### KS Wandea - FKK Rantiochskie Krasnoludy 2:1

Poszliśmy na ten mecz bardzo rozochoceni, gdyż po remisie z SKS-em 
Krasnoludy stały się drużyną, której wszyscy się bali, a w 
szczególności ich następni przeciwnicy, czyli KS Wandea.
Gdy weszliśmy na stadion zobaczyliśmy grupkę kibiców drużyny ze 
stolicy Teutonii. Żywo rozprawiali o jakiejś sprawie, zapewne 
dotyczącej dzisiejszego meczu. Niestety, nie jesteśmy do końca pewni, 
gdyż używali języka krasnoludów.
Sędzia gwizdnął, mecz się zaczął. Jeden z zawodników KS-u kopnął 
piłkę prosto w głowę spikera. Uderzenie było tak silne, że musiała 
przyjechać karetka i zabrać rannego, i to nie byle jak, Wandejczyka 
do szpitala. Na szczęście uraz nie był tak poważny, a nasz 
nieszczęśnik znalazł godnego siebie zastępcę w postaci chłopca do 
piłek. Chyba wystarczającą rekomendacją będzie, że przy każdym 
nieudanym zagraniu klął i rzucał błotem. Mecz jednak toczył się 
dalej. W 9. minucie doszło do starcia między Rintanen’em a Vlasovem. 
Ten drugi wyskoczył do piłki i gdy odbijał ją głową uderzył 
przypadkowo swojego przeciwnika butem w nogą. Rozwścieczony Krasnolud 
niczym Chuck Norris uderzył swojego oprawcę z półobrotu w twarz. Na 
szczęście obyło się bez pomocy dentysty. Publiczność wnioskowała o 
karę w postaci czerwonej kartki, jednak sędzia dał żółtą. Co było 
tego przyczyną, nie wiemy. W 19. minucie ziściły się prośby 
zawodników Wandejskich – po niewielkich wysiłkach strzelili wreszcie 
gola. Może się Wam wydać to dziwne, ale Krasnoludy ustawiły się na 
linii bramkowej, więc po prostu wbicie gola graniczyło z cudem. Po 
stracie bramki Rantiochianie wyszli w pole, ale niestety, wyglądało 
to tak, jakby zamierzali kopać tam ziemniaki. KS strzelił więc 
następnego gola w 44 minucie. Ale czemu tylko dwa? Czyżby i 
Wandejczycy nie pili dziś RedBulla?
Zawodnicy wyszli z szatni, gwizdek, zaczynają! Krasnoludy atakują! 
Nic! Znowu! Nic! Kontra Wandejczyków…i… bramkarz łapie! Tak! Teraz 
poczuliśmy się jak na meczu Ligi Miszczów Hokeja Kukulskiego na 
Piasku! Zupełnie jak podczas finału z 99’.
Ale co to za głupie gadanie! Krasnoludy wyciągnęły ciężką amunicję! 
Tak, Wandejczycy padają na ziemię! Ledwo wytrzymujemy ten zapach, 
choć nasze miejsca znajdują się daleko od murawy. I tak, w tym 
momencie pada gol. On był piękny niczym poranek z wybuchem wulkanu! 
Strzał, prosto w okno, słyszałem ten trzask pękającej szyby! Widać 
było, że Leszek Karachanow przyjechał na ten mecz dopiero w połowie i 
dał porządnego kopa w miejsce gdzie kończą się plecy za zaczynają 
nogi swoim zawodnikom jak i drugiemu trenerowi. Dalej mecz upłynął 
na nieustających kontrach obu stron, niestety już nie widzieliśmy 
goli. Zasnęliśmy.


