### SKP Lwy Krez - Kotwica Srebrny Róg 3:1

Był to mecz drużyn, które pierwszej kolejki nie mogą zaliczyć do udanych - 
z tego powodu oczekiwaliśmy zaciętej walki o każdy metr boiska i wielu 
fauli. Jak zwykle piłkarze wyprowadzili nas z błędu dość szybko.
Przez pierwsze 30 minut byliśmy świadkami gry badawczej. Tak można nazwać 
wymiany piłek pomiędzy zawodnikami w oczekiwaniu na zwabienie przeciwnika na 
własną połowę. Jednakże, obie drużny zwietrzyły postęp i rzadko przekraczały 
linię środkową boiska, oddając po jednym, niegroźnym strzale z dystansu. Gdy 
myśleliśmy, że spokojnie dotrwamy z wynikiem bezbramkowym do przerwy, piłę w 
pole karne wrzucali gracze Lwów. Ni z tego ni z owego Spaniały podbił piłkę 
ręką, co od razu wychwycił sędzia. Do piłki podszedł Cierzniak, strzelił w 
środek bramki. Zaleski wyczuł intencje strzelca i przepuścił piłkę między 
nogami. Gracze Kotwicy wyraźnie posmutnieli.
W drugiej połowie inicjatywę uzyskali Gellończycy i już w 51 minucie 
strzałem z dystansu popisał się Balkiewicz. Strzał był dość niezwykły bo 
oddany z narożnika boiska, traf chciał jednak że Zaleski wychodząc do tej 
piłki poślizgnął się, a ta poszybowała do bramki. Przez następne kilka minut 
oglądaliśmy sekwencję autów, raz to dla Lwów, raz dla Kotwiczan , gdyż 
ciągle zawodnicy upadali i nie podnosili się długo z boiska. Wreszcie, 
sędzia zdecydował się podyktować rzut wolny dla zawodników Krezu - Wachowski 
dośrodkował na pole karne, Bronisz spóźniając się z interwencją trafił 
Suchodolskiego z woleja, a piłkę skierował do siatki Zabrze. Chwilę później 
Suchodolski próbował wymierzyć sprawiedliwość Dzikiemu, ale koledzy w porę 
wyprowadzili go z błędu - lewy sierpowy otrzymał Bronisz. Lwy były 
zadowolone z dotychczasowej zdobyczy dlatego nastawiły się na grę na własnej 
połowie, z rzadka atakując przeciwnika, który kompletnie gubił się w 
środkowej części boiska. Wreszcie, w 68 minucie euforia! Oto Suchodolski 
zwodem mija dwóch swoich kolegów i przeciwnika, dośrodkowuje celnie i Rożen 
szczupakiem zdobywa bramkę. Zawodnicy Kotwicy płakali z radości, tańcom nie 
było końca. Oto po siedmiu straconych wreszcie udało im się strzelić gola. 
Po tym zdarzeniu obie drużny starały sie sobie nie przeszkadzać i dowiozły 
wynik do końca. Po meczu uradowany strzelec bramki dla Kotwicy powiedział 
nam, że bardzo długo czekał na tę chwilę i żałuje nieco że nie udało się to 
przed własną publicznością, nad czym obiecał jednak popracować. Trener Lwów 
zapowiedział, że już niedługo drużyna z Gellonii zrobi furorę w lidze - 
przyjęliśmy te słowa z przymrużeniem oka.

