**Jądro w ciemności vol. 9 - "Twarzą do ściany"**

Misio obudził się nagle. Rozejrzał się powoli po okolicy. Tak, to był
ten las w którym zasypiał. Złapał się za głowę. Nienawidził nagłego
wstawania rano. Pierwsza myśl - papieros ! Druga - Luger ! Ale jego
już nie było, teraz miał tommyguna. Ale przecież nie może walczyć bez
pistoletu. Wstał powoli, założył kurtkę i poszedł szukać porucznika
Właśniaka. Ten spał jeszcze smacznie, tak jak reszta oddziału, nie
wyłączając wartowników. Ci pozdrowili Misia i dalej obserwowali teren.
Misio, szturchając Właśniaka za kurtkę, obudził go niezbyt delikatnie.
Ten przywitał go po przyjacielsku.  
- Pojeba... O dzień dobry panie kapitanie.  
- Właśniak... Mam problem, potrzebuje pistoletu.  
- Ech... O 5 rano? Niedobrze z panem kapitanem coś ostatnio...  
- Nie pierdol tylko daj mi klamkę.  
- Tam gdzieś przy skrzyniach leży colt... Dobranoc...  

Oddział był gotowy do drogi już o 6 rano. Spakowani, najedzeni i
ogoleni ruszyli powoli przez las w stronę Musztardowa. Misio podzielił
swoją kompanię na 3 kolumny, każda szła równolegle do siebie, w
rozstępach 400 metrowych. Las nie był gęsty także szli sprawnie. Na
przód pochodu Misio wysłał czujki, które miały sprawdzać, czy nie ma
tam gdzieś wroga. Szli może tak ze 6 godzin, kiedy straż przednia
poinformowała dowódcę, że dotarli do wsi. Misio nie wiedział, czy jest
to wieś proscholandzka, czy prosarmacka. Wymyślił więc oryginalny
podstęp...

Misio jechał powoli na rowerze z papierosem w ustach. Nie miał przy
sobie broni, bo i po co? Nie chciał aby go zdemaskowano. Dodatkowo nie
miał swojego munduru, więc wyglądał jak prosty wieśniak. Jechał powoli
drogą do wsi, nucąc sobie coś tam pod nosem i paląc faję. Zbliżając
sie, mijał jakieś wozy z sianem, z gnojem i z ziemniakami. Czuł wieś,
wszkaże urodził się niedaleko. Nie obawiał się rozpoznania, przecież
nikt spoza oddziału nie znał jego twarzy, a Ci co znali prawdopodobnie
zgineli albo nie wiedzieli, że to on jest Misiem. Tym Misiem. Tak więc
jechał nie uzbrojony, na rowerze, przebrany za wieśniaka do obcej wsi.

Numer z rowerem był raczej jednorazowy, zwłaszcza w przypadku jeśli
okazałoby się, że jest na wrogim terenie. Atak na wieś proscholandzką
był nieunikniony - taka była taktyka Misia. Ale nie chciał zabijać
wieśniaków - byli to w końcu jego rodacy. Ludzie zapamiętaliby, że
przed atakiem we wsi pojawił się nieznany, samotny rowerzysta.
Śmiertelność wśród nieznanych, samotnych rowerzystów wzrosłaby nagle,
zwłaszcza na tym terenie. A dużo z tych nieznanych, samotnych
rowerzystów było przecież ważnymi kurierami...

Misio powoli wtoczył się do wsi. Zatrzymał się gdzieś na środku, zsiadł z
roweru i zapalił kolejnego papierosa. Rozejrzał się dookoła spokojnie
i bacznie oglądał całe zamieszanie. Jego wzrok zatrzymał się na pewnym
grubasie. Widać było, że to sołtys. Dlatego Misio, z niezbyt ukrywaną
ciekawością przyglądał się owemu grubasowi. Chciał zwrócić jego uwagę,
żeby podszedł do niego. Wybadałby wtedy czy wieś jest prosarmacka, czy
nie.

- Ej ty tam, na rowerze ! Cho no tu ! - zakrzyknął sołtys.  
- Kto? Ja?  
- Tak ty, podjedź no tu do mnie. Nie jesteś stąd, rozpoznałbym Cię
odrazu.  
- No fakt, bystre oko - zażartował Misio. Jednak szybko skończył się
śmiać, bo był to śmiech jednostronny - Jestem tu przejazdem. Jadę
właśnie z Krezu do pewnej wsi koło Czekan.  
- Aha. To zmykajcie stąd prędko, bo my tu nie lubimy obcych. Zapytam
tak po przyjacielsku...  
- Taaak?  
- Jesteś za królem scholandzkim, czy za tym sarmackim satrapą?  
- Jaa? A od czego to zależy?  
- Bo widzisz, my tutaj jesteśmy za Scholandią i nie chciałbym żeby
przytrafiła Ci się krzywda.  
- Aha, rozumiem.  
- Tak więc zmykaj stąd raczej, dobra?  
- Ma się rozumieć. Niech będzie pochwalony!  
- Niech będzie, niech będzie...  

Poszło mu łatwo, zbyt łatwo. Ale, przecież oddział jego nie działał
jeszcze w tej okolicy, także tutaj sił scholandzkich nie było. Z
resztą, wojsko siedziało w Czekanach, do jakichś incydentów w okolicy
po prostu wyjeżdżało. Także dla Misia była to akcja typu "wchodzimy,
palimy, spadamy". Odjechał paręset metrów od wsi, po czym upewnił się,
że nikt go nie obserwuje i skręcił do lasu. Tam, po godzinie, odnalazł
swój oddział. Wyjaśnił na czym polega sytuacja, że zaatakują w nocy,
że podpalą wieś i pójdą dalej na południe. Mówił, żeby nie zabijali
wieśniaków bez powodu, bo to przecież ich rodacy. Obawiał się, żeby
mieszkańcy nie zorganizowali się w jakąś milicję samoobrony, nie
chciał ofiar wśród ludności cywilnej. Wiedział jednak, że miejscowości
kolaborujące z okupantem miały lepiej, najczęściej kosztem tych wsi
które pozostały lojalne. Dlatego trzymał się tego, to było jego jedyne
moralne usprawiedliwienie dla tego ataku i dla potencjalnych ofiar.

Podeszli w nocy, po cichu. Misio rozdzielił oddział na 3 plutony.
Jeden miał w małych grupkach przeskoczyć przez drogę i zaatakować, na
wyznaczony znak, od drugiej strony. Pozostałe dwa plutony miały
uderzyć od północy. Wieś otoczona była lasem, pola znajdowały się poza
nim. Zanim Misio rozkazał 3 plutonowi przeskoczyć drogę, lornetką
zlustrował wieś. Niestety, ku jego niezadowoleniu, wieś miała milicję.
Widać było ludzi z latarkami którzy, prawdopodobnie z bronią,
patrolowali między domami. Najbliżej nich znajdował się facet w
berecie, ze strzelbą myśliwską. Misio po cichu wydawał rozkazy.  
- Muniek, chodź no tu - szeptem przywołał kompanijnego snajpera.  
- Tak panie kapitanie?  
- Widzisz tam tego o, tego w tym berecie?  
- Tak, widzę panie kapitanie.  
- Słuchaj, przejdź no ze 100 metrów w prawo, będziesz go widział.
Zastrzel go, ale zrób to głośno, żeby te wieśniaki myślały, że stamtąd
zaatakujemy. Po oddaniu strzału wróć do nas prędko, ale staraj się
robić niezbyt wiele hałasu. Dla kurażu możesz tam granat rzucić, ale
wracaj w miarę po cichu. I załatw go jednym strzałem, zrozumiano?  
- Tak jest, panie kapitanie - odszepnął Muniek i poszedł w wyznaczone
miejsce.  
- Na stanowiska ! Niech 3 pluton forsuje drogę ! Uwaga ! - wydawał
rozkazy Misio. Padł strzał, wieśniak w berecie również. Po kilku
sekundach wybuchł granat. Po kilkunastu Muniek wrócił. Misio wziął
swoją lornetkę i obejrzał sytuację na dole. Jego podstęp zadziałał, bo
milicja biegła do lasu. Nie cała co prawda, ale spora część.  
- Dobra panowie, do ataku. Uważajcie na prawe skrzydło, bo tam są
przecież te wieśniaki. Róbcie to po cichu, ambaras możecie zaprowadzić
dopiero we wsi. Nu, pajechali!

Zbiegali po cichu. 3 pluton był już na drugiej stronie, o czym
poinformowała Misia czerwona raca. Pluton ten miał atakować na sygnał
zielonej racy. Misio, dzierżąc swojego tommyguna, przewodził atakowi
drugiego plutonu. Wybrał ten, żeby zobaczyć co zrobią ci milicjanci
wyprowadzeni do lasu. Zbiegli już do wsi. Misio dostał się między dwa
domki, gdzie zobaczył faceta ze strzelbą. On z resztą Misia też. Nie
było czasu na reakcję, padły pierwsze strzały. Misio szybką serią, w
biegu powalił wieśniaka, przygotował sobie też granat. Nie wiedząc co
jest na centralnym placu, wybiegł na niego, ziejąc ogniem ze swojego
pistoletu maszynowego. Nie było cywili, sami milicjanci. Jakby to była
obława wieśniaków na Misia. Ha, amatorzy... Sami autochtoni strzelali
często, ale niezbyt celnie. Misio przeładował swój pistolet, rzucił
granat i biegł dalej. Wtedy poleciała zielona raca i z lewej strony
wybiegli kolejni żołnierze Misia. Chciał odciąć tych wieśniaków w
lesie, dlatego zależało mu na prędkości. Po kilku minutach wieś była
oczyszczona i 2 pluton zajął pozycję u wylotu lasu. Pierwsi milicjanci
pojawili się w minutę później. Nie mieli wiele do powiedzenia,
ponieważ padali martwi, szybko i gęsto. Cała akcja nie trwała dłużej
niż 10 minut.

Kiedy ucichły strzały, ci mieszkańcy co nie walczyli,
wyszli na plac. Ale Misia już nie było. Na środku leżał tylko pluszowy
miś - nowy znak firmowy oddziału. Cała banda "Misiosbanditen" była już
w lesie. Misio chciał tylko jeszcze ściągnąć tego grubasa, sołtysa.
Słusznie podejrzewał, że on nie uczestniczył w walce. Wziął od Muńka
jego karabin snajperski. Odszukał na placu sołtysa. Był, stał otoczony
starcami, kobietami i dziećmi. Jeden strzał w głowę zakończył jego
karierę. Poleciały też koktajle mołotowa. Wieś stanęła w płomieniach -
ku przestrodze dla innych wsi kolaborujących z okupantem. Tak to
przynajmniej tłumaczył sobie Misio.

Ruszyli dalej na południe, w stronę Musztardowa...

> **Metadane**  
> autor: Michał Czarnecki  
> data: 30 sierpnia 2006 r.  
> link: [wandea](http://wandea.wandystan.eu/266)