### KKS Zamek Grodzisk - FC Czarnolas 3:1

Mecz... Taak... Jeżeli teraz takie widowiska nazywa się "meczami" to 
nie chcielibyśmy zobaczyć jak wygląda "słaby mecz". Całe spotkanie 
wyglądało mniej więcej jak pole bitwy z I wojny światowej, choć 
zakończyło się tylko jedną poważną kontuzją. Żółte kartki wylatywały 
z kieszonki sędziego jak króliki z kapelusza. Mieliśmy też okazję 
obejrzeć w całym w swym majestacie, wydawać by się mogło zabarwioną 
krwią piłkarzy, czerwoną kartkę. Ale przejdźmy do meritum.
W 15 minucie picia piwa (tak liczyliśmy sobie czas spotkania) na 
murawę wyfrunął pierwszy żółty kartonik. Otrzymał go gracz 
Czarnolasu, za obrzydliwe (tak mniemał sędzia) oplucie kolegi ze 
swojego zespołu. Normalnie nikt nie wnikałby w stosunki jakie panują 
w klubie, jednak widocznie sędzia miał jakieś kompleksy. Co myślą o 
całym zespole z Czarnolasu, gracze KKS-u pokazali w 19. minucie 
strzelając gola. Janek Klose (ksywka w drużynie "Klozet", trybuny 
skandowały jego przezwisko) dobił główkś podanie z rożnego. Bramka 
była kuriozalna, gdyż bramkarzowi z Czarnolasu rozwiązał się but, a 
ten potknął się o sznurowadła. Bosko...
Tak opytmistycznie nastawieni, ze skrzynką piwa u boku, oglądaliśmy 
dalej co wyczyniali gracze na boisku. I muszę przyznać, że nieźle się 
ubawiliśmy - przypominało to raczej kabaret a nie mecz. Bieganie od 
linii bocznej do linii bocznej za piłką nie jest raczej solą tego 
sportu, ale cóż... Skoro trybunom się to podoba... Aż tu nagle, jak 
grom z jasnego nieba (omal się nie udławiliśmy piwem) gol dla 
Czarnolasu. Nie wiemy kto strzelił (chyba niejaki Leon McGovern), 
gdyż akurat oblaliśmy się piwem, a wcześniej czytaliśmy gazetkę. Była 
23 minuta picia piwa. I mecz płynął sobie tym samym tempem aż do 42. 
minuty picia piwa, gracze z Grodziska podwyższyli swój dorobek 
bramkowy. Strzelał Zdzisław Myśliborski.
Nie wiadomo co powiedział graczom z Czarnolasu podczas przerwy, ale 
prawdopodobnie coś o pobiciu przeciwnika. Czarnolesianie, jako te 
proste chłopy, wzięli to sobie zbytnio do serca. Jednakże futbol to 
nie hokej i chłopaki za pobicie przeciwnika zgarniali kartki – jedną 
czerwoną i dwie żółte. Szkoda, że sędzia dawał kartki, ludzie na 
trybunach mieli zabawę, skoro samo spotkanie rozrywki nie 
dostarczyło. W 76 minucie KKS znów strzela gola i mamy już 3-1 dla 
zespołu z Grodziska. Z wolnego strzelał Zbigniew Warowski. A 
tymczasem piłkarze z Czarnolasu dalej starali się fizycznie 
wyeliminować przeciwników, co udało im się w 79 minucie. Kamil 
Niedzielan został "oklepany" przez Czarnolesian za plecami sędziego. 
Szkoda, że tego nie widział bo na boisku mogłoby się zrobić czerwono 
od kartek. Poza biciem przeciwników, piłkarze z Czarnolasu wydawać by 
się mogło nie brali udziału w meczu. I tak spotkanie zakończyło się 
całe szczęście o czasie, a my mogliśmy w końcu iść do toalety.


