Zbiór wierszy
poetów i obywateli Rzeczpospolitej Sclavinskiej
***
Siedzi Sarmata...
Siedzi Sarmata na dachu,
warzy wino po fachu,
co uwarzy, to wypije,
każdego dnia się dokładnie myje.
Siedzi Sarmata na stodole
i go słoma w tyłek kole –
przypatrzcie się, ludzie święci,
jak ten rodak tyłkiem kręci.
Stanisław masło kleci
Deszczyk pada, słońce świeci,
a Stanisław masło kleci.
Co ukleci, wnet zajada,
myśli, że to czekolada.
Zaraz ciebie poczęstuje,
jeśli masz w dzienniku dwóje.
Masz? – Wy – pa – dasz!
Albo z Nami w lotki grasz!
Chodzi Guedes koło drogi
Chodzi Guedes koło drogi
Cichuteńko stawia nogi,
Cichuteńko się zakrada,
Nic nikomu nie powiada.
Chodzi Guedes koło drogi
Nie ma ręki ani nogi
Trzeba Głedzia pożałować
Kromkę chleba mu darować.
Chodzi Guedes lasem, polem
i nazywa siebie neo-trollem
Cichuteńko coś połyka,
piwko z rączek mu wymyka.
Chodzi Guedes po balkonie
i podrywa jakąś Monie,
Trzeba Głedźka zmobilizować,
na bilet do kina dychę mu podarować.
Stefan na podwórzu...
Wyszedł Stefan na podwórze,
i powiesił się na rurze.
Na podwórzu dużo kurzu,
piórko, trawka i sadzawka
Kamyk, kwiatek i dżdżownica
- jaka piękna okolica
Drapu drap jedną z łap,
jest robaczek to go cap!
Drapu drapu łapką w kurzu,
jak tu pięknie na podwórzu!
Ele mele dudki...
Ele mele dudki,
Miszka jest malutki,
a Teresa jeszcze mniejsza,
ale za to robotniejsza.
Ele mele dudki,
Aaron jest malutki,
a Sarmatka garbata,
a ich córka jest smarkata.
Świnia
Świnia przyszła na chwilę,
chyba się nie mylę.
Siedzi Świnia koło krzaka
i gapi się na ślimaka.
Zaraz wszamie skorupiaka,
albo upoluje Sclavińskiego ptaka.
A w dwudziestym trzecim przedziale,
pedał leży na pedale.
Akwarela
Jam być artysta wspaniały,
pisząc wiersze dla pochwały.
Być uczonym wyśmienitym,
W głowie władcą porytym.
Jam być Jożin z Bagien,
Pan i władca Sclavinii dawien.
Bym wspominał czasy dawne,
Spamerskie maratony sławne.
Bum szakalaka mieć pseudonim madafaka!
Bum cziki-cziki-ta rączka, rączka jest umyta!
Świnia przyszła na chwilę, ...
ciach ...
lipa ....
Bum!
"Ostro do pracy"
Rodacy, wybiła godzina najwyższa,
Widmo zapaści się wywyższa.
Ostro do pracy, podwińmy rękawy,
Zróbmy wiele z uśmiechem i dla zabawy.
Przestroga na naród Nasz padła,
Cisza grobowa w tematach zapadła!
Nie porzucim ojczyzny ani godła,
Pomoże Nam patriotyczna modła.
Na potęgę historii, na potęgę tradycji,
Wznieśmy sztandary i przywróćmy tych z banicji.
Biało - Błękitne barwy niech powiewają,
I aktywność w Nasz naród pchają.
Jednorożcu kochany
Jednorożcu Nasz kochany,
przez Sclaviński naród uwielbiany.
Za ojczyznę, za Nasz kraj,
siłę do walki Nam daj.
Wiele zła doznaliśmy,
demony szatana pokonaliśmy.
Mężny my naród, mężny lud,
ojczyzny budowa to żaden trud!
Jak ojciec do swej córki wracać,
wiele potu i trudu będzie popłacać.
Biało - błękitne wstęgi powiewać dumnie,
będą aż Nas pochowają każdego w trumnie!
