[poem]

**Cytadela - Część Pierwsza.**

__I. Grodziskie osiedle apartamentowców, Grodzisk, niedziela, 8:35__

Niedzielny poranek w domu Koniasów nie różnił się niczym od wszystkich innych niedzielnych poranków w ich domu. Sypialnia pachniała snem, dzieci radośnie hałasowały, dopiero co obudzone, przekrzykując się wzajemnie i opowiadając co im się śniło. Edyta z uśmiechem przeciągnęła się w łóżku i spojrzała na męża.

- Dzień dobry Krzysiu - gorący pocałunek na lekko nieogolonym policzku wyrwał Prezesa PASI z zamyślenia.
- Programujesz, a miałeś tego nie robić - z udawanym wyrzutem powiedziała Edyta.
- Wybacz kochanie, tak sobie myślę… jak spałaś?
- Dobrze, wiesz jak dobrze wpływa na mój sen Twoja obecność. Jestem jednak diablo głodna.
- Już, już, idę zrobić jajecznicę.

W tym momencie sielankowy obraz przerwał płacz dzieci i przerywany łkaniem krzyk - Mamo, maamo, w telewizji nie ma Teleranka! Krzysztof Konias zerwał się z łóżka i pobiegł do jadalni. Rzeczywiście zamiast kolorowych obrazków i dziecięcych piosenek na ekranie telewizora widać było ubranego w polowy mundur wojsk KSZ Kanclerza Czekańskiego. W tym momencie rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Danielek, sześcioletni syn Koniasów pobiegł by otworzyć drzwi. Kiedy to uczynił stanął jak wryty - Witaj maluszku, jest tatuś?  - sprzed drzwi rozległ się zimny i nienaturalny głos.

Krzysztof nie czekał dłużej. Podszedł do uchylonych drzwi i zobaczył dwóch, ubranych w czarne, długie skórzane płaszcze osobników z przyciemnianymi okularami na nosach. Szybkie machnięcie bliżej niezidentyfikowaną odznaką i mrożące krew w żyłach słowa - Pan pójdzie z nami panie prezesie. Proszę się nie obawiać.

Piętnaście minut jakie otrzymał na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy wykorzystał na pożegnanie z żoną.

- Edytko, pamiętaj, cokolwiek się stanie ja zawsze będę cię kochał. I nie martw się, pewnie jeszcze dziś wrócę.
- Dokąd cię zabierają? Dlaczego? - łzy płynęły po twarzy żony.
- Nie wiem, to gwardia Czekańskiego, coś się popieprzyło…muszę już iść, dbaj o nasze skarby.

Konias ucałował kolejno swoje pociechy - najmłodszą Gosię, Danielka, oraz najstarszego Maciusia. - Opiekujcie się mamą, kocham was. Ostatnie pięć minut zamierzał porozmawiać z Skarbnikowem. Kiedy wybrał jego numer w telefonie usłyszał jedynie szybki sygnał nieczynnej linii. Zimny pot wystąpił na kark. Podszedł do drzwi. Kilka minut później jechał już czarną limuzyną Namiestnikov One w kierunku pałacu Rady Ministrów.

__II. Pałac Rady Ministrów, Grodzisk, niedziela, 9:15__

W wielkim gabinecie z oknami wychodzącymi na park i kanały rzeczne były tylko trzy osoby. Książę Piotr Mikołaj zajmował centralne miejsce, obok siedział Kanclerz Czekański, a pod oknami przechadzał się szef służb bezpieczeństwa Mateusz Cezar. Drzwi do gabinetu otworzyły się i stanął w nich Prezes PASI.

- Siadaj Krzysiu… - słodkim głosem rzucił Książę.
- Musimy pogadać… - dodał Kanclerz z chytrym uśmiechem.
- O Twoich wakacjach w naszym kurorcie. - zimny głos Cezara zakończył sielankę.
- Krzysztofie Konias, w imieniu Kontrrewolucyjnej Ochrony Narodu, w skrócie KON, zostałeś uznany wrogiem Narodu Sarmackiego i skazany na osadzenie w Cytadeli Grodziskiej. O dalszym twoim losie zdecyduje Trybunał Honorowy. Czy chcesz coś powiedzieć?
Konias przyglądał się przez chwilę twarzom Trójki a następnie cichym szeptem rzucił - Walcie się na ryje szuje!

Szyderczy śmiech Cezara odbił się echem po pomieszczeniu - Zupełnie jak Skarbnikow. - zataczając się ze śmiechu podszedł do drzwi i wpuścił swoich ludzi - Zabrać go. - w rozkazie nie było już cienia śmiechu.