### Graybox Srebrny Róg - RTS Dynamo Czekany 3:1

Musimy się przyznać, że uwielbiamy eksperymentować w każdej 
dziedzinie życia. Jako jednostki nietuzinkowe, oryginalne i 
niepowtarzalne mamy własny sposób na rozwiązanie niemal każdego 
problemu. Dzisiaj w taki nietypowy sposób zrobiliśmy sobie obiad. 
Otóż wczoraj spożywaliśmy przepyszną pieczoną szyneczkę z takimiż 
ziemniaczkami. Kawałek tego prosiaczka został na dzisiaj, ale 
niestety kartofelki się skończyły. Zamiast lecieć do sklepu, 
zrobiliśmy sobie więc owo mięsko z ryżem i warzywami (świeżymi). 
Okazało się, że był to jeden z naszych najgorszych wyczynów 
kulinarnych, zaraz po czymś całkowicie niezjadliwym.
Ten mecz był do naszego obiadu bardzo podobny. Gdy wróciliśmy ze 
stadionu, orzekliśmy, że to mecz kolejki, ale na drugi dzień już nie 
prezentuje się tak pięknie. W szczególności bez ziemniaczków.
W zasadzie jakieś tam emocje były wyłącznie w pierwszej połowie, 
później mieliśmy do czynienia tylko z zacieraniem Dynama. Nie chce 
nam się tych męczarni opisywać. Gra była mocno siłowa, dużo walki w 
środku pola, biegania i kopania po kostkach. Sędzia pokazał aż cztery 
żółte kartki i to bynajmniej nie z kapelusza. 
Bramki jednak padły i to aż cztery. Dziwne, mając na uwadze 
siermiężny, żeby nie powiedzieć przaśny, styl gry. Pierwszego gola 
strzelił Bozic z karnego. Trzy minuty później tej sztuki nie udało 
się powtórzyć Calbhachowi. W 35. minucie Dynamo doprowadziło jednak 
do wyrównania. Bombę z narożnika pola karnego posłał Dermot.
W drugiej połowie, jak już wspomnieliśmy, Graybox miał przewagę, a 
strzelenie gola było tylko kwestią czasu (i trafienia w bramkę). 
Dokładnie 2 minut, kiedy to Pazura trafił do siatki Dynama. Później 
pudłowali m.in. Głąb, Szczoczarz i Sikala. W końcu, w 66. minucie, 
wynik zamknął strzałem z 5 metrów Górski.


### SKP Lwy Krez - KS Orzeł Czekany 1:2

Podjechaliśmy pod stadion nowiutkim S.Wagenem klasy S, zaparkowaliśmy 
na strzeżonym parkingu przy stadionie i wchodzimy. Stadion Lwów jest 
naprawdę duży, nowoczesny i w ogóle jak to się teraz mówi „full 
wypas”. Prezes SKP to bogaty człowiek i nie żałuje pieniędzy na 
drużynę, ale ta jakby na złość nie gra za dobrze i jest w dole 
tabeli. Ale wiadomo, pieniądze nawet z amatora mogą zrobić 
najlepszego piłkarza na świecie, co widać było po tym meczu.
Słychać gwizd, piłka rusza do gry! Podanie, Lwy wychodzą pod bramkę 
Orłów i niezawodny jak na razie w tym meczu golkiper zawodników z 
Czekan broni. Teraz kontra, „pyk, pyk, pyk” i przejęcie, błyskawiczna 
kontra, i znowu nic. Podobny scenariusz powtarzał się cały czas, 
przez co kibice wstawali, siadali, wstawali, siadali i krzyczeli z 
radości i smutku, gdy ich drużyny były w gorszej sytuacji. Nagle z 
zamętu gry wybiega Janek Gozdowski po podaniu Adama Kupki I pokonuje 
Chujebe! Tak! Gooool! Teraz Lwy podrywają się do szaleńczego ataku, 
zamykają rywali w polu karnym! Próbują cały czas, nie dają szansy za 
atak! Grają pięknie i zostają nagrodzeni, przed końcem pierwszej 
połowy pada wyrównująca bramka. Kibice skandują imię strzelca – 
Mariusa Cierzniaka, ale spiker pamięta też o Albinie Wachowskim, 
który w znakomity sposób podał mu piłkę. Połowa kończy się remisem, 
więc można powiedzieć, że mecz zaczyna się od nowa.
Piłkarze wychodzą na boisko i zaczynają znowu swój piękny teatr. 
Widać po Lwach, że szaleńczy pościg z pierwszej połowy dał się we 
znaki i brakuje im już sił, ale jednak się nie poddają i grają dalej. 
Bardziej szanują piłkę od swoich przeciwników, ale też mają mnie 
strzałów, jak to się skończy? W 65 minucie Orły przejmują inicjatywę 
i ostro atakują, Chujeba w efekcie pozostaje bez szans i godzi się z 
tym, że wpuszcza drugiego gola. Kibice Orłów szleją, ale Lwy nadal 
mają nadzieję na choćby remis. Dopingują swoich pupili, ale ci 
wyglądają już na takich, co w tym meczu prochu nie wymyślą i mecz 
kończy się wygraną Orłów.	
Lwom w tym meczu zabrakło szczęścia, gdyż grali pięknie i każda 
formacja Lwów grała lepiej od tych Orląt, choć pomoc drużyny z Czekan 
grała wyśmienicie i to chyba dzięki nim wygrali. Dla części z nas to 
mecz kolejki. Dla tych dowidzących – całkowity przeciętniak.


