, co jego forma. Każdy wyraz był wycięty z - najprawdopodobniej - gazety. Była to chyba jedna gazeta, sądząc po rodzaju czcionki. Kropek pewnie nie chciało się anonimowi wycinać.
Gdy wreszcie zrozumiałam, co radzi mi tajemniczy przyjaciel w tym liściku, początkowo rzeczywiście chciałam wyjechać - czyż nie przyjechałam tutaj na odpoczynek? Po chwili jednak zdecydowałam, że sprawa jest zbyt ciekawa, żeby ją zostawić. Anonim chyba nie wiedział, że od dzieciństwa byłam niepokorną dziewczyną - zarówno w domu, jak i w szkole.
Spojrzałam na zegar. Dochodziła czwarta po południu.

