### RTS Dynamo Czekany - KKS Tropicana Sola 2:2

Lubimy takie mecze jak ten, można się wyspać, zerknąć od czasu do 
czasu i napisać do niego komentarz. Niestety byliśmy skazani na 
oglądanie tego nędznego widowiska.  

Pierwsza połowa należała do Dymana, które wręcz zmiażdżyło 
przeciwnika. Ciągłe akcje z klepki rozbijały obronę KKS-u, który 
mógł tylko się bronić. Już w 13. minucie popularne Bateryjki 
zdobyły gola i kontynuowały dzieło zniszczenia. Możliwe, że 
niedyspozycyjność piłkarzy z Tropiczny spowodowana była przeprowadzką 
z Grodziska, ale nawet jeśli, to nie jest to zbyt dobrym 
usprawiedliwieniem. A takim z pewnością byłaby bramka kontaktowa, 
nawet jeśli była by tą jedyną, gdyż pozwoliłaby zachować honor i 
pokazałaby, że w każdej sytuacji piłkarze KKS-u będą walczyć. No i to 
się udało, 21 minuta to czas pięknej akcji, która rozpoiła się pod 
bramką KKS-u. Mozolnie prowadzona piłka, bliskie podania, niezbyt 
agresywne  wydawać by się mogło, że z tego nic nie będzie. I to 
prawda, to było tylko złudzenie, gdyż w 22 minucie był remis 
po wrzutce Warowskiego. Formalności dopełnił jego kolega z pomocy  
Grzesiek Stanisławski. I to była jedyna akcja KKS-u w tej połowie, 
ale jej skuteczność była wystarczająca, gdyż piłkarze Dynama męczyli 
się pod bramką przeciwników i nie mogli strzelić, mimo swojej 
przewagi. Tak więc wynik z 22 minuty utrzymał się do końca pierwszej 
połowy.  

Piłkarze, którzy schodzili do szatni niezbyt szczęśliwi, ale też nie 
smutni, bo przecież wyniki 1:1 był jak na połowę satysfakcjonujący, 
bo patrząc realistycznie, obie strony mają takie same szanse na 
zwycięstwo.  

Gwizdek sędziego i rozpoczynamy drugą połowę! Tym razem KKS zabrał 
się do roboty i ta połowa była już o wiele bardziej wyrównana, choć 
Tropikańczycy lepiej sobie dawali radę i mieli naprawdę dużo 
sytuacji. Gdy na tablicy pokazała się 72 minuta Łukaszewicz umieścił 
piłkę w bramce Dyczka. Tak, umieścił było tu bardzo na miejscu, gdyż 
bramkarz nawet nie interweniował. Według relacji świadków udał 
się na tron, bo jak powszechnienia wiadomo, to nie człowiek rządzi 
potrzebą, tylko potrzeba człowiekiem. W tym wypadku bramkarzem, co 
jest bardzo podejrzane. Ale to zostawmy politykom, by my mówimy tu 
przecież tylko o piłce. A ta która dziś grali, by żółto-niebieska 
firmy Annike. Ale musimy pamiętać, że to nie był jeszcze koniec 
meczu! Ten toczył się dalej i to bardzo zaciekle  Tropicańczycy 
walczyli o większe prowadzenie  Dymano o remis lub zwycięstwo. I 
stało się, w 89 minucie Bateryjki zremisowały! I tak właśnie 
zaskoczył się mecz - remisem.


### KS Orzel Czekany - SS Zielnybor 1:1

Ten mecz to był po porostu żart/dowcip/pośmiewisko/kicha/sadzenie 
buraków Albo nie! Stop! Przeczytajcie najpierw komentarz i wtedy 
odpowiecie na pytanie te w programie Co Z Tym Meczem? w TV Sarmackiej.  

Pierwsza połowa upłynęła na kopaniu piłki Zapytacie, co w tym 
dziwnego, o to przecież w tym sporcie chodzi. Ja wam odpowiem, że to 
nie było normalne. Czemu? Bo cała zabawa piłkarzy polegała na zabawie 
w dziada(w exclusive version, specjalnie dla PdD nazwa tegoż 
brzmi babcia). No więc, oni sobie grali w 11 osobowych drużynach. 
Czasami tracili piłkę, bo im zabrał przeciwnik, po podanie 
przechwycił, bo wyleciała na aut/korner. Dużo było takich sytuacji, 
ale to przecież nie jest piłka nożna! To samo powiedział trener 
Orłów  Robert Czekański, gdy wbiegł na boisko i zrządzeniem losu z 
półwoleja posłał podkręconą piłkę do bramki Skarpeciarzy i to w 
samo okno. Stał tam jednak jeden z Zielnyborskich skrzatów i piłka 
nie przekroczyła linii bramkowej. Sędzia po długiej naradzie ze 
swoimi pomocnikami zaliczył to jako strzał na bramkę. Niestety, zaraz 
po tym gwizdnął i zakończył tą beznadziejną połowę.  