### Pentagram Sola - Rotor Precelkhanda 2:0

Na tym meczu zagościliśmy tylko z powodów służbowych, bo jak przecież 
napisać PdD, gdy nie widziało się spotkań? No cóż, nasz znajomy mówi, 
że się da, ba udało mu się to wiele razy, ale my nie ufamy zbytnio w 
jego zapewnienia.
Na stadionie Pentagramu, jak zawsze, wiadomo: zadyma, tu kogoś 
zabili, tam zaś ktoś się pociął żyletką. Wiadomo, wyznawcy Czarnego 
Pana. Każdy kibic Rotora obowiązkowo posiadał obrazek z Wandą I jego 
synem Mirthem, zawsze dziewicą. Czemu to miało służyć – nie wiemy do 
dziś
Sędzia gwizdnął, piłka leniwie poturlała się od nogi Hellmolda do 
Hestera, ten podał ją do bramkarza, ten z bańki do kapitana drużyny: 
Gerbera, ten zaś podał do sędziego liniowego, który wskazał na linię 
autu swoją kolorową chorągiewką… Tak, przydałby się łyk kawy 
piłkarzom, którzy przecież całą noc odprawiali czarcie msze. Na 
nieszczęście kibiców, grajkowie Rotora również coś przyspali, bo 
piłka, którą wyrzucił Simina przeleciała przez całe boisko i turlając 
się dotarła do linii autu. I tam została przez 10 minut, ponieważ 
znudzeni grą piłkarze „pykali” sobie w pokera na pieniądze. Furorę 
zrobił sędzia główny, któremu udało się fartem wkręcić do gry. 
Piłkarze wstali, spojrzeli wrogo na sędziego i… zaczęli grać! I to 
jak! Fakt, przeważał Pentagram, ale Rotor dzielnie się bronił. Te 
strzały, parady, główki, kontry, dośrodkowania! Tylko „achy” i „ochy” 
dla tej części spotkania.
Rozpoczęła się druga połowa i już tak kolorowo nie było, a 
przynajmniej dla graczy i kibiców Rotoru. Pentagram zaatakował „całą 
parą”, a wiadomo, że z nimi nie ma żartów, więc w 59 minucie Bejãnaru 
musiał skapitulować i Pentagram objął prowadzenie 1:0. W 71 znowu 
gol, też dla „Czarnych graczy”. W tym momencie przestali oni grać 
ofensywnie i cofnęli się do obrony, co też im doskonale wychodziło, 
więc Rotor raczej nie miał szans na zdobycie bramki, choć raz bardzo 
poważnie zagroził bramkarzowi Pentagramu, jednak ten wyszedł z 
opresji obronną ręką. Jeszcze w 89 minucie Ceausilã sfaulował 
brutalnie Hestera, jednak temu na szczęście nic się nie stało. Karą 
za te dzikie wejście była tylko żółta kartka. Sędzia widocznie 
ulitował się nad tym zawodnikiem i uznał, że stało się to przez 
negatywne emocje, które wytworzyły się po tej nieszczęśliwej 
przegranej. 
Na koniec meczu kibice Rotoru wstali z miejsc i skandowali: 
Dziękujemy, dziękujemy! Zauważyliśmy wtedy łzy w oczach kapitana 
Wandów. Widać wyraźnie, że kibice tej drużyny będą z nią na dobre i 
złe.