- Myślisz, że dobrze robimy?
- Oczywiście, a co? Spękałeś?
- Nie, nie o to chodzi. Po prostu znam ich tyle czasu…
- Daj spokój, za chwilę by Cię zdjęli z fotela, wyrzucili na ulicę, byłbyś nikim. Nie możemy na to pozwolić.
- Masz rację, dzięki że mnie w porę ostrzegłeś. Chodź, zjemy coś dobrego, w sumie to niedzielny poranek i czas na jajecznicę.

Książę z Kanclerzem wstali i udali się do pałacowej kuchni. Cezar poszedł za nimi, wiedział, że uczestniczy w czymś wielkim, w tworzeniu się nowego sarmackiego porządku. A on będzie jego ikoną. Nareszcie. I dobrze zje. Lubił kanclerskie jajecznice.

__III. Wieś Poddębice, niedziela, 11:13__

Podgrodziska wieś Poddębice była typową sarmacką wsią. Spokojna, cicha, z gnojówką w kanałach melioracyjnych, i ze sklepem monopolowo-spożywczym w jej środkowej części. Sklep ów robił od wielu już lat za ratusz, dom kultury i swoiste miejsce spotkań lokalnej elity. Sołtys “Avatar” Chojnacki siedział na przysklepowej ławeczce, obok na ziemi siedział jego pomagier “Ojek” Mackiewicz. Obaj znali się od wielu lat. Niegdyś, za lepszych czasów, byli elitą Grodziska, “stolycy” jak to się teraz mówi u nich na wsi. Obaj swego czasu byli na szczycie. To wszystko zmieniło się po dojściu do władzy Skarbnikowa. Jego program aktywizacji wsi sarmackich spowodował skutki diametralnie inne od zakładanych. Wsie stały się ośrodkami oporu przeciwko korporacyjnym rządom Grodziska. Jednym z ważnych ośrodków były właśnie Poddębice. W nich znalazło schronienie wielu dysydentów a wśród nich Avatar i Ojek. Okres walk mieli jednak już za sobą. Wiejski klimat i niezwykłe towarzystwo ich rozleniwiło. Posiedzenia na ławce pod sklepem, gra w karty i kości, tanie wino “Skarb Prezesa”. To było ich życie, to był ich świat. Do niedzielnego poranka.

Pod “Market” podjechał Opel Tigra, czarny, lśniący, metalic. Zatoczył powoli koło na placu przed sklepem i zatrzymał się na przeciw ławki. W tym samochodzie i jego przyciemnianych szybach było coś takiego, co kazało sołtysowi i jego koledze się wyprostować. Podświadomie to czuli. Mentalność starych wilków bezpieki. Samochód się zatrzymał i drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Z wnętrza Tigry z niemałym trudem wydostał się Majkel “Bumbum”. O pochodzeniu jego ksywki krążyły od dawna legendy. Przybysz zmierzył okiem gospodarzy ławeczki i ochrypłym głosem rzucił - Łyka. Avatar rzucił się do Majkela w wyciągniętej ręce trzymając butelkę “Skarbu Prezesa”. Bumbum pociągnął z niej zdrowo, zaś na jego twarzy pojawił się szeroki i błogi uśmiech - Ambrozja… - dodał, wycierając rękawem drogiego garnitury usta.

- Av, stary koniu, coś się tak wystraszył? Kolegi nie poznajesz?
- Poznaję, poznaję - wybąkał Avatar - czego tu szukasz?
- Was szukam moje wy ptaszki, was.

Zdumienie jakie wymalowało się na twarzy Mackiewicza wprawiło gościa w jeszcze lepszy nastrój.
- Siadajcie, poopowiadam co z czym, dajcie jeno wpierw jakiego ogórka, co bym coś na ząb wrzucił.
- Mów, nie pierdolol. - Avatar przestał się patyczkować.
- Właśnie, mów. Co się stało, po co przyjechałeś, coś się święci? - słowa Ojka wypowiedziane były twardym i nieznoszącym sprzeciwu tonem, jak za starych dobrych czasów.
- Dobra, dobra, już mówię. Przyjechałem bo mi kazał Cezar. Ponoć Czekański Was poszukuje, jesteście mu bardzo potrzebni. Dziś rano zamknęli w Cytadeli Koniasa, w południe zamierzają zamknąć Skarbnikowa. Zawiązał się jakiś komitet i Wanda jeden wie co się jeszcze wydarzy.
- W Cytadeli?! - pełnym niedowierzania krzykiem zapytali jednocześnie.
- Ano. To co? Jedziecie? Kroi się imprezka jakiej dawno nie było, a wiecie, że Czekan umie wynagradzać. - wędka zarzucona, rybki biorą…
- Jedziemy. Ty prowadzisz, my piliśmy.

