[poem]
__Mikroświat AD 2010__

Stefan* błąkał się bez celu po lotnisku jak pijany siedemnastolatek tuż po koncercie punk-rockowym. Jego podróż z paszportem Wielkiego Księstwa Sarmacji powinna przebiegać bez zakłóceń. Jako agent Rewolucyjnego Sekretariatu Bezpieczeństwa WARS posiadał wszystko co potrzebne w pracy inwigilacyjno-wywiadowczo-mącicielsko-prowokatorskiej. Jego misja było niesienie płomienia rewolucji na północny-zachód do Zjednoczonego Królestwa Aztec, Dreamlandu, Brugii, Natanii Niestety przeliczył się, na lotnisku w Almerze trwał strajk arabskich pracowników, którzy jak do tej pory pracowali za byle jakie grosze. Teraz jednak rekrutujący się głównie z przeciwników Wielkiego i Niepokonanego Sułtanatu Al.-Rajnu zbiegłych do słynącej ze swobód obywatelskich Sarmacji i jej najbardziej przyjacielskiej i niemal tak swobodnej w obyczajach jak Wandystan prowincji – Baridasu. Co prawda od Gnomiej Rewolucji 2006 roku wszelkiej maści rewolucjoniści ciągnęli do Wysokogórskiej Republiki Elidy, jednak obecni pracownicy lotniska byli spokojnym, byłymi poganiaczami wielbłądów lub hodowcami półdzikich, wrednych jak skacowany dozorca akademika, pustynnych owiec o wystających zębach, skołtunionej wełnie i ciągnących się po ziemi wymionach. Zarówno ich niechęć do panującego w Sułtanacie ustroju (który potocznie nazywano „monarchią absolutnego samozachwytu” lub „nagisyzmem”), jak i do owiec, a jeszcze większą do żon, które od owych zwierząt niewiele się różniły zmusiła ich do założenia nowych, homoseksualnych komun z dala od nietolerancyjnej ojczyzny. Teraz jednak strajkowali, co doprowadzało Stefana do szału. Próby skontaktowania się z jakimś wysoko postawionym bariodajczykiem spełzły na niczym, nawet interwencja samego Sekretarza Bardzo Generalnego WARS marsz. Hardostopczyka niewiele dała. Stefan spędzał czas przechadzając się po lotnisku, grając w wężyka w swoim nowoczesnym, przenośnym Panelu Mieszkańca Wszechobecnego Systemu Syriusz-Pluskwiak v. 4.6, a także na marzeniach o licencji na zabijanie. Została mu ona odebrana rozkazem dowództwa za zrównanie z ziemią trzech małych, kilkudniowych wirtualnych królestw. Naraziło to WARS na poważne problemy na arenie v-międzynarodowej, bowiem wg Rezolucji Forum Polskich Mikronacji numer 71243-125-abc-666-xyz na małe mikronacje obowiązywał okres ochronny w okresie rozmnażania (jesień) i przez pierwsze 3 miesiące od pojawienia się drugiego obywatela. Państewka, które z nudów ewaporował Stefan były młodsze niż tydzień… Tylko jego zasługi podczas Wielkiej Wojny Wyzwoleńczej i osobisty udział w Kryzysie Awarskim 2007 roku uchroniły go przed zesłaniem w góry Surmenii. Teraz jednak pełen myśli gorzkich jak wspomnienie upojnej nocy z kaszalotem nasz nieustraszony agent rozmyślał nad swoją sytuacją. Musiał się bowiem, zaprawdę powiadam Wam, wydostać z Almery i ruszyć na północny-zachód siać ziarno rewolucji.

(Almera, 27 grudnia 2010)

Nad almerskim lotniskiem wstawał ranek. Stefan z rozkoszą puścił poświątecznego bąka sernikowego made in Pascal po prostu gotuj. Spędzanie świąt w towarzystwie śmierdzących wełną i tanimi solardyjskimi perfumami „Sen Morfeusza” zrewoltowanych v-arabów nie należało do przyjemności. Nawet jego ulubione walchałki, śledzie i gnomijski spirytus nie poprawiły mu humoru. Przybity jak wyrok sadu kapturowego do drzwi ratusza jął nad swoim życiem przeszłym jakoż i przyszłym zastanawiać się. Cała sytuacja była niczym granat w latrynie pułkowej albo powtórka sarmackich wyborów. Nie wiadomo czy się zaciągnąć atmosferą, złorzeczyć czy uciekać. Zaprawdę powiadam Wam, myśli miał Stefan niewesołe jak (czyż moje porównania nie są iście „homeryckie”?) alkoholik odpracowujący dwieście godzin prac społecznych. Z bananowym uśmiechem na ustach (ten baridajski stuffik…) agent nieustraszony wydobył ze swojego szpiegowskiego sakwojażu przezroczystą torebkę tropikańskich pomarańczy. Chromowane zawleczki lśniły w porannym słońcu. Przed oczami Stefana stanęły lata młodości. Gdzież te naloty dywanowe, napalm, tanie panienki i eksterminacja ludności cywilnej? Walcząc z rozmarzeniem pełzającym po jego kościach niczym napalony arystokrata u stóp damy serca bohaterski krzewiciel rewolucji przekrwionym wzrokiem lokalizował. Lokalizował dłuższą chwilę. Nie zawaham się powiedzieć tu nieskromnie, że sam zlokalizowałbym położenie celu w czasie krótszym niż Stefan… Cóż, wracając do tematu. Stefan lokalizował. Cel – grupka jedzących zeszłotygodniowe pieczywo i śmietnikowe odpadki v-arabów stał w zbitej grupce rozprawiając w swoim języku co brzmiało mniej więcej tak: „Hała ała masa paka ibn-al-rajam upa upa hała hała ćmok”. Pierwsza pomarańcza wybuchła jakby nieśmiało. Niezbyt głośnie „jebudu” odbiło się echem w olbrzymiej hali odlotów. Następne pomarańcze posypały się jak wiązanka bożonarodzeniowych przekleństw. Głuchym tąpnięciom eksplozji towarzyszył brzęk tłuczonego szkła i jęki konających. Stefan nadal uśmiechał się głupkowato. Jedną ręka miotał pomarańcze, drugą składał z niewielkich elementów szturmowy, sarmacki mini-gun. W tym miejscu jednak nauczony doświadczeniami wandejskiej awangardy twórczej ominę krwawe opisy i wściekłego jak pracownik supermarketu w wigilię czytelnika przeniosę wprost w nudnawe zakątki książęcego pałacu w grodzisku.

(Grodzisk, 27 grudnia 2010)

Wielki Książe Sarmacji, Król Baridasu, Nowej i Starej Teutonii, Wielki Książe Solardii, Cesarz Valhali, Książe Lolardii, tytularny Prezydent Wandystanu etc. Robert I Czekański spożywał śniadanie. Na ścianach wisiały liczne trofe:. Szlachetna głowa Piotra Mikołaja, za nią młoda czaszka Mikołaja Aleksandra… W oddali rysował się seksowny profil towarzysza Winnickiego jeszcze piękniej prezentujący się na tle mahoniowej deski. Dumny był Książe ze swojej kolekcji. Ze smakiem zajadał pieczywo: kajzerki, chałki, chlebek, pierożki…
Do jadalni wbiegł jak burza Seneszal Wielko Koronny meldując o masakrze na almerskim lotnisku. „Ściąć” burknął Książe, z pełnymi ustami dodając „wszystkich”.

(Niebo nad oceanem wirtualnym, 27 grudnia 2010)

Stefan rozsiadł się wygodnie w fotelu. Rozpaloną jak szesnastolatka na dance-party lufę mini-guna oparł na luksusowym, skórzanym fotelu. Taaak! Jego celem był teraz Wandystan. Doszedł bowiem do wniosku, że czas się ustatkować. Znaleźć sobie męża w zbuntowanej, sarmackiej prowincji gdzie jego zamiłowania i zdolności zostaną docenione i skąd nikt nie wyśle go na jakieś miedzynarodwe, zrewoltowane lotnisko.

"Zaprawdę powiadam wam, czyżeście skretyniali do reszty stare barany?" (I Brv 1,10)

W poprzednich odcinkach sagi dowiedzieliśmy się że Stefan utknąwszy na lotnisku w Almerze przeżył tam święta załamany jak słup po wichurze lub na widok stada bobrów. Dalsze losy Stefana rozczarowały nas, bowiem rezygnując z zaszczytnej służby dla najwyższych czynników WARS zemścił się srodze na strajkujących v-arabach i wybiwszy ich, porwanym samolotem udał się w kierunku Wandystanu. Zahaczyliśmy również o pałac Wielkiego Księcia i podziwialiśmy jego kolekcję trofeów. Don Pedro zdradził Mariannę i założywszy strój prostego robotnika został wędrownym handlarzem termosów. Fernando postanowił pocieszyć Mariannę. Dopiero niedawno zszedł na dół po coś do jedzenia... Ale wracajmy do Stefana.

(Precelkhanda, Wandystan początek stycznia 2006)

Stado kukułów inkaskich poderwało się do lotu przerażone odgłosem gnącego się metalu. Stefan kurczowo trzymając stery klął jak admin odcięty od sieci podczas awarii serwera. "Bohaterstwa się cholera zachciało jebańcom!" Trupy pilotów malowniczo brocząc krwią staczały się na tył samolotu, kiedy Stefan pod dość dziwnym katem podchodził do lądowania. Maszyna zacharczała, splunęła paliwem lotniczym i z ciężkim westchnieniem przypierdoliła o betonowy pas lotniska. Nasz dzielny heteros ze smutkiem spojrzał na niedokończone piwo i wytoczył się z wraku.
Komitet powitalny z Prezydentem* Mandragoratu Aleksandrem Nowakiem i zasępionym Mandragorem Khandem przeładowywał automaty Karakachanowa.
"Ściema patafiany!" rzekł radośnie Stefan, promile buszowały ochoczo po wszystkich zakamarkach jego rosłego ciała. "Słyszałem, że se można u Was założyć Spółdzielnię. Prawda to?" Pokryta bliznami twarz Prezydenta Nowaka zaczerwieniła się jak świeża papryka w dolinach południowej Brugii. Już, już podnosił rękę w geście "zabić skurczybyka" kiedy na jego ramieniu powolnym ruchem spoczęła ciężka jak niedzielny poranek dłoń tow. Peruna - szefa Komitetu Reedukacji. "Eeee... tzn. chciałem powiedzieć, że tow. Mandragor pewnie ma jakiś pomysł." Szlachetne oblicze Mandragora zajaśniało wewnętrznym światłem niczym gigantyczna dioda LED. Swoim głębokim spojrzeniem wpatrywał się w oczodoły Stefana. Mało kto potrafił wytrzymać ów, naznaczony ciężką odpowiedzialnością za Lud Pracujący i takie tam, wzrok. Stefan rozmyślał z desperacją: "Czy ja aby wziąłem gumki? Czy ja aby wziąłem gumki? Czy ja aby...". Prorok Khand westchnął nad jego głupotą i rzekł: "Pójdziesz chłopcze z buta i wpław do dalekiej Teutonii i grób Świeckiego Żenady odwiedzisz. Jak nie, to słowami Świeckiego Krystyny rzeknę iż Ci: "takie kuku zrobię że mnie popamiętasz!". Dopełnij swey pokuty!"

(Północny Wandystan, styczeń 2011)

Pustynne słońce zachodziło za horyzontem. Stefan wkroczył do niewielkiej wioski. Worek pokutny dawno zmienił kolor z krwistoczerwony na brunatny. "Normalnie brunatna koszulka jak u monarchofaszysty" pomyślał pokutnik. Na centralnym placu stał na monumentalnym postumencię betonowy posąg Krystyny Buchner. Stefan przysiadł i jął planować jak tu przez WARS przedostać się do Teutonii. W Sarmacji też go raczej nie kochali za ten dym na lotnisku. Czuł się jak Frodo Bagins, z tą różnicą, że nigdzie w okolicy nie było widać gejowatego przydupasa o imieniu Sam. Jakby na żądanie tuż obok pojawił się oddział czarnych, krótko ogolonych młodzieńców. "O! Brunatny białas!" powiedział jeden z nich. "A wy co za jedni?" warknął Stefan. "Baridajskie Bambusy! Skrajnie prawicowy odłam Związku Zawodowego Tkaczek Baridaskich - ZZTB "Rasizm" to my!". "Słodko - to może zabierzecie swoje czarne dupska gdzie indziej bo próbuję myśleć?". Przywódca z sadystycznym uśmiechem zaczął rozpinać rozporek. "No to mam przesrane" - pomyślał nie bez słuszności Stefan. Wtem jeden z Bambusów wykrzyknął: "Bracia! Toż to ten białas co rozjebał sułtańskie psy w Almerze zaraz po świętach". Bambusy otoczyły Stefana z radosnymi twarzami. "Wodzu! Prowadź"

(Kontynent scholandzki, krwawy styczeń)
Pielgrzymka pokutna Stefana przerodziła się w I Virtucjatę. Szedł bowiem Stefan i Baridajskie Bambusy paląc, gwałcąc i mordując (nie zawsze w tej kolejności). Ci zaś, którzy spalenia, zgwałcenia i zamordowania uniknęli przyłączali się do nich. Cel mieli jeden - grób Świeckiego Żenady (oczywiście o pałac Wielkiego Księcia też chcieli zahaczyć).
Stefan był niczym Wanda w dniach chwały. Łuna rewolucji płonęła. Wydarzenia przepowiedziane przez Świeckiego Włodzimierza zbliżały się nieuchronnie. Fernando wyskoczył do spozywczaka po fajki, don Pedro zgubił termosy...

(Granica Scholandzko-Brugijska, koniec stycznia 2011)

- VOTUM! - Rzekł Pierwszy Z Jeźdźców
- VOTUM SEPARATUM! – Odpowiedział Następny Z Jeźdźców i zeskoczył ze skutera. Odgarnąwszy jasnoniebieskie dready Pierwszy podrapał się w potylicę po czym przemówił:
- Z rozkazu Pierwszej Damy i Głównodowodzącego Wojsk Wszelakich Niezwykle Męskiego Stefana przybywam do Was aby rozkazy Wam zapodać! – odchrząknął – Macie jakiś browar? Cholernie mnie suszy…
- Piwa ci u nas dostatek! – odpowiedział drugi i delikatnie kładąc dłoń na jego lewym pośladku poprowadził go w stronę namiotu.

(Południowa Brugia, luty 2011)

Rozszalały jak żeńska drużyna siatkówki na występie męskich striptizerów tłum rabował magazyny Browarów Brugijskich. Ludziska ze śpiewem wynosili skrzynki ‘Old Muggler Ale’, ośmiopaki ‘Maksymilian Max Lager’, ktoś toczył wielki, stulitrowy keg nieopatrzony napisem. Pierwsza Dama, czyli nasz stary znajomy Stefan, bezradny jak wypisany wkład do pióra kulkowego z opuszczonymi rękami patrzył i płakał. Nie tak miało być! Virtucjata przerodziła się w rabunek i rozpustę. Nie żeby Stefan miał coś przeciw rabunkowi i rozpuście, ale jak każdy artysta i mistrz w swoim fachu nie lubił tłumów naśladowców. Jego przyboczni, kiedyś znani jako Baridajskie Bambusy, teraz mieniący się Jeźdźcami Fałpokalipsy, których na czele poszczególnych grup „pielgrzymów” rozesłał po całej okolicy zabunkrowali się w dziwacznych miejscach i zamiast nawracać lud oddawali się homoseksualnym orgiom. „Padaka” – myślał Stefan. Nagle ni z tego, a już na pewno nie z owego (owo leżało w owym czasie nietrzeźwe) poczuł w sobie siłę i niewiarygodne wręcz pragnienie na płyn borygo lub w ostateczności benzynę bezołowiową. Gnany wewnętrznym niepokojem podbiegł do zaparkowanego nieopodal samochodu i jął przeszukiwać bagażnik. Jedyne co znalazł to dwulitrowa, srebrna butelka półsyntetycznego oleju z rafinerii KrauseOils. Pociągnął solidny łyk. Taaak! Znów był dawnym, cynicznym, zidiociałym byłym agentem tajnej policji oraz eks-dowódcą szwadronów śmierci. Nadal miał stalową kość podudzia i chromowany zwieracz. Wskoczył na maskę samochodu i przemówił głosem donośnym jak fala uderzeniowa bomby zrzuconej w 2009 na stolice Surmenii. W trzydzieści minut przekonał tłum o szkodliwości picia alkoholu i zaletach przejścia na wegetarianizm. Stał otoczony filotową aurą a lud w milczeniu patrzył w jego oczy. Stary mężczyzna stojący nieco na uboczu przerwał podniosłą chwilę i krzyknął rozdzierając żebracze szaty: „Ludu Pracujący Miast i Wsi! Ten koleś pije olej półsyntetyczny i przemawia jak Wielki Wanda. Chwila Wandostąpienia jest bliska. Oto jest Japostoł Fałpokalipsy! Na kolana suki!” Lud padł na kolana a Stefan ze zdumieniem odkrył, że w starcu rozpoznaje Michasia Winnickiego, co znaczyło że Wanda zesłał ducha swego sługi na padół wirtualny. Uśmiechnął się i od tej chwili uwierzył.