###SS Zielnybór - FC Czarnolas 3:0

Pamiętacie naszych przyjaciół z ostatniej kolejki, SS Zielnybór? Tak, to ci 
od drugiego najnudniejszego meczu w lidze. Dzisiaj wybiegli w bardzo 
ofensywnym, gwarantującym wiele emocji 4-5-1. Nie wiedzieć czemu 
przypomniało mi się wtedy zdanie, wypowiedziane po meczu zakończonym 
bezbramkowym remisem: "Wynik jest odzwierciedleniem dobrej gry obronnej obu 
zespołów". W takich oto nastrojach przyszło nam oglądać mecz.
Na początku gra była wyrównana. Zielnybór, mający przewagę w środku pola, 
zupełnie nie umiał jej wykorzystać. Jak się okazało, jeden napastnik w 
konfrontacji z czterema obrońcami może się co najwyżej przewrócić. Wsparcia 
samotnemu Rhawiemu próbował udzielić Enwiya, jednak czarnolescy obrońcy, 
zdziwieni widokiem obrońcy drużyny przeciwnej na swojej połowie, zrównali go 
z glebą. Estabrook dostał czerwoną kartkę, a Enwiya kontuzji. Zastąpił go 
Kha. Swoją drogą, w tym miejscu wyrażamy uznanie trenerowi Zielnyboru, 
który, stosując nowoczesną myśl taktyczną, wystawił fałszywego napastnika w 
obronie. Brawo!
Po kilku nieskutecznych próbach przedarcia się środkiem, zielnyborzanie 
przestali podawać do swojego napastnika. Zrozumieli wreszcie, że łatwiej 
jest podawać piłkę w piątkę niż samotnie. Kilkoma krótkimi podaniami 
zdezorientowali obronę Czarnolasu, a następnie Mahakim podstępnie 
dośrodkował w pole karne do niekrytego Askio, a ten płaskim strzałem pokonał 
Pottsa. Piłkarze Czarnolasu próbowali protestować, sugerowali, że Askio 
powiedział Warnerowi, że był spalony i w ten sposób udało mu się uwolnić. 
Sprawa zostanie przeanalizowana przez zarząd ligi.
Zielnybór nie odpuszczał. Czarnolas odgryzł się tylko jednym strzałem. W 
wyśmienitej sytuacji jak junior młodszy Pędzla Sodomia zachował się Greaves, 
strzelając wprost w bramkarza. Tymczasem druga linia Zielnyboru grała bardzo 
dobrze, zrezygnowawszy całkowicie z podań do Rhawiego, sama rozgrywała 
akcję, wspierana czasem przez kolegów z obrony. Tak było w 30. minucie, 
kiedy precyzyjne podanie w uliczkę Barkho przejął Hormis, położył bramkarza 
i spokojnie go przelobował. Po strzeleniu tej bramki, trener Zielnyborzan 
wykonał tajemniczy gest napiętkiem na zewnątrz, a jego drużyna momentalnie 
stanęła. Do końca pierwszej połowy i przez ponad 25 minut drugiej nie 
wydarzyło się nic godnego uwagi. Dlatego tę lukę w relacji wypełni nam 
zespół "Die Junge Vogels", przybyły z dalekiej Scholandii. Wykona pieśń o 
trudnej do wymówienia nazwie i podobnym tekście. Muzyki się nie da słuchać. 
Uczcijmy ich występ minutą ciszy. ... . Dziękuję.
Wracając do meczu. W 71. minucie królem strzelców bramkarzy naszej ligi 
został Yakub, pokonując z karnego Pottsa. W 90. minucie drugi i ostatni 
strzał Czarnolasu. Autor: Barness. I to tyle. Przyznajemy, że było nieco 
ciekawiej niż ostatnio. Ale i tak bilety są za drogie.