Dzisięć minut później poddębickie rogatki minęła czarna Tigra zmierzając w kierunku Grodziska z zdecydowanie nieprzepisową prędkością.

__IV. Gdzieś w okolicach Srebrnego Rogu, Teutonia, niedziela, 10:30__

Były Kanclerz Daniel Chojnacki stanął przed drzwiami okazałego szlacheckiego dworku, odwrócił się do nich plecami i wzrokiem objął otaczające dom teutońskie łąki, sady, ogrody. - Kto ma ten ma. - pomyślał. Drzwi za jego plecami się otworzyły - Wielmożny pan wejdzie, doktor za chwilę do pana zejdzie. - kłaniając się w pół powiedział  długowłosy i lekko otyły Majordomus. - Proszę wejść i się rozgościć w salonie, za chwilę do pana przyjdę. - gestem zaprosił gościa do środka. Daniel wszedł, oddał płaszcz i rozejrzał się po okazałym wnętrzu. Na przeciw wejścia znajdowały się biegnące po dwóch stronach pomieszczenia łukowate schody prowadzące na wyższą kondygnację. Pomiędzy nimi stała obudowana lśniącym czarnym marmurem kolumna zwieńczona motywem teutońskiego lwa. Kanclerz westchnął i skierował swe kroki do salonu. Rozejrzał się dookoła i usiadł w jednym z dwóch wielkich skórzanych foteli stojących tuż obok kominka, czy raczej paleniska ozdobionego wspaniale rzeźbionym granitem. Daniel Chojnacki spojrzał w ogień na kominku i się zamyślił. Z zadumy wyrwało go ciche chrząknięcie - Wielmożny pan pozwoli, co podać do picia? Mam na imię Michał i jestem do pańskich usług. - powiedział usłużnym tonem ten sam człowiek, który kilka chwil wcześniej wpuścił go do budynku. - Dziękuję Michale, wystarczy woda. - uśmiechnął się Kanclerz. W tym samym momencie z góry rozległ się skrzekliwy krzyk - JANIE! JANIE! Gdzie jesteś? Majordomus skrzywił się, przeprosił gościa i podreptał w kierunku schodów, w myślach dodał - Ja ci zgredzie dam Jana, Michał jestem, O’Rhada Michał, z tych O’Rhadów.

- Kedar, zrozum, w tej chwili musimy działać szybko. Czekański już aresztował Koniasa, trzeba wyrwać mu ze szponów Skarbnikowa, to nasza jedyna nadzieja! - Daniel Chojnacki klarował doktorowi Makowskiemu sytuację.
- Spokojnie Danielu, nic pochopnie, dzwoniłeś do Skarbnika?
- Tak, ale jego grodziska linia nie działa, zresztą żadna w stolicy nie działa, zajęli centralę.
- Tak, to normalne… - doktor Kedar zawiesił na chwilę głos i uśmiechnął się do swoich myśli.
- … ale wiesz co? Skarbnikow ostatnio nie był w Grodzisku, zaszył się gdzieś na pograniczu Morvanu i Gellonii, w Wandowicach chyba. Trzeba to szybko sprawdzić.

Wejście Michała przerwało rozmowę. Na stoliku przy którym dyskutowali pojawił się wazon ze świeżymi kwiatami, dzbanek z orzeźwiającym teutońskim napojem oraz dwie szklanki. Żaden nie zauważył wplecionego między łodygi kwiatów mikrofonu. Michał się wyprostował i stanął za fotelem doktora. - Możesz odejść Janie, nie będziesz dziś już potrzebny. Majordomus się pokłonił i skierował się do wyjścia. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, ale w myślach dodał - Ja ci dam Jana, Michał jestem…

- I co? Znalazłeś go?
- Niestety nie, nikt tam nie odbiera. To mnie dziwi… jeszcze dziś dostałem od nich meldunek, a teraz jakaś dziwna cisza. - Kedar wydawał się zmartwiony.
- Lecimy, nie mamy wyboru. - Daniel wstał i skierował się do wyjścia. Kedar z uznaniem na niego spojrzał, zapomniał już jaki Kanclerz potrafi być stanowczy. 