Piłkarze wybiegli na boisko, tym razem od środka grę rozpoczęli 
goście i dali do zrozumienia przeciwnikom, że pograć już im nie 
dadzą, póki nie strzelą bramki. I tak było Orlęta przejęły piłkę i 
ruszyły na bramkę Skarpet. Nic nie mogło być bardziej głupie. 
Zielnyborzanie tylko na to czekali, zabrali piłkę nieopierzonym 
ptaszkom i przeprowadzili kontrę, po której pada gol. Kibice szaleją, 
piłkarze Orląt patrzą na murawę, Robert Czekański płacze! Tak, 
patrzcie państwo, on! Przepraszam, to nie ten film! Nie kręćcie 
tego! Nie! Dobrze, możemy kontynuować. Orły zaatakowały i rwąc 
pazurami koszulki przeciwników strzeliły gola po dośrodkowaniu Dymka 
i bańce Kupki. Atak pozycyjny gospodarzy nadal trwał, ale razi oni 
wielką nieskutecznością, co było dosyć dziwne, gdyż napastnicy, 
których wystawił trener Czekańscy to strzelcy wyborowi. Niestety, nie 
ustawili na dzisiejszy mecz swoich celowników, co zaowocowało remisem 
1:1. Tak zakończył się ten mecz.  

Na koniec chcielibyśmy powrócić do sytuacji z końca pierwszej połowy, 
kiedy to trener Czekański popisał się fartownym strzałem z woleja. 
Piszę o tym, gdyż według naszych informatorów to właśnie za to został 
trenerem kolejki jawna niesprawiedliwość! Zbyszko Browarczyk zrobił 
10 000 żonglerek (piłka upadła mu na but, oczywiście całkiem 
przypadkiem).


### Rotor Precelkhanda - FC Czarnolas 4:1

Na Estadio Żenada spotkaliśmy wielu meneli, którzy proponowali nam 
wspólne picie  my odmówiliśmy, gdyż byliśmy pewni, że ten mecz to 
będzie coś naprawdę ciekawego.  

Z ostrożności wybraliśmy jednak miejsca obok naszych starych dobrych 
kumpli, bo czasami instynkt zawodzi. I zawiódł. Ten mecz to była 
żenada! Czarnoleska tu chyba przyjechali na trening, bo nie 
wykazywali w ogóle woli walki. Nic! Zupełnie! Rotor robił z nimi co 
chciał, akcje z klepki to była rzadkość. Królowały indywidualne 
popisy, po których oczywiście gole paść nie mogły, gdyż robotnicy 
wandejscy znani są z dryblingu, który polega się na potykaniu o 
piłkę. Niektórzy nawet opanowali tą sztukę do perfekcji i przewracają 
się nawet nie dotykając piłki! Ta finezja naprawdę była godna Pelego, 
Marodony, Zidana i Zenka Potyczka  pomysłodawcy owego stylu gry. W 
pewnym Momocie kibice zaczęli się nudzić i robotnicy ruszyli w bój 
ciężki i żółtawy. Po dwóch drobnych potknięciach Rotor prowadził 2:0, 
a publika szalała i skandowała: dwa gole to za mało, dwa gole to za 
mało, jeszcze kilka by się nam przydało!. W tym Momocie jeden z 
Wandejczyków zataczając rundkę tryumfalną (a może to było przez 
pijaństwo? Nie... robotnicy nie piją...) uderzył w Czarnolesianina i 
dostał za to żółtą kartkę po czym krzyknął rasistowskie hasło i udał 
się na drzemkę. Pozostał tam do następnej połowy.  