Guedes de Lima
Wierszokleta
---***---
Głupota
Nie żałuję Ci tych włosów
Bo niczym mi one nie zawiniły
Nie oskarżę Twoich ust
Bo nie to mnie przeraża
Nie zamknę Cię w pustym pokoju i nie wyrzucę klucza
Bo lubię mieć Cię na horyzoncie
I czasem przybliżać, lecz nie za bardzo
Bo te brwi mają jakąś moc, tak samo
Jak ta szyja i główka na niej
Jak dłoni i palców gra delikatna w powietrzu
Jak kanon posągu dawnego
Jak filary nogi
Nie zrobiłbym niczego, wiesz
Mówiąc: tak ma być! Niech wie!
Ale co wyszło, to wyszło
Choć inaczej miało wyjść
Uznaję swoje błędy
Ale mogłaś mniej ściągać te brwi
Nie chłodzić tak wzroku przede mną
Byłbym bardzo wdzięczny
I nie byłoby dziś kolca
A tak sama go wsadziłaś
I posypałaś słodycz goryczą
I sam wydałem też wyroki
Dwa – pierwszy bezwiednie
Bo tak dobrze nie prorokuje
Drugi ze smutku
O odgonieniu dłonią i tym zimnym wzroku
A tak stoję w tym garniturze
Pogiętym przed tobą
Bo ja lubię go wkładać
Ale Tobie zachciało się nie lubić takich
Skąd mogłem przypuszczać, że gromy polecą?
Globalny bezsens
Globalny bezsens mnie ogarnia
już nie wiem co mieć a czym być
bo w tym bezsensie"być" i "mieć"
Kolidują ze sobą...
Już nie ma wyższej wrażliwości
doraźność ją zastąpiła
nie ma uczuciowości
nad tą w każdym zamknietą
dla siebie, bo dla innych już jej nie ma...
Nie ma już takich, którzy głównie
dla innych się starają
Nie ma już bezinteresowności
coś-za-coś egzystuje w naszych stosunkach
Przyjaźń zamiera, sucha kalkulacja i kokieteryjność rządzą....
Niech powrócą odważni
Niech obudzi się w was prawdziwe "Ja"
Bądźcie jak ci dawniejsi bohaterowie
Choć i oni bali się ramionami swymi
podtrzymywać ład, ale za to są nieśmiertelni
Wykorzeńcię pychę i materializm z serc
Darmo dawajcie, za co płacić nie musieliście
Niech zniknie globalny bezsens
zwierzęcość codziennej rywalizacji
tylko własnego "Ja" pożytek
Bo daleko nie zajdziemy
Ziemia nie ruszy się dalej z posad
i tu ją zastanie bliski koniec...
Klamka zapadła,choć bez ruchu
Piękno nadchodzącego poranka
Kolejne westchnienia i myśli strzeliste
Nagle koniec złudzeń
Nożyce tnące srebrną nić wiążącą dwa końce
Zdjęcie okularów czarnych
Kryjących ściskane powieki
Przy każdym widoku
Koniec myśli o uśmiechu
Za którym naprawdę w rytm słów ściskały się zęby
Coraz mocniej, coraz bardziej znudzeniem
Wielkim skrywane, jak te uniki oczu
Nie ma, nie ma ratunku...
Czy się mylę?
Czy poeci nie mają już u nikogo miejsca w sercu?
Czy będą jeszcze jakieś klamki?
Dlaczego tak się dzieje?
To niezrozumiałe
A może właśnie o to chodzi?
Ale fałsz jest niezrozumiały przenikliwością
Która i tak wyjdzie na jaw
Choć tym razem serce nie boli
To dobrze nie jest...
A mało być dobrze
Skrzynia ze skarbami miała się dopiero otworzyć
Jak nie, to nie... choć szkoda
Wielki skarb pozostanie dalej zamknięty
A już tak blisko było...
Nie szczęknę zębami
Nie zwężę źrenic
Nie cisnę piorunem
Ale dam jeszcze błogosławieństwo na drogę
Choć już coraz gorzej samemu się idzie
To wiem, że gdzieś znajdę...
Marzenia...