__V. Wandowice, pogranicze Gellonii i Morvan, niedziela, godz. 14.15__

Wandowicki rynek, jak i cała miejscowość, zbudowany został wokół największego w Sarmacji posągu Towarzysza Wandy. Dla Wandejczyków postać legendarna, półczłowiek, półbóg. Wandowice były rozplanowane co do centymetra, stara szkoła uczyła, że wulgaryzmy, tak popularne w lokalnym języku, lepiej są przenoszone, gdy odbijają się od symetrycznych powierzchni. Na rynku zatrzymały się czarne samochody Służb Bezpieczeństwa.

Mateusz Cezar wydawał rozkazy przez radiotelefon - Pojmać go i natychmiast przywlec do Grodziska! - rozkaz był prosty. - I nie szkodzi jak spadnie ze schodów. - z szyderczym śmiechem dodał Szef. Kierujący akcją major Butkiewicz pokiwał głową z dezaprobatą - W co ja się wpakowałem… a mówiła mama bym poszedł do Rolnika się uczyć, to nie, ja musiałem iść na politologię… eh, co za życie. - jego myśli pomimo żelaznej dyscypliny wbitej mu w koszarach nie były do końca poprawne. Ale rozkazy zawsze wypełniał jak należy. Kilka rzuconych szybkim i szczekliwym głosem rozkazów i czarno umundurowani agenci ruszyli do akcji. Szybko znaleźli się pod, stojącym poza ścisłym centrum, budynkiem, który był zajmowany przez lokalny oddział Żniwiarzy, jak potocznie nazywano LRM. Drzwi wyważono. Pięciu agentów wbiegło do środka trzymając w pogotowiu broń. Szybki rekonesans i po chwili informacje - Czysto! - Tu także! - Nikogo nie ma! Major Butkiewicz wszedł do budynku. Na jego twarzy malowała się wściekłość. Jak to wytłumaczy Cezarowi? Spóźnili się, ktoś ich uprzedził, uciekli…

- Widziałeś? - zaśmiał się doktor Makowski - Widziałeś jakie mieli miny?
- Tak widziałem… - wciąż dysząc odpowiedział Skarbnikow - Dziękuję Wam za ratunek, skąd wiedzieliście?
- Wczoraj wieczór zaczęła się jakaś burda w Grodzisku - zaczął Daniel - Cezar i Czekański wraz z Księciem zawiązali KON i podjęli działania zmierzające do rozbicia opozycji, dziś rano aresztowano Koniasa, wtrącili do Cytadeli… - Kanclerz urwał.
- Do… do… do Cytadeli? - Skarbnikow był przerażony.
- Niestety tak, wydaje mi się, że naszego przyjaciela nigdy już nie zobaczymy. - doktor Kedar zawsze zachowywał zimny i logiczny osąd.
- Dobra, co dalej? Dokąd teraz? Trzeba zebrać ludzi, uruchomić kontakty. - Chojnacki zaczął myśleć strategicznie, wszak co się stało, to się stało, czas na działania odwetowe.

Pałeczkę przejął Skarbnikow - Zadzwonimy do Szermińskiego i Kaczmarczyka. Jeden uruchomi siatkę gellońską, drugi poprzez rodzinę cesarską siatkę teutońską. Zrobimy Czekańskiemu pole elekcyjne. - zakończył mściwie.
- Ok, więc dzwoń do Pawła, ja zadzwonię do Kaxia, a Daniel postara się złapać Iontza, myślę, że na Sclavinię także możemy liczyć?
- Myślę, że tak, wszystko zależy od tego jakie tam panują nastroje. Czekański omotał tam parę osób, które obecnie są na topie, ale Iontz jest mój, więc jakaś nadzieja jest. - Daniel Chojnacki wiedział jednak, że prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Wiedział, że Czekański obiecał Nowakowi i Gertaldowi wysokie stanowiska państwowe, które wyłonią się po nowym rozdaniu.

__VI. Apartament niedaleko Pałacu Książęcego, Grodzisk, poniedziałek, 6:05__

Mężczyzna siedział samotnie w dość oszczędnie urządzonym pokoju. Ostatnie wydarzenia mocno wpłynęły na jego psychikę. Nie wiedział, czy ma być z siebie dumny, czy spalić się ze wstydu. Chciał wykrzyczeć wszystkim to, co siedzi w jego głowie. Ale nie mógł. Nie mógł zrobić ani jednego fałszywego kroku. Za dużo miał do stracenia.

Spacerował po pomieszczeniu zaciskając pięści. „Nie, nie mogę… nie wiem, co mam zrobić…”. Wspominał swoich starych przyjaciół. Był z nimi. Pomagał im zawsze, gdy tylko oni jego pomocy potrzebowali. To on przyczynił się do ich potęgi. „To ja zrobiłem dla nich najwięcej, beze mnie byliby nikim. To już nie są moi przyjaciele. Nie słuchali mnie, gdy im mówiłem, że dzieje się źle. Teraz mają za swoje.” - ze wszelkich sił starał się uspokoić swoje sumienie.