### Kotwica Srebrny Róg - SKS Podleszcz 2:4

Wieszczymy: koniec świata jest bliski. To nie żart. Jeżeli usłyszycie 
miarowe, dudniące stąpanie to znaczy, że on właśnie nadchodzi. 
Padnijcie wtedy na kolana i proście o wybaczenie. My natomiast już 
dawno osiągnęliśmy stan boskości, więc te ostatnie chwile ludzkości 
spędzimy upojeni winem w ramionach pięknych kobiet.
Powiemy Wam, że odebraliśmy kolejny znak z niebios. Tym razem była to 
awaria netu. Od piątku do poniedziałku część z nas była odcięta od 
świata i z wyrazem tępej rezygnacji wpatrywało się w ekran z 
napisem „Nie można wyświetlić strony”. W końcu jednak udało nam się 
pozbierać i w ciągu weekendu nasza postać w Diablo zaliczyła ponad 20 
poziomów. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Wracając... A więc kiedy w końcu udało nam się odpalić neta i 
obejrzeć wyniki kolejki, poczuliśmy się nieco nieswojo. W zasadzie to 
było znacznie gorzej – ledwo nas ocucili. A jednak! Podleszcze 
strzeliły w jednym meczu więcej bramek niż we wszystkich 
wcześniejszych i zdobyły więcej punktów niż kiedykolwiek. Na 
pocieszenie – nadal są ostatnie w tabeli.
W zasadzie po obejrzeniu tego widowiska mamy dwie refleksje. 
Pierwsza, że cuda się zdarzają. Drugie – że Kotwica ma 
część_ciała_poniżej_pleców a nie bramkarza. 
Już po kilku pierwszych minutach było nam nieswojo. Sierotki wyszły 
bowiem w ustawieniu zdecydowanie ofensywnych, a to oznaczało, że 
przyjęły optymistyczne założenie, iż uda im się utrzymać przy piłce. 
Od razu powiemy – nie udało się. Kotwica dzieliła i rządziła na 
boisku. Ale co z tego...?
Srebrnorożanie próbowali rozgrywać atak pozycyjny, ale SKS grał 
bardzo agresywnym pressingiem, co dość szybko przyniosło wymierne 
efekty. Niemrawą wymianę piłek między obrońcami Kotwicy przerwał 
Kissukwu i popędził w kierunku bramki. W ostatniej chwili piłkę z 
nogi zdjął mu Bronisz. Na niewiele się to jednak zdało. Do 
egzekwowania rzutu rożnego podszedł Kiaga, Zaleski minął się z piłką, 
a do pustej bramki wpakował ją Wait.
Po tym Podleszcze zrobiły Kotwicy nieco miejsca, która skwapliwie to 
wykorzystała. Pieczołowicie (prawie dziesięć minut!) budowany atak 
pozycyjny dobrym prostopadłym podaniem wykończył Mielecki, piłkę 
przyjął Gamoń i strzelił tuż pod poprzeczkę.
Niezrażone tym Sieroty nadal stosowały pressing i czekały na okazję 
do kontry. Znów błąd defensywy i znów Kissukwu wpadł w pole karne, 
ale trafił wprost w bramkarza. Odbita piłka wyszła na rzut rożny. 
Znów wykonywał go Kiaga i znów Zaleski minął się z piłką. Upewniliśmy 
się, że nie oglądamy ripleja. Dopadł do niej... Zgadnijcie kto? Tak – 
Wait! I... Gwizdek! Wait padł jak ścięty a sędzia wskazał na 11 metr. 
Zaleski zamknął oczy i rzuciła się w prawy róg. Wstał i zaczekał na 
gwizdek. Zanim zdążył się ruszyć, Nwokike zamieścił piłkę między jego 
nogami.
Kotwica pokazała jednak, że gra się do końca. W doliczonym już czasie 
gry pierwszej połowy, dłuuuuuuuuugie jak... ekhem... mniejsza z tym.. 
nie będziemy zdradzali intymnych szczegółów. W każdym razie to długie 
podanie Suchodolskiego wykończył głową ulubieniec publiczności, 
niejaki Rożen.
Druga połowa wyglądała podobnie. Na boisku była tylko Kotwica, a 
bramki (dwie) strzelały tylko Podleszcze. Zaleski stworzył kilka 
doskonałych sytuacji, między innymi podając do Kissukwu (poprzeczka) 
i puszczając pod nogą piłkę podaną przez obrońcę (rzut rożny).