### Rotor Precelkhanda - KS Wandea 1:1

Jest takie słowo, na dźwięk którego kibicom trzęsą się ręce. Nie, nie chodzi 
o Donalda Scotta. Derby. w II kolejce SLP doszło do Grande Derby - taka 
nazwa określa mecze pomiędzy dwoma najbardziej utytułowanymi klubami 
wandzkimi. Estadio Żenada wypełniony po ostatni schodek między trybunami. 
Przed stadionem ustawiono trzysta telewizorów marki Saturn dla tysięcy 
chętnych, dla których miejsca na stadionie brakło.
Cały Wandystan trzymał kciuki za Rotor, gdyż to właśnie ten klub przez cały 
swój okres istnienia bronił tradycji robotniczych. Oczywiście, cały za 
wyjątkiem kolebki Wandei, czyli ścisłego centrum Gennose-Wanda-Stadt.
Mecz rozpoczął się niesłychanie zacięcie. Dużo fauli, żadna druzyna nie 
zamierzała ustąpić. Inicjatywę zaczęła uzyskiwać Wandea, ale bardzo dobrze 
spisywała się defensywa Rotora nie dopuszczając do groźnych sytuacji. W 10 
minucie rzut różny dla Wandei, Bejanaru pewnie łapie piłkę i dalekim 
wyrzutem próbuje uruchomić Emila, ten jednak szybko ją traci, dośrodkowanie 
i dwumetrowy Chubarov silnym strzałem po ziemi wyprowadza Wandeę na 
prowadzenie. Ataki drużyny gosci robiły się coraz szybsze i bardziej 
zacięte, świetnie jednak spisywali się stoperzy bądź pięknymi paradmi 
popisywał się Bejanaru. Wreszcie, w 20 minucie akcja środkiem pola Siminy 
który zwodem wkręcił w ziemię Vlasova i Krutovskija, sprytnie odegrał 
piętką piłkę do Serbana Ceausila, a ten huknął w okienko wyrównując stan 
spotkania. Szał na trybunach! Rotor pokazał na co go stać w tej akcji, ale 
ciągle inicjatywę mieli goście. Na uwagę zasługuje strzał Zelepukina w 43 
minucie który w nieprawdopodobny sposób sparowal bramkarz.
W drugiej połowie sytuacja się nieco zmieniła, Rotor zagęścił środek pola, 
co utrudnialo Wandei przeprowadzenie skutecznej akcji. W 56 minucie sam na 
sam wychodził Fecioru, ale zbyt mocno wypuścił sobie piłkę i uprzedzil go 
Kalinichenko. Doskonała sytuacja została zmarnowana. Obie drużyny miały 
jeszcze kilka okazji ale nie były ich w stanie wykorzystać i mecz zakończył 
się remisem.
Derby Wandystanu mogły się podobać głównie z uwagi na bardzo wyrównany 
poziom meczu, jak i wspaniała atmosferę na stadionie. Kibice śpiewali wiele 
pięknych pieśni, przytoczymy choćby "Kartofli nie będzie" oraz "Czerwone 
Niezapominajki".
Po meczu nastąpiło spotkanie zawodników z przedstawicielami PPS i wielki 
festyn muzyki ludowo-demokratycznej. Tradycyjnie kibice Rotora najlepszemu 
zawodnikowi swojej drużnyn podarowali kukuła inkasiego wraz z częściami 
zapasowymi do Ursusa. Szcześciarzem okazał się Bejanaru.