To jednak nie dawało za wygraną. Myślał o Czekańskim. O tym, jak doszedł do władzy. Jak by nie patrzeć, on mu w tym pomógł. Nie zrobił nic, żeby temu przeciwdziałać. Przypominał sobie wszystkie piękne chwile, jeszcze przed tym, jak został Kanclerzem. Wielkie plany, wielkie kontakty, wielka przyszłość. Teraz nie został mu nikt. Jest sam.
Mateusz Cezar wyjął z kieszeni komórkę. Przeglądał obszerny spis numerów telefonów. RCA, Kwazi, Avistak, Skarbnik… Dopiero teraz uświadomił sobie, co zrobił. Dopiero teraz, gdy już nawet on nie wiedział, co dzieje się z jego byłym partyjnym kumplem, uświadomił sobie, że ich wszystkich zdradził. Zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już ratunku. Zadzwonił do Kedara.

– Halo? Kto mówi? - Kedar odpowiedział głosem pełnym obaw. W oddali słychać było szepty Skarbnikowa.

Zawahał się, wcisnął prędko czerwoną słuchawkę i usiadł na łóżko. „Sarmacja jest jak bagno, wciąga…” - uśmiechnął się do siebie i wtedy z przerażeniem zauważył drobną, słabo migającą czerwoną diodę. Przy zupełnych ciemnościach widać nawet najmniejsze źródła oświetlenia. Była pod łóżkiem. „Podsłuchują mnie, śledzą, wiedzą co mówię, z kim rozmawiam, co robię”. Mieli jego billingi. Cezar, pomimo pełnienia funkcji szefa służb bezpieczeństwa zaczął się bać. 

__VII. Gdzieś w gellońskich lasach, poniedziałkowy poranek.__

Słońce dopiero co wstało. Jak zawsze o tej porze dnia nieświadome tego, co przeżywają Sarmaci, radośnie śpiewały ptaki niosąc tym razem nie nadzieję, a raczej dobijając i tak przygniecionych swoją słabością ludzi. Pomimo emanującego od gleby zimna, w powietrzu dało się już wyczuć wiosenne powietrze. Złote niebo wydawało się być ciepłe, a jednak on trząsł się z zimna. Spojrzał na dwójkę swoich towarzyszy, którzy spali w śpiworach obok niego. Gdy tylko podniósł głowę, przenikliwe zimno uderzyło go w szyję, jakby znało jego najsłabszy punkt.

Leżał tak jeszcze przez pół godziny, od czasu do czasu pociągając nosem i zastanawiając się, jak długo jeszcze będzie musiał czekać na pobudkę pozostałych. W międzyczasie myślał o tych, których zostawił. Myślał, co będzie dalej i w jak trudnej są sytuacji. Wspominał marmurowe podłogi, granitowy komin i złotego, teutońskiego lwa. To wszystko odeszło w zapomnienie. Domyślał się, że oni już zarekwirowali ostatnie 20 libertów, jakie pozostały na koncie w Banku Sarmacji. Od teraz rodzina nie miała za co żyć. Od teraz byli zdani tylko na siebie i pomoc dziadka, którego jednak nigdzie nie można było złapać. Była jednak myśl, która powracała jak bumerang, od której nie można było się uwolnić. Sen nie przyniósł ukojenia. Czarna teczka, jaką Makowski dał Koniasowi podczas ich ostatniego spotkania, gdy jeszcze było spokojnie, przewijała się przed zmęczonymi oczyma. Wiedział, że ona już wpadła w łapy Czekańskiego. Czuł to.

- Walę to, WSTAJĘ!! A WY LEŻTA SE! - niecodzienny krzyk doktora podniósł zarówno Skarbnikowa, jak i Daniela na obie nogi w jednej chwili. - CO SIĘ TAK GAPICIE?! Z DWIE GODZINY CZEKAŁEM, AŻ KTÓRYŚ SIĘ PODNIESIE! CZEKAŃSKI NAS SZUKA, A WY LEŻYCIE! ŚMIERDZĄCE LENIE! PATENT…. - Doktor Kedar przerwał dopiero, gdy wpatrzył się w czerwone, przerażające ślepia Skarbnikowa i jego otwarte usta. Gdybym wiedział wcześniej, że on nie śpi… - pomyślał zarówno Skarbnikow, jak i Chojnacki.
- No co?… RUSZAĆ SIĘ! IDZIEMY DALEJ! RCA NAS SZUKA! WYPATROSZY NAS JAK KARPIA I WYPRUJE NAM FLAKI JAK NAS DORWIE! SCHNELLER! - zakończył doktor Makowski z teutońskim akcentem.