Od nasennego gwizdu byliśmy świadkami wielkiej potyczki  przewracali 
się wtedy już wszyscy: piłkarze o własne nogi, kibice ze śmiechu, a 
sędziowie wylatywali w powietrze następując na miny zdenerwowanych 
kibiców. Tak, to był piękny mecz, ale tylko wtedy, gdy ktoś kocha 
oglądać mieszankę Szeregowca Ryana i Benny Hilla. W 83. minucie 
bramkarz Rotoru odlał się pod swoją bramką i gdy po odczuciu ulgi 
stanął między słupkami został zaskoczony przez ślizgającego się w 
kałuży ekskrementów piłkarza z Czarnolasu, który uderzając 
sznurowadłem prawego korka z prawej nogi zmienił trajektorię lotu 
okrągłej kuli będącej obiektem zmagań na Estadio Żenada, czyli mówiąc 
po polsku: strzelił gola. Wtedy Robotnicy obudzili się ze snu, 
opróżnili w szybkim tempie zapasy piwa i dali nauki uczniom z 
Czarnolasu. Ich ruchy wyglądały tak, jak gdyby grali oni na lodowisku 
w trampkach, oczywiście firmy Aydas. Strzelili tak dwie bramki, w tym 
jedną w 92 minucie, która jest najpóźniej strzeloną w SLP bramką. 
Brawa dla piłkarza który to zrobił! Został w ten sposób 
najwolniejszym z najwolniejszych!  

A mecz był po prostu cudny jak kwiat róży po burzy  powiedział jeden 
z żuli ciągnąc ze sobą skrzynkę piwa.


### FC Zielnybor - KS Wandea 1:1

To był mecz kolejki. Naprawdę! Nie wierzycie? No to czytajcie.  

Gdy weszliśmy na stadion naszym oczom ukazał się piękny widok (tak, 
piękny, zanotujcie w słowniku!). Obie drużyny grały bardzo wyrównane 
spotkanie, kontra, przejęcie, kontra, strzał, obrona, wybicie, atak 
pozycyjny, znowu przejęcie! Tylko tak można opisywać ten mecz. Z 
zamyślenia wyrwał mnie gwizdek sędziego. Przestaliśmy oglądać popisy 
trampkarzy i udaliśmy się na przeznaczone specjalnie dla nas, 
wygodnie moszczone fotele obite karmazynowym aksamitem.  

A ten mecz już taki dobry nie był, więc wyciągnęliśmy telefon, 
włączyliśmy wap i weszliśmy na stronę Talka, by poczytać, czy coś 
nowego w Sarmacji się nie stało. Niestety, nie było nowych newsów, 
ale otworzyła się w jakiś dziwny sposób strona o zawartości >18. 
Zapewne stało się tak z powodu tych nowych aliasów Bobera, on nigdy 
nie sprawdza, jakie reklamy się wyświetlają. Ale nie powiemy złego 
słowa - znacznie umiliło nam to oglądanie... meczu oczywiście.  

Gdy oderwaliśmy się od telefonu zobaczyliśmy cudny widok. Sędzia 
ciągle wyciągał żółte kartoniki! I to z jaką gracją! Robił to niczym 
gentleman zdejmujący melonik. W pewnym momencie przestał, gdyż 
zaniemówił po pierwszym strzale w tym meczu! My też. On był po prostu 
zbyt zaskakujący, by tego nie zrobić! Wandejczyk uderzył z czuba 
prosto w piłkę! To było tak zaskakujące, że chłopiec do piłek 
zapomniał pobiec po nią do sąsiedniej wsi... Zielnyborzanie nie 
chcieli być gorsi, więc Żurawski spudłował z odległości 1 metra od 
pustej bramki.  

Druga połowa upłynęła na zabawie w dwa ognie, ale ponieważ matka, 
ojciec, babcia i dziadek w jednym, czyli bramkarze byli w 
beznadziejnej dyspozycji nikt nie zwracał na nich uwagi i gra 
odbywała się na zasadach joga bounito, czyli kopnij, odczekaj chwilę 
i możesz już złapać się za bolącą stopę. Kiedyś jednak miarka się 
musiała przebrać. Wandejczycy zaatakowali i strzelili! Tak! Gol! Tak! 
Spalony! Tak! Sędzią jest ślepy!  tak krzyczał stadion, tak 
krzyczeliśmy my. Wtedy jednak zdenerwowany Żurawski, bo nie taka 
przecież była umowa, podszedł do bramkarza rywali i uderzył go w 
twarz, gdy sędzia nie patrzył. Ten nie pozostał mu dłużny i oddał z 
półobrotu, tym razem jednak sędzia patrzył, więc wskazał 
na jedenastkę. Żurawski uderzył pewnie i ustalił wynik tego 
okrutnego meczu na 1:1.  


###FKK Rantiochskie Krasnoludy - KS Renifery Sola 3:2

Szczerze mówiąc nie za bardzo wiemy, co napisać o tym meczu. W 
statystykach wygląda on grubo, że były emocje i w ogóle  warto było 
poświęcić chwilę czasu. Nam on jednak w ogóle nie wygląda. Nie 
powiemy, że wynudziliśmy się setnie, bo się nie wynudziliśmy, ale 
nadmiernym entuzