Mikroświat AD 2010
(powieści interaktywnej w odcinkach część druga_

[Almera, 27 grudnia 2010]

Nad almerskim lotniskiem wstawał ranek. Stefan z rozkoszą puścił poświątecznego bąka sernikowego made in Pascal po prostu gotuj. Spędzanie świąt w towarzystwie śmierdzących wełną i tanimi solardyjskimi perfumami „Sen Morfeusza” zrewoltowanych v-arabów nie należało do przyjemności. Nawet jego ulubione walchałki, śledzie i gnomijski spirytus nie poprawiły mu humoru. Przybity jak wyrok sadu kapturowego do drzwi ratusza jął nad swoim życiem przeszłym jakoż i przyszłym zastanawiać się. Cała sytuacja była niczym granat w latrynie pułkowej albo powtórka sarmackich wyborów. Nie wiadomo czy się zaciągnąć atmosferą, złorzeczyć czy uciekać. Zaprawdę powiadam Wam, myśli miał Stefan niewesołe jak (czyż moje porównania nie są iście „homeryckie”?) alkoholik odpracowujący dwieście godzin prac społecznych. Z bananowym uśmiechem na ustach (ten baridajski stuffik…) agent nieustraszony wydobył ze swojego szpiegowskiego sakwojażu przezroczystą torebkę tropikańskich pomarańczy. Chromowane zawleczki lśniły w porannym słońcu. Przed oczami Stefana stanęły lata młodości. Gdzież te naloty dywanowe, napalm, tanie panienki i eksterminacja ludności cywilnej? Walcząc z rozmarzeniem pełzającym po jego kościach niczym napalony arystokrata u stóp damy serca bohaterski krzewiciel rewolucji przekrwionym wzrokiem lokalizował. Lokalizował dłuższą chwilę. Nie zawaham się powiedzieć tu nieskromnie, że sam zlokalizowałbym położenie celu w czasie krótszym niż Stefan… Cóż, wracając do tematu. Stefan lokalizował. Cel – grupka jedzących zeszłotygodniowe pieczywo i śmietnikowe odpadki v-arabów stał w zbitej grupce rozprawiając w swoim języku co brzmiało mniej więcej tak: „Hała ała masa paka ibn-al-rajam upa upa hała hała ćmok”. Pierwsza pomarańcza wybuchła jakby nieśmiało. Niezbyt głośnie „jebudu” odbiło się echem w olbrzymiej hali odlotów. Następne pomarańcze posypały się jak wiązanka bożonarodzeniowych przekleństw. Głuchym tąpnięciom eksplozji towarzyszył brzęk tłuczonego szkła i jęki konających. Stefan nadal uśmiechał się głupkowato. Jedną ręka miotał pomarańcze, drugą składał z niewielkich elementów szturmowy, sarmacki mini-gun. W tym miejscu jednak nauczony doświadczeniami wandejskiej awangardy twórczej ominę krwawe opisy i wściekłego jak pracownik supermarketu w wigilię czytelnika przeniosę wprost w nudnawe zakątki książęcego pałacu w grodzisku.

[Grodzisk, 27 grudnia 2010]

Wielki Książe Sarmacji, Król Baridasu, Nowej i Starej Teutonii, Wielki Książe Solardii, Cesarz Valhali, Książe Lolardii, tytularny Prezydent Wandystanu etc. Robert I Czekański spożywał śniadanie. Na ścianach wisiały liczne trofe:. Szlachetna głowa Piotra Mikołaja, za nią młoda czaszka Mikołaja Aleksandra… W oddali rysował się seksowny profil towarzysza Winnickiego jeszcze piękniej prezentujący się na tle mahoniowej deski. Dumny był Książe ze swojej kolekcji. Ze smakiem zajadał pieczywo: kajzerki, chałki, chlebek, pierożki…
Do jadalni wbiegł jak burza Seneszal Wielko Koronny meldując o masakrze na almerskim lotnisku. „Ściąć” burknął Książe, z pełnymi ustami dodając „wszystkich”.

[Niebo nad oceanem wirtualnym, 27 grudnia 2010]

Stefan rozsiadł się wygodnie w fotelu. Rozpaloną jak szesnastolatka na dance-party lufę mini-guna oparł na luksusowym, skórzanym fotelu. Taaak! Jego celem był teraz Wandystan. Doszedł bowiem do wniosku, że czas się ustatkować. Znaleźć sobie męża w zbuntowanej, sarmackiej prowincji gdzie jego zamiłowania i zdolności zostaną docenione i skąd nikt nie wyśle go na jakieś miedzynarodwe, zrewoltowane lotnisko.

[Czy Stefan:
a/powinien założyć w Wandystanie Rolniczą Spółdzielnię Robotniczą?
b/zastanowić się i mniej pić?
c/odbyć pieszą pielgrzymkę pokutną do groby Świeckiego Żenady?
d/w sposób spektakularny strzelić samobója?
Jak zwykle na sugestie czekam w komentarzach]