(Grodzisk, początek lutego 2011)

Wielki Książę Wielkiej Sarmacji Robert I Czekański upijał się powoli czarnoleskim piwem. Zastanawiał się jak odnieść się do ostatnich wydarzeń na kontynencie. Chłodne ostatnio stosunki z WARS które uznawało niezależność Wandystanu i problemy z ruchem separatystów teutońskich były niczym przy zamęcie jaki rozpętał jakiś gość podający się za wcielenie Wandy czy coś w ten deseń. Robert zastanawiał się co z Baridasem. Czy czarnuchy zbuntują się znowu? Pamiętał jakie problemy miał z tym ostatnim bastionem zwolenników Piotra Mikołaja… Ponoć ów Stefan głosił, że idzie z pielgrzymką do Teutonii. Sarmackie siły zbrojne po kolejnych czystkach znajdowały się w opłakanym stanie… Wielki Książę zaczynał się bać. Patrzył na swoją kolekcję głów. Kozanecki uśmiechał się ironicznie, Bumbum puścił oko, Winnicki pokazał język…

(Przystań, początek lutego 2011)

Patryk I Natański siedział i podpisywał traktaty akcesyjne, hołdy poddańcze, listy intencyjne… Nawet nie zauważył. że właśnie jego imperium zmniejszyło się o Brugię. I tak władał większością v-świata a jego państwo rosło w przystępie geometrycznym. Na utratę Dreamlandu kilka dni później miał zareagować słowami: „I tak wrócą”.

(Dreamland i Teutonia, luty 2011)

„W steeeepie szeeerokim którego okiem nawet kukulim nie zmieeeerzysz!
Wstań! Unieś duuupę! Wsłuchaj się w słowaaa! Pieśni o Wandostąpieeeeniu!”

„Wande, Wande, Wande Kryszna, Wande, Wande!”

Stefan zagryzał płyn borygo surowym burakiem cukrowym. Ustanowił właśnie Nowe Królestwo Wandowe na terenach Brugii i Dreamlandu. Przekonał ludność do utopienia wszelkiej broni i kolektywnej uprawy roli metodami neolitycznymi. Zapanowała sprawiedliwość i niczym nieskrępowany handel z Wandystanem. Stefan zaś założywszy swój worek pokutny udał się w tajemnicy do grobu Świeckiego Żenady gdzie poddał się samoobrzazaniu. Wracając w stroju sprzątaczki zakradł się do Pałacu Książęcego w Grodzisku i nocną porą przewrócił tron. Tak spełniło się proroctwo, że Japostoł Fałpokalisy obali tron w Grodzisku. Schylił się po nowego buraka. Taaak! To było „CUŚ”. Zastanawiał się nad spisaniem wspomnień.


[/poem]