### KS Renifery Sola - SS Zielnybor 1:1

Cieszymy się bardzo, że trenerzy i zawodnicy czytają PdD. Jest nam 
bardzo miło, że biorą sobie do serca nasze uwagi. Fajnie, że się 
starają. Dziękujemy Wam za to. Rozumiemy, że ten mecz jest kolejnym 
wyrazem szykan, które na spotykają. Normalnie jak dzieci. Napisać 
Wam, że nie lubimy przemocy, to zamiast meczu mamy pokaz boksu 
tajskiego. Brak nam słów... Fenks!
Widać było, że obie drużyny wiedziały po co wychodzą na boisko. Były 
odpowiednio zmotywowane, o czym świadczył zacięty wyraz twarzy. Cel 
był prosty: skopać jak najwięcej przeciwników. Sędzia techniczny 
odebrał zawodnikom pięć kastetów, trzy noże i jeden tasak. 
Zapowiadały się wielkie emocje.
Swoją drogą o ile Zielnyborowi dziwimy się tylko trochę, że w tak 
niekonwencjonalny sposób próbuje przyciągnąć kibiców (bo swoją nudną 
grą raczej nie ma szans), o tyle Renifery nas zadziwiły. Węszymy 
spisek.
Na temat samego meczu nie ma się co rozpisywać. Drużyny tak kopały 
piłkę, żeby sobie nie zrobić krzywdy... Hmm... Nie, nie tak. Drużyny 
grały tak, żeby nie strzelić bramki, tylko przeciwnika. I całkiem 
nieźle im to wychodziło. Reniferom lepiej: dwóch Zielnyborzan 
odwieziono do szpitala. Solibieda obejrzał czerwoną kartkę.
Nie będziemy się rozpisywali na temat tego spotkania, bo szkoda nam 
miejsca na propagowanie czegoś tak żenującego. Dla kontrastu 
moglibyśmy zacząć pisać o sobie, ale nie mamy najmniejszej ochoty 
występować w takim towarzystwie. Dlatego puścimy tu minutę ciszy.


### SKS Srebrny Róg - FC Zielnybor 2:1

Nie wiecie czemu sypie nam się kablówka? My się domyślamy. Bo pada! 
Wyobrażacie sobie coś takiego? XXI wiek, ludzie się wybierają na 
Marsa, a głupi deszcz powoduje, że ludzie tracą dostęp do sieci i 
martwią się, czy PdD będzie na czas. Ba! To jeszcze nic! Jak jest 
burza to nie mamy netu! Bez netu, bez kablówki. Dobrze, że chociaż 
światło jest.
Chociaż nie. W kuchni ostatnio nie było, tylko w lodówce. Wszystko 
się sypie. Taką tandetę teraz robią. Ten mecz też był lipny. Jakiś 
taki dęty. Niby dużo strzałów, akcji a wynik, że szkoda gadać.
Pierwsza połowa w wykonaniu obu zespołów była raczej elektryczna... E-
e.. .Statyczna. Znaczy to, że nic się nie działo. Piłkarze próbowali 
rozłożyć leżaki i sączyć drinki z palemką, ale ok. 30. minuty spadł 
deszcz, który pokrzyżował im plany. Nieśmiało, jakby speszeni, 
zaczęli się ruszać, biegać, trącać futbolówkę. W końcu jednak z rzutu 
wolnego Wachowski trącił piłkę tak nieszczęśliwie, że ta odbiła się 
od Żurawskiego i wpadła do bramki SKS-u.
Srebrnorożanie natychmiast się rozpłakali, a Białobrzeski nawet upadł 
na murawę i zaczął wściekle bić ją rękoma i nogami. Przeleżał tak do 
końca meczu. Zielnyborowi chyba zrobiło się trochę głupio, bo przez 
całą drugą połowę, skwapliwie oddawali piłkę przeciwnikom. Ci jednak 
najczęściej kopali ją przed siebie i śmiejąc się głupkowato, biegli w 
przeciwną stronę.
Dobrą zabawę postanowili zepsuć Kucharski i Kolaczkowski. Ten 
pierwszy perfidnie trafił w bramkę po kopnięciu Męczywora, a drugi – 
bezpośrednio z rzutu wolnego.
Tym razem płakali wszyscy: Zielnybor, że przegrał i SKS, że zepsuto 
mu zabawę. My też płakaliśmy. Ze śmiechu.


--  
Czółnem,  
PdD  

> **metadane**  
> autor: Czarnuch&Smok  (Michał Czarnecki i Przemysław Figiel)  
> opublikowano: 2006.08.14  
> link: [LDKS](http://groups.yahoo.com/neo/groups/sarmacja/conversations/messages/137446)