Skarbnikow w jednej chwili obrócił się na lewej stopie i chwycił szybko za jedyne ubranie jakie posiadał. Kedar jeszcze przez chwilę stał w samej pidżamie wpatrując się złowieszczo w swoich towarzyszy. Jednak i jemu dała się we znaki poranna, nadmorska temperatura. Dwaj pozostali przeprowadzili najkrótszą toaletę poranną w dziejach świata. Chyba nikt nie chciał się narazić będącemu w takim stanie doktorowi – kto jak kto, ale członek KONu potrafi wymuszać na ludziach odpowiednie reakcje, jak i wzbudzać odpowiedni respekt.

Chojnacki w myślach doszedł do dość komicznego, jak na okoliczności wniosku - trzech prominentnych Sarmatów nocowało w lesie na przednówku, śmiech na sali. Nie mieli nawet namiotu. Przeziębienie było pewnikiem.

__VIII. Pałac Rady Ministrów, poniedziałek, godzina 12.00__

Drzwi do gabinetu Kanclerza Czekańskiego otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. „Trzeba je naoliwić” - pomyślał właściciel gabinetu. Na środku pomieszczenia, przed ogromnym kanclerskim biurkiem stanęła sekretarka i drżącym głosem zaanosowała:

- Panowie Chojnacki i Mackiewicz czekają na zewnątrz Panie Kanclerzu, czy mam ich wpuścić?
- Oczywiście, że tak - chłodno odparł Czekański - czekam na nich od wczoraj, i przynieś nam dobrej whisky, ale nie naszej, scholandzką przynieś. I niech nikt mi nie przeszkadza do czasu aż Ci dwaj nie wyjdą. Zrozumiano? - głos Kanclerza nie pozostawiał miejsca na odmowę.
- O-o-o-czywiście Wasza Ekscelencjo! - zająknąwszy się odpowiedziała sekretarka i już po chwili w pokoju został sam Czekański. Wówczas drzwi zaskrzypiały ponownie, a do pomieszczenia z dzikim wyciem wpadł Avatar z Mackiewiczem. Kanclerz z uśmiechem wyszedł zza biurka i uściskał starych druchów.

- Kopę lat stare capy! Gdzieście się podziewali?
- A tu, tam, sam wiesz jak to jest w okopach - z rozbrajającą szczerością usadawiając się w wielkim fotelu odpowiedział Ojek.
- Urządziliśmy sobie małą bazę wypadową do kąsania Skarbnikowa w Poddębicach, tuż pod jego wielkim nochalem - zarechotał Chojnacki.

Do gabinetu weszła sekretarka i na biurku Kanclerza ustawiła litrową butelkę najlepszej scholandzkiej whisky oraz trzy szklaneczki. Gdy odwróciwszy się do wyjścia zrobiła dwa kroki na jej jędrne pośladki spadł potężny klaps Avatara - He he he, ty Czekan zawsze wiesz jak sobie dobierać współpracowników - dodał oblizując wysuszone usta - he he he, a niech mnie co za orzeszek! Policzki sekretarki spłonęły i czym prędzej wyszła z pomieszczenia biorąc przy wyjściu głęboki oddech. Po chwili zaczerwieniła się ponownie - ze lekkim wstydem doszła do wniosku, że ta sytuacja jej się podobała.

- Oj Avatar, Avatar, nigdy się nie zmienisz dziadzie - ze śmiechem powiedział Czekański, ale już po chwli jego głos stwardnial, oczy nabrały niecodziennego błękitnego poblasku i powiedział - No dobra, ale do rzeczy… nie po to Was tu ściągnąłem, byście o dupach myśleli, na wszystko przyjdzie odpowiednia kolej. - Szkoda - szeptem dodał Mackiewicz - szkoda…
- Słuchajcie - cichym, zimnym, wymuszającym najwyższą uwagę głosem zaczął Kanclerz - udało nam się zdobyć władzę, ale zarysowały się dwa poważne problemy. Pierwszy, ważniejszy, to to, że uciekł nam Skarbnikow. Konias siedzi już w Cytadeli, ale ten gelloński zorro nam zwiał. Nie udało nam się go pojmać wczoraj w Wandowicach, uciekł w ostatniej chwili i najwyraźniej ktoś mu pomaga. Domyślam się kto, ale nie wiem jak do nich dotrzeć - to będzie Wasze zadanie. Drugi problem to mój szef bezpieki - Cezar. Przy aresztowaniu Koniasa wpadła mi w ręce ciekawa teczka, a w niej wiele obciążających mnie dowodów, w tym także te trochę bardziej wstydliwe - wiecie, dziewczynki, wypady do kasyna za państwową kasę, itp. - jestem pewien, że to nie wszystko. Problem w tym, że wszystkie te materiały pochodziły właśnie od Cezara. Byłem pewien, że mogę mu zaufać, ale okazało się, że On nigdy nie porzucił tych starych cwaniaków do końca. Wydaje mi się, że gra na dwa fronty. Lawiruje, ale właśnie wpakował się na minę. Waszym zadaniem numer dwa będzie wykorzystanie go do dotarcia do jego starych kolegów - Makowskiego, Bakonyia, Chojnackiego, a przez nich znalezienie Skarbnikowa. Rozumiecie? - po dość długiej opowieści zapadła nieznośna cisza.
- Dziewczynki? - z uśmieszkiem zapytał Ojek - Te dziewczynki?
- Zjeżdżaj, na Ciebie też mam teczkę.
- Dobra, dobra, żartowałem - Mackiewicz spojrzał pytającym wzrokiem na Avatara - wchodzimy w to?
- Oczywiście, że wchodzimy, mam dość tej pieprzonej dziury pod Grodziskiem - bez mrugnięcia okiem powiedział Chojnacki - możesz na nas liczyć Czekan. Dokąd ruszamy? Sprzęt?

- Wszystko mam dla Was gotowe. Zaczniemy od jutra rano, tak od 4.00 wizytą u Cezara w apartamencie. Porozmawiamy z nim, a później się zobaczy.

Mackiewicz i Chojnacki wychodząc z gabinetu Kanclerza rozmawiali szeptem o czekających ich działaniach. Postanowili jeszcze ostatni raz przed pracą się rozluźnić i udali się do miasta na piwo. Za Avatarem długo patrzyła Monika - sekretarka Kanclerza Czekańskiego - z jej ust nie znikał delikatny uśmieszek. Postanowiła odwiedzić Avatara w jego hotelowym pokoju. Przez chwilę zastanawiała się skąd wzięła się w niej taka myśl, ale po chwili przypomniała sobie słowa “a niech mnie co za orzeszek”. Tak, ze swojej pupy była bardzo dumna, a wreszcie znalazł się ktoś, kto także ją docenił.

__IX. Ratusz miasta Krez, Gellonia, godzina 15.32__

Skarbnikow wprowadził swoich wybawców do prywatnych pomieszczeń Burmistrza Krezu - sędziwy diuk Kościński spodziwał się, że prędzej, czy później spotka się z nimi, i ich przybycie nie wywarło na nim najmniejszego wrażenia.

- Siadajcie - rzucił - zjecie coś? Napijecie się?
- Z wielką przyjemnością przyjacielu - zmęczonym głosem odpowiedział doktor Makowski. - Co za pieprzony dzień, co za pieprzona sytuacja! Jak do tego doszło?! - zmęczenie mocno wpływało na nerwy spokojnego z natury Kedara. Daniel i Matwiej popatrzyli na siebie - wiedzieli, że w takiej sytuacji lepiej jest milczeć.

- Wiem co się dzieje w Grodzisku - zaczął cicho Kościński - wiem, że musicie uciekać, wiem też, że długo tu nie możecie zostać. Góra dzień, góra dwa dni. Później Was znajdą, nie łatwo się domyśleć, gdzie Was poniosło. Na pewno mają szpiegów także u nas. Gellonia była zawsze z nimi na bakier, ale wiecie jak to jest… trzymaj przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Czekański obłaskawił wielu z naszych, wielu zwyczajnie kupił. Skntaktuję Was z Jakubem Kaczyńskim, byłym naczelnikiem Wandowic, on powinien Wam pomóc, ponoć ma jakieś dojścia u pograniczników, to Was przerzuci przez granicę. To tymczasowe rozwiązanie. Ale Wandystan jest bezpieczny. Tam macki nowego Kanclerza nie sięgają…
- Diuku, wtrącił się Skarbnikow - ale my nie możemy uciekać z Sarmacji! Nie możemy zostawić naszych ludzi, ktoś musi zbudować i scalić ruch oporu, zbudować siłę, która obali tego tyrana.
- Skarbnikowa ma rację Piotrze - dodał Daniel - nie jest nam na rękę uciekać, duch upadnie…
- Piotr ma rację - uciął dyskusję doktor Makowski - radzi, czy nie, uciekać musimy do Wandystanu. Tam znajdziemy pomoc, oraz rozpoczniemy odzyskiwanie naszego kraju. A teraz odpoczniemy, a międzyczasie diuk skontaktuje się z Kaczyńskim. Idziemy spać. Musimy nabrać dużo sił. Porozmawiamy o reszcie rano.