### Pentagram Sola - RTS Dynamo Czekany 2:0

Nie rozumiemy. Nie rozumiemy. Wciąż nie rozumiemy, jak z tak beznadziejną 
grą, Pentagram może tak dobrze wyglądać w statystykach. No ale wiecie co 
mówią. Są małe kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki.
Niech Was nie zdziwi wynik meczu. To nie Sola była dobra. To piłkarze Czekan 
wyglądali, jak widzowie, którzy wygrali bilety z miejscami bardzo blisko 
murawy i byli tym faktem nieco speszeni. Tfu, co my piszemy!? Bardzo 
speszeni. Właśnie tak. Cud, że w ogóle mieli na nogach korki, że w rękach 
nie dzierżyli kiełbaski z butelką małego ciemnego. Szczerze mówiąc zawiedli 
nas trochę. My, widząc zieloniutką, soczystą trawkę, natychmiast 
rozłożylibyśmy kocyk, skoczyli po grilla i rozkręcili mała, maksymalnie 
dwustuosobową imprezę.
Zastanawiacie się pewnie, kiedy w końcu zaczniemy pisać do rzeczy i na 
temat? Gdy mecz dobiegnie do 53. minuty, wtedy napiszemy coś niepochlebnego 
o sędzim. Wcześniej absolutnie nic się nie działo. Nie no, dobra. Ze 
statystyk wynika, że Sola miała do 45. minuty aż 3 okazje. Przepraszamy, 
przeoczyliśmy.
Jak to napisał jeden z czytelników pewnego komputerowego pisma: "Piszę, bo 
nie mam co robić. Kończę, bo nie mam co pisać". Ja tez chętnie bym już 
skończył, ale pozostała część redakcji by mnie wyśmiała za tekst tej 
długości. No dobra, wracamy do meczu.
W 53. minucie Betz próbował prawie pięćdziesięciometrowego podania do 
Hessera. Ten ostatni wyskoczył w powietrze, ewidentnie opierając się na 
MacCarthym. Obrońca Dynama upadł, a Hesser spadł na niego, przewracając się. 
Sędzia bez wahania odgwizdał rzut karny, choć powinien odgwizdać faul na 
MacCarthym. Szahnnon rzucił się we właściwy róg, jednak zabrakło mu kilku 
centymetrów.
O właśnie! Słuchając ostatnio w telewizji przeglądu prasy, dowiedzieliśmy 
się, że robi się masaże, które wydłużają kręgosłup, dodając wzrostu. Może 
trenerzy powinni to rozważyć? W szczególności w stosunku do co niższych 
zawodników...
My tu gadu, gadu, a na zegarze już 83. minuta. Pierwsza składna, miła dla 
oka akcja Pentagramu. Mehnert do Rieslinga, ten ładnie na skrzydło do 
Siebena, Sieben w tempo do Hessera, przepuszczenie i strzał Hellmolda. To, 
co zrobił Shannon było nieprawdopodobne. Jesteśmy gotowi się założyć, że 
wiedział, gdzie pójdzie strzał, zanim jeszcze Hellmold pomyślał o tym, by 
wziąć zamach. Bramkarz Czekan w niesamowity, absolutnie oszałamiający 
sposób, sparował piłkę na rzut rożny. Nastąpiła chwila dekoncentracji 
(Chwila! Hehe... Cały mecz w wykonaniu Czekan to jedna wielka 
dekoncentracja!). Dynamo źle ustawiło krycie i piłkę po dośrodkowaniu 
Mehnerta głową, wprost do bramki, strącił Riesling.
Mecz słaby i jednostronny. Pentragram długo utrzymywał się przy piłce, ale 
nic z tego nie wychodziło. W Czekanach na boisko po to, by grać, wyszedł 
tylko Shannon. Jeden przeciwko jedenastu. Piłka to jednak piękny sport.

