•••••
- 5 minut do zrzutu!
We wnętrzu ogromnego transportowego SaSa-7z [1] weterani bez pośpiechu podnosili się z miejsc i chowali w zanadrza i do plecaków książki, które czytali dla zajęcia czasu przelotu. Elitarna 4 Dywizja Spadochronowa od dawna szczyciła się wysokim poziomem czytelnictwa - wzbudzając zazdrość innych żołnierzy, jest to bowiem od wielu lat przedmiotem rywalizacji między różnymi oddziałami SAL.
- 3 minuty!
Żołnierze, po ostatnim sprawdzeniu oprzyrządowania ustawili się w dwóch kolejkach. Broń załadowana, tłumiki porządnie przykręcone, noktowizory na podorędziu. Godzina była wczesna, ok. czwartej rano - a o tej porze roku trudno było liczyć na słońce, czy choćby przejaśnienie przed siódmą. Przynajmniej temperatura u celu była znacznie wyższa niż tam, skąd startowali. Wiadomo - zimny interior Zachodniej Khandii to nie to co słoneczne wyspy Czerwonego Przylądka. W zimie może nie da się poplażować, ale z drugiej strony - brak śniegu i dodatnie temperatury to będzie przyjemna odmiana.
- Minuta do celu!
Światła, z wyjątkiem czerwonych, gasną, nadając wnętrzu samolotu surrealistyczny charakter. Szczęk zaczepów pewnie wpinanych w linę automatycznie otwierającą spadochron, potem cisza, wypełniona jedynie cichymi, spokojnymi oddechami kilkudziesięciu żołnierzy i żołnierek. Cisza, której nie przerywają typowe dla monarchofaszystowskich wojsk "dowcipne" uwagi, mlaskanie żutych gum czy zestrachany szum pospiesznie kleconych modlitw. Równe, spokojne oddechy ludzi świadomych niebezpieczeństwa i odpowiedzialności. Ci ludzie, przez propagandę Genosse ogłoszeni już buntownikami, nie mieli wątpliwości co do sensu swojego działania. Nagle w to wszystko wdarł się szum i powiew zimnego powietrza, gdy platforma desantowa powoli opadła z lekkim skrzypieniem, otwierając drzwi w ciemność.
- Ruszać!
Tupot żołnierskich butów po metalowej platformie, trzask rozwijającego się materiału i szum powietrza.
•••••
Komisarz Spraw Zagranicznych nerwowo to rozprostowywał, to składał na piersi ręce, chodząc w kółko po przejściowym pokoju, ani myśląc skorzystać z umieszczonych tu wygodnych kanap i foteli. Jego zastępca, stojący obok drzwi, zachowywał milczenie, wpatrując się usilnie w czubki swoich butów. Po chwili za drzwiami zabrzmiały kroki, nastąpiła przerwa, krótkie pukanie, a potem drzwi się otworzyły.
- Pan Ambasador teraz Panów przyjmie. - powiedział z lekkim ukłonem ubrany we frak asystent.
Zadziwiające, w jego głosie nawet wyczulone uszy obu dyplomatów nie wykryły ani krzty pogardy, ani trochę lekceważenia, ani nawet nuty ironii. Te słowa i ton nie mogły być jednak szczere w takiej sytuacji. Gdy Ambasador Księstwa Sarmacji w Wandystanie opóźnił umówione wcześniej spotkanie z Komisarzem, tłumacząc się za pośrednictwem tegoż asystenta "Sprawą nie cierpiącą zwłoki", był to nietakt - ale umiarkowany. Jednak w sytuacji gdy komisarza i jego zastępcę odprowadzono do bocznego pokoju, gdzie przez pół godziny samotnie oczekiwali na ambasadora, a następnie, ponownie prze asystenta, dano im znać, że ów łaskawie udzieli im audiencji, była to skrajna obraza. Obraza, którą Komisarz, jako przedstawiciel Wandystanu, musiał łyknąć - przynajmniej na razie.