Kedar Makowski od samego początku miał w kręgach SPD niezwykły posłuch. Tak było nadal, mimo, że z polityką skończył dawno temu. Przynajmniej oficjalnie. Od kilku lat wiele osób podejrzewało, że działał z tylnego siedzenia, że miał własną siatkę informatorów, wiedział, gdzie zbiegają się sznurki. I nie bał się za nie pociągać. Miał poważanie i szacunek swoich politycznych przyjaciół. A oni mieli w nim oparcie. Jeśli kazał odpoczywać, odpoczywali, gdy kazał iść, szli. Nigdy się nie mylił. Aż do teraz.

__X. Apartament Mateusza Cezara, Grodzisk, wtorek, 3:59__ 

Cezar nie spał tej nocy. Pikająca lampka pod jego łóżkiem nie pozwoliła mu zasnąć. Cały wczorajszy dzień pracował nad znalezieniem Skarbnikowa, pomimo wszystko nie wiedział gdzie go szukać. Musiało wiele się zmienić od czasów ich współpracy. Myślał tylko o jednym… tak naprawdę, to nie myślał wcale. Zbyt mocno się bał, aby zrobić analizę swojej sytuacji, nie mówiąc nic o podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Z wyjątkiem pójścia do toalety około drugiej w nocy.  

Wtedy, gdy Kedar wraz ze Skarbnikowem i Chojnackim zażywali regenrującego odpoczynku z Krezie, w pokoju Mateusza Cezara z hukiem otworzono drzwi. Przez chwilę zdawało się, że zabytkowe, choć solidne okna nie są w stanie wytrzymać mocnego uderzenia drzwiami. W drzwiach apartamentu, w poświacie padającego z klatki schodowej żółtego światła stały trzy postaci. Nie widział dokładnie kim byli, ale przeczuwał… Nie zawiódł się. 

- Wiesz gdzie są? WIESZ, GDZIE ONI SĄ?! - głos Kanclerza Czekańskiego był zimny i twardy. Sam Kanclerz wyglądał, jak by wstąpił w niego diabeł. Zwykle brązowa od opalenizny skóra teraz była purpurowa, a podkrążone oczy wyrażały chęć mordu, tlił się w nich ten nieznośny błękitny blask, którego Mateusz tak nie lubił.  

Czekański zrobił trzy kroki w jego kierunku, za nim do pokoju weszli Chojnacki i Mackiewicz ubrani w czarne kombinezony tajnych służb podległych tylko i wyłącznie Kanclerzowi, nawet on, jako szef bezpieki, nie miał nad nimi zwierzchności. Znał ich. Zaczął bać się jeszcze bardziej. 

- Cezar, chyba nie muszę Ci mówić, że wpadłeś w niezłe gówno - Czekański odezwał się niemalże szeptem - w zasadzie już teraz powinieneś siedzieć w Cytadeli koło swojego kumpla Koniasa. Ale ja jestem miłosierny. Byłeś lojalnym i dobrym pracownikiem, służyłeś Sarmacji i służyć będziesz jej dalej. Zostajesz na swoim stanowisku. - zakończył Kanclerz, a w jego głosie, ktoś, kto go nie znał, usłyszałby nutkę wesołości.
- Co? Jak to? Nie rozumiem! - Mateusz Cezar był przerażony, nie rozumiał co się dzieje, nie wierzył w to…
- Normalnie - głos zabrał Mackiewicz - będziesz pracował dalej. Dla nas i dla nich… skontaktujesz się z Kedarem, nakarmisz paroma fałszywymi informacjami, i gdy już zdobędziesz ich pełne zaufanie, umówisz się na spotkanie. Tyle, że zamiast Ciebie pojedziemy na nie my. Teraz rozumiesz?
Cezar pochylił głowę w geście rezygnacji - Rozumiem, że nie mam zbyt wielu opcji do wyboru? Zgadzam się. I… Czekan, przepraszam…
- Daruj sobie… zdradziłeś mnie. A ja tego nie zapomnę. - Kanclerz odwrócił się w miejscu i wyszedł z pomieszczenia. Chojnacki i Mackiewicz wyszli za nim.  

Cezar usiadł ciężko na łóżku, wiedział, że z tego nie uda mu się wywinąć.

[/poem]