Zawsze chciałem być piękny
szarmanckością szopenowskich kruczych włosów
spadająca na postawiony kołnierzyk
uwodzić niewinne spojrzenia dziewcząt
Przykuwać je pięknymi zielonomorskimi oczyma
i uśmiechać się czułymi ustami
spośród tygodniowego zarostu pociągłej twarzy
Pragnąłem tyle razy chodzić w prochowcu
Obwiązany pewności i powagi szalem w kratę
stawiać kroki zdecydowanie po szarym bruku
ciskając dyskretnie uśmiechami i odbierając pozdrowienia
I dochodzić do mego własnego domu
Witać błyskiem i miłością piękną żonę
gromadkę jej i moich pociech
I wieczorami przedstawiać im światy
nie zawsze prawdziwe
Jak bardzo chciałem niewolić książki w umyśle
chodzić z teczką pod pachą rutynowo do pracy
Pracować z innymi i dla innych
Robić to co naprawdę lubię zawsze
A później znów wracać, siadać przed kominkiem
I znowu tworzyć w zaciszu domowego bezpieczeństwa
Ale teraz wiem, że to nie musi być mój cel
Nie to może mi się stać
Bo Ktoś na pewno ma dla mnie najlepszy plan
On to wszystko mi już zastępuje
I najlepiej ułoży...
Miłość...
Miłość jest jak rosa poranka na łące
To promienie słońca, w źródle się mieniące
Szkoda, że mnie jeszcze nie ogrzały...
Miłość jest jak wiatru powiewy świeże
To radość przyszłości, w którą ja wierzę
Szkoda, że na mnie nadziei nie dały...
Miłość jest jak cud poranka pięknego
To nektar płynący z kwiatu polnego
Szkoda, że go nie skosztowałem...
Miłość jest jak deszczu orzeźwienie
To nagła pewność, choć dawne przeznaczenie
Szkoda, że go jeszcze nie poznałem...
Poetycka walka
Poeta to ma ciężki żywot
Pół biedy, gdy vena sterem jego
Lecz gdy niepisaniowość nadchodzi
Tedy słońce zachodzi, ziemia się rozstępuje
Wtedy naiwny, kto chce znaleźć wyjście
Bo wtedy należy z miną rewolwerowca
Fechmistrza przed walką
Podnieść brew jedną w spokoju
I stojąc wyprostowanym schować
Pióro za pazuchę...
I czekać, wziąć natchnienie na sposób
Bo gdy udajesz niezainteresowanie Nią
Jest jak kobieta - sama nadchodzi
A wtedy, jak rewolwerowiec
Jak fechmistrz na turnieju
Chwyć mocniej pióro
I złap Ją, na papierze uwieczniwszy...
Ogłupienie...
Siedzę sobie w świetle sztuczności i komercji
Tak bardzo chciałbym się z niego uwolnić
I teraz dla Ciebie znów tworzę piękno
I choć on taki jest, przykładam pióro do warg
Ściągam z nich natchnienie jeszcze nie wypowiedziane
Niech ten sztylet poety tym razem zmieni się
I niech dla Ciebie będzie jak naszyjnik z pereł
Bo siedzę tu znowu, i wychwalam Twe piękno
Jasnej i gwiaździstej nocy letniej
Tego uroku i ciepła, dziwnego bezpieczeństwa
Tych oczu szarych ciekawości i pewności
Zaglądających mi w duszę
Tych ust uśmiechu i stałości słów
Czerwieni porywającej do tańca i zdobywającej serca
Figury dla której dawni panowie daliby się zabić własnymi mieczami
Kolejny raz me myśli jak wiatr jesienny
Lecą w te strony, i choć to kolejny raz
To ciągle są te same
Jakby bardzo chciał chciał, by muskały Cię jak pióra pawie lub poduszki z aksamitu
Tak mógłbym się odrywać z komercji i szarości zawsze
Byle dla Ciebie, dla miodu w głosie
Dla uśmiechu bezpieczeństwa i szczęścia
Zrzucać dla Ciebie tą siłą nałożoną maskę
I już więcej nie przejmować się resztą
Bo ty jesteś, a reszta to puch marny
Ale jak szkoda, że mieczem nicnierobienia Przebijasz mi serce
Przebijasz, ale nie zabijasz
Bo chwalić Cię dalej będę...?
Konstanty Geralt Stratosławski
---***---
Zebrano i wydano przez Centrum Kultury Sclavinskiej