### KS Renifery Sola - KKS Zamek Grodzisk 1:3

Baliśmy się tego spotkania. Niestety, mieliśmy rację. Zastanawialiśmy się, 
czy nie przybliżyć państwu teraz procesu pasteryzacji piesków scholandzkich, 
ale to byłoby nie fair. W końcu musieliśmy to oglądać. Teraz musimy się 
podzielić tym co widzieliśmy. Tak powstają legendy, ale tym razem powstanie 
bajka dla niegrzecznych dzieci.
Miłym aspektem na pewno jest sam Estadio El Presidente - zamiast krzeseł na 
trybunie mamy leżaki, a kryta trybuna nie jest zadaszona, tylko 
zaparasolowana. W loży honorowej natomiast jest basen. Loża dziennikarzy 
natomiast nie ma nawet leżaków. Chyba nas nie lubią.
No ale przejdźmy do samego spotkania. Musimy przyznać że nawet po trosze 
rozumiemy zawodników. Taka ciepła pogoda, piaszczyste boisko. Nic tylko się 
opalać. Renifery najwyraźniej nie przywykły do słońca, gdyż dało się 
zaobserwować u nich objawy udaru słonecznego. Zupełnie jakby nie wiedzieli 
gdzie się znajdują. Ale musimy ich pochwalić, mimo swej niedysopzycji wyszli 
w ustawieniu 3-5-2. Zaryzykowali. Od początku widać było że to był zły 
pomysł. Gracze z Grodziska, mimo że również nie biegali dużo, to jednak z 
łatwością mijali pomocników solańskich.
Pierwsza połowa przebiegala w iście plażowej atmosferze. Niektórzy zamkowi 
wyraźnie próbowali nabrać nieco opalenizny. W 23 minucie piłka wyrzucona z 
autu przez Jastrzębskiego, przyjmuje ją Ściera - dolnym sposobem 
siatkarskim. Następnie podał (górą już) do partnera. Sędzia ukarał go żółtym 
kartonikiem za podwójne odbicie. Kilka minut później z dystansu strzela 
Stanislawski, piłka wpada do siatki, a bramkarz zwija się z bólu. Gracze 
Reniferów uwazają że Niedzielan kopnął próbujacego interweniować Głodnego, 
ale sędzia nie daje się przekonać i pokazuje na środek boiska. Do przerwy 
graczom z Grodziska nie udało się zabrązowić.
Po przerwie obudzili się jakby gospodarze i już pierwsza akcja przyniosła 
bramkę - Dupa uderzył mocno w środek, oślepiony słońcem Bukowski wybił piłkę 
przed siebie, gdzie czekał Szarmach, który już bezproblemów wyrównał. To 
nieco zirytowało gości, którzy już rozsmarowywali olejki do opalania z 
pomocą grupki kibiców wandzkich. W grze roiło się od niedokładnośći, co 
podanie to gorsze - procent celnych podań u obu drużyn wynosił 27% co 
praktycznie nie pozwalało nam oglądać tego spotkania. Postanowiliśmy się 
uraczyć tropicańskim cygarem, żeby nie stresować się tak miernym poziomem 
meczu. Wreszcie, 62 minuta, ze spalonego urywa się Matuszewiak, zbiega na 
skrzydło, wrzuca a tam Lukasiewicz zdobywa bramkę głową.
Momentalnie do ataku rzuciły się rozjuszone Renifery. Mieli kilka okazji, w 
tym najlepszą w 83 minucie, gdy Dupa wypuścił w uliczkę Skarbka, a ten 
pokonał Bukowskiego. Lecz oto sędzia dyktuje spalonego z kapelusza, szybko 
wykonuje go Matuszewiak rzucając piłkę daleko za obrońców, dopada do 
niej nie kto inny jak Łukasiewicz i ustala wynik spotkania na 3:1.
Wynik kompletnie przypadkowy, gra przypominała sparing. Zero emocji. Jeden 
z nudniejszych meczy kolejki. Bohaterem oczywiście arbiter, któremu część 
redakcji chciała dać cukru po meczu, bo mial klapki na oczach i go za kunia 
wzięliśmy.


### Sieroty z Morvenau - SKS Srebrny Róg 0:3


Są takie dni, kiedy siadamy sobie ze szklaneczką bezalkoholowego ginu w 
jednej i cygarem w drugiej ręce, w szlafroczku i papuciach z pomponami, w 
naszych wygodnych, skórzanych fotelach w klimatyzowanej rezydencji i patrząc 
w okno, z którym roztacza się piękny widok na pobliską lagunę i port 
jachtowy, zastanawiamy się nad pewnymi, istotnymi dla naszej egzystencji 
sprawami. Dzisiaj jednak nie mieliśmy na to ani czasu, ani ochoty. Poszliśmy 
zatem na hamburgera z mielonych, krowich tyłków do podejrzanego przybytku w 
dzielnicy slumsów, zamieszkałych przez imigranta z Leblandii. W takim 
otoczeniu zastanawialiśmy się, jaka drużyna w lidze jest najsłabsza i 
dlaczego właśnie Sieroty. Wszyscy jednak doceniliśmy ich szczerość - po 
nazwie przeciwnik od razu widzi, z kim ma do czynienia.
Nie inaczej było i we tym meczu. Srebrny Róg był już uprzedzony i 
przygotowany na konfrontację, na starcie w pocie i pyle, z kopaczami z 
Morvenau. W tym miejscu ciekawostka lingwistyczna: kopacz nie zawsze macha 
nogami, niektórzy machają łopatą.
SKS zaczął i już po chwili musiał wybić piłkę na aut, bo zawodnik Sierot 
leżał na boisku. Z zeznań zawodnika wynikało, że potknął się o wystający 
pręt. Po wizji lokalnej okazało się, że nie żaden pręt z boiska nie 
wystawał. Papi bełkotał coś o własnym, zwijając się z bólu. Po co przynosić 
pręty na mecz? Tego się nie dowiedzieliśmy. Grunt, że Papi został zniesiony 
z boiska, a na jego miejsce wkroczył (wspacerował byłoby odpowiedniejsze, 
ale Word nam je podkreśla) Wait.
Srebrny Róg konsekwentnie kontynuował swoją grę, rozgrywając piłkę głównie 
we własnej strefie obronnej. Sierotom jednak nie chciało się biegać, więc 
żadnej kontry z tego nie było. Półstatecznie, wymieniając podania, SKS 
doszedł (to dobre słowo) pod pole karne Sierot. Smoczyński miękką wrzutką 
znalazł Lachmana, ten przyjął piłkę, obrócił się, przełożył sobie piłkę na 
lewą nogę i bez problemu pokonał Maiyeguna.
Bramka ta niczego nie zmieniła. Morvenau grał nadal tak jakby wygrywał 10:0, 
natomiast SKS czaił się, naiwnie wyczekując na kontratak. Jednak, jak sama 
nazwa wskazuje, by był kontratak, najpierw musiałby nastąpić atak 
przeciwnika. Sieroty o tym wiedziały, dlatego trzymały się z dala od pola 
karnego SKS-u. Ta taktyka gwarantowała im niemal stuprocentową pewność 
niestracenia bramki.
Ale, jak powiedział Murphy: "Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie". W 26. 
minucie gola z sytuacji, którą niegdyś skomentowano słowami: "Niegroźna 
sytuacja. Gol." zdobył Brożek. Nie wiem jak Wy, ale według nas to nie był 
piękny strzał tylko zwykły farfocel. I co z tego, że z 30 metrów? Bramkarz 
był, a jakby go nie było...
W pierwszej połowie obejrzeliśmy jeszcze tylko jeden strzał, oczywiście 
SKS-u. Moczygęba strzelił jednak wprost w Maiyeguna, piłka dość szczęśliwie 
odbiła się od niego i po odbiciu od słupka wyszła w aut.
Po przerwie mile zaskoczył nas SKS. Widząc całkowitą niemoc Sierot, piłkarze 
ze Srebrnego Rogu bardzo odważnie zaatakowali, zapominając o asekuracji. 
Pozwoliło to Sierotom oddać aż 3 strzały na bramkę SKS-u. Niewątpliwie, 
gdyby piłkarze Morvenau mieli w swoim składzie przynajmniej jednego 
napastnika (takiego prawdziwego, a nie tylko z nazwy) zdołaliby strzelić 
chociaż honorową bramkę.
A tak, znów potwierdziło się powiedzenie, że "do odważnych świat należy". 
Trzecia bramka dla SKS-u była kopią drugiej. Tym razem podawał Polański, a z 
dystansu uderzał Jastrzębski.
Po tym golu obie drużyny stanęły, a zdegustowani kibice zaczęli opuszczać 
stadion. I my się temu nie dziwimy. Popieramy nawet. Tak długo, jak długo 
nie zamienią się przepisy, szanowne Sieroty, szanowny SKS-ie gramy 90 minut, 
a nie 52. Rozumiemy się...?