"Tych skurwieli jakoś lepiej uczą." pomyślał Komisarz, podziwiając opanowanie Sarmaty. "Skoro tak chcą nas załatwić, pokażmy im w odpowiedzi wandejskie barbarzyństwo". Nie czekając na trzymającego drzwi asystenta, szybkim krokiem wyminął go i nie zważając na jego jęk protestu szybko przemierzył korytarz i bez pukania otworzył drzwi gabinetu ambasadora.
- Panie Komisarzu, witam! - rozwalony na fotelu za biurkiem Diuk-Baron zdobył się nawet na powstanie w celu powitania swojego gościa. Po chwili przez drzwi wślizgnął się jeszcze zastępca Komisarza, a za nim mignęła urażona (przynajmniej tym razem udało się go wytrącić z równowagi!) twarz asystenta, który zamknął za sobą drzwi i usiadł w kącie pokoju, przy małym biurku, aby sporządzać stenogram spotkania.
Po raz kolejny od czasu akredytacji Diuka-Barona, Komisarz zastanowił się, czy ranga ambasadora również nie była subtelną formą obrazy. Normalnie Sarmaci do krajów, którymi gardzili, wysyłali na przedstawicieli baronetów - powstała nawet cała seria dowcipów na ten temat. Jednak w przypadku Wandystanu subtelniejszym, a nie mniej obraźliwym, było wysłanie najwyżej utytułowanego pod ręką - tak aby jego arystokratyczność kłuła po oczach. "Skurwiele" powtórzył w myślach Komisarz.
- Witam Pana Komisarza! - z ekranu umieszczonego na ścianie ambasadorowi zawtórował wizerunek Ministra Spraw Zagranicznych Sarmacji.
"O, o" pomyślał Komisarz. To był kolejny dowód, że sprawa nie będzie tak prosta, jak miał nadzieję. Rozmowa z ambasadorem o szczegółach to jedno, ale rozmowa z MSZetem Sarmacji oznaczała, że cała idea, pomimo deklaracji sprzed niespełna tygodnia, może być problematyczna. "Dranie" pomyślał. "Najpierw się zaoferowali, teraz będą chcieli ugrać jak najwięcej swoim niezdecydowaniem i obawami". Zacisnął zęby. "Dobra, niech będzie teraz po waszemu. Jak się rozliczymy po wszystkim - to już zupełnie inna sprawa."
- Witam to... Panów. - Komisarz tylko lekko się zająknął. - Dziękuję, że to spotkanie mogło odbyć się w tak krótkim czasie. - powiedział z uśmiechem. "Do diabła z tym, że kazaliście mi czekać." dodał w myślach.
- Sprawa jest nadzwyczajnej wagi, nie da się ukryć - z fałszywą szczerością stwierdził Diuk-Baron.
- Czas już najwyższy, żeby rozwiązać ten problem - Minister nie przebierał w słowach.
- Wymaga to jednak pewnych ustaleń... i zapewnień.
"O, o" pomyślał Komisarz.
•••••
1 - *Samolet Samoletowa* wz. 2007, udana konstrukcja Ludowego Centrum Rozwoju Awioniki w Wandopolu, stworzona wkrótce po drugim ogłoszeniu niepodległości i w ciągu kilku lat całkowicie zdominowała wandejskie lotnictwo transportowe. Dopisek "z" oznacza wersję wyspecjalizowaną w misjach powietrznodesantowych.
Tantiemy autora 0 en.
Komentarze:
[+]
0
[-] 25 sierpnia 2014, 21:24:47 Prezerwatyw Tradycja Radziecki Już widzę, że, w niektórych, miejscach za bardzo się, rozpędziłem, z przecinkami. Przepraszam czytających!
[+]
0
[-] 25 sierpnia 2014, 21:31:16 Chuj, tam, przecinki, ważne, że, historia, wciąga