### KS Orzel Czekany - FC Zielnybor

Orzeł Czekany nie miał wyjścia, musiał wygrać to spotkanie. Strata punktów 
przed własną publicznością byłaby z pewnością nieprzychylnie odebrana przez 
kibiców. FC Zielnybor natomiast, uskrzydlony poprzednim zwycięstwiem nie 
zamierzał ułatwiać zadania graczom z Czekan.
Pierwsza połowa przypominała szachy, w których czas na ruch wynosił 25 
minut, a obaj gracze złośliwe wykorzystywali go do końca. Chcielibyśmy 
trochę więcej państwu napisać o tej połowie. Naprawdę. Jedyną wartą uwagi 
akcją była sprzeczka Bykowskiego z Kupką, o to której druzynie powinien być 
przyznany aut. Nagle, ni stąd ni z owąd Bykowski walnął Kupkę głową. Sędzia 
po konsultacji z arbitrem wyciągnął czerwony kartonik, pierwszy w 
rozgrywkach SLP. Żaden mięsień na twarzy opartego o boks trenera 
Czekańskiego nie drgnął, drgnęła natomiast ręką którą napisał coś w swoim 
malym, szarym notesiku. Do wykonywania rzutu wolnego podszedł Dziki. Duży 
rozbieg, już jest przy piłce i... zahacza ją tylko butem. Jęk zawodu na 
trybunach.
Po przerwie gracze Orła jakby już nieco lepiej - zaczął funkcjonować środek 
boiska, obrońcy z łatwością nie dopuszczali podań do napastników 
Zielnyboru - słowem gra zaczynała się układać. Wreszcie, 53 minuta - przez 
dziurę po Bykowskim w środku pola wdarł się Kupka, była doskonała okazja do 
uderzenia z dystansu, lecz brutalnym wejściem uratował sytuację Chytry. Rzut 
wolny wykonywał Chodakowski, piłka świetnie zakręcona i Kozłowski z woleja 
mocnym strzałem pokonuje Krystiana Buczko. Trener Czekański ciągle nie 
zdradzał po sobie żadnych emocji, cały czas pisał tylko w swoim notesiku i 
wysłuchiwał komentarzy asystentów.
Gracze Orła starali się strzelić kolejne bramki, ale dobrze wywiązywali się 
ze swych obowiązków defensorzy Zielnyboru. Goście już jednak nie byli w 
stanie w 10 wyprowadzić dobrej akcji ofensywnej, wszystko rozbijało się o 
grających pressingiem zawodników Orła. Kibice wychodzili już ze stadionu, 
gdy w 93 minucie Janek Gozdowski wrzucił piłkę ze skrzydła idealnie na głowę 
Kasprzaka, który takich okazji zwykł nie marnować. 2:0, sedzia kończy 
spotkanie, a trener gospodarzy nagle wybucha w euforii, przytula zawodników, 
asystentów, masażystę, a następnie taniec - tak, ten taniec radości 
zapamiętamy do końca życia. Kamień mu widać spadł z serca. Orzeł Czekany 
zagrał bardzo dobre spotkanie, choć z pewnością czerwona kartka dla gości 
znacznie ułatwiła zadanie.

### FKK Rantiochskie Kr. - Graybox Srebrny Róg 2:3


Graybox znowu strzelił trzy bramki i my mu nie żałujemy. Żałujemy natomiast, 
że musieliśmy to oglądać. To jeden z najsłabszych meczów kolejki. Mówią, że 
zwycięzców się nie sądzi. Kłamią.
Może na początek dwa łyki statystyki. Gra była niemal idealnie wyrównana: 
49% posiadania piłki po stronie Krasnoludów, 51% po stronie Grayboxu. Ilość 
strzałów w pierwszej połowie: po dwie. W całym meczu: po sześć. Obie obrony 
w miarę solidne, środek pola nieco dla Grayboxu, atak Krasnoludów całkiem 
niezły. O Grayboxowym nie ma co wspominać. A... wynik do przerwy: 1:0. I 
naszym zdaniem najlepiej byłoby, gdyby tak zostało.
Krótka analiza statystyk: żadna z drużyn nie potrafiła wypracować sobie 
przewagi, żadna formacja nie miała wystarczającego wsparcia od kolegów, nikt 
się specjalnie nie wyróżnił. Druga połowa znacznie ciekawsza i najchętniej 
od niej byśmy zaczęli. Ale se ne da...
Do 40. minuty na boisku rozgrywa się tragifarsa, artystyczny performance pod 
tytułem "Człowiek i piłka - mijamy się". Chwilami było nam wstyd, że nie 
mieliśmy fraków albo przynajmniej krawatów. Na swoje usprawiedliwienie 
możemy powiedzieć tylko tyle, że nas nie uprzedzono. A takie obcowanie ze 
sztuką, odchamienie się raz na jakiś czas może za wiele nie pomoże, ale 
nastrój poprawia.
W 40. minucie nasze życie artystyczne gwałtownie się skończyło i wróciliśmy 
do świata robotniczo-chłopskiego, bo oto przeprowadzona przez Krasnoludy 
przaśna, nieco toporna i nieociosana akcja przyniosła im bramkę. Najpierw 
seria zagrań w stylu "kopnij i biegnij" dała Rantiochczykom rzut rożny, po 
którym jakimś cudem zdobyli gola.
Po przerwie oba zespoły nieco poprawiły swoją grę. Co prawda nadal był to 
styl KiB, ale przynajmniej szybciej biegali. Zaczęli także oddawać strzały 
na bramkę. Rozpoczął Tossavainen, ale szybko odgryzł się Długosz.
W 64. minucie Krasnoludy straciły głupią bramkę. Po zbyt krótkim wybiciu 
Moilanena, Cierzniak strącił piłkę do Górskiego, a ten bez namysłu huknął z 
niemal 40 metrów. Źle ustawiony Moilanen nie miał nic do powiedzenia.
Ratiochczycy nie dawali za wygraną, wciąż ambitnie atakowali. Niestety, znów 
głupi błąd, tym razem w środku pola, kosztował ich kolejną bramkę. Podanie 
Kuciapy, także z daleka, wykorzystał Górski.
Krasnoludy nie zniechęciły się utratą prowadzenia i rzucili się do 
odrabiania strat. Orala pokazał nam nawet swój całkiem niezły drybling, 
jednak jego strzał w ostatniej chwili zablokowali obrońcy. Nieustępliwość 
Ratiochczyków przyniosła efekt w 88. minucie, gdy Helkomaa wykorzystał 
bardzo ładne prostopadłe zagranie Tossavainena.
Na odpowiedź Grayboxu czekaliśmy niecałą minutę. W indywidualnej akcji 
faulowany był Cierzniak. Do piłki podszedł Pazura i przerzucił ją chytrze 
nad źle ustawionym murem. W ten sposób Graybox po raz drugi zapewnił sobie 
minimalne zwycięstwo.
Jedynie duża ilość bramek uratowała ten mecz. Co prawda rozstrzygnięcie było 
absolutnie niesprawiedliwe, bo to Krasnoludy pokazały więcej serca i 
zaangażowania. Jednak w piłce wygrywa ten, który ma więcej szczęś... 
umiejętności.

--   
Pozdrawiamy,  
Redakcja Piłki do Drewna.  

> **metadane**  
> autor: Rittermeister&Smok  (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)  
> opublikowano: 2006.06.26  
> link: [LDKS](http://groups.yahoo.com/neo/groups/sarmacja/conversations/messages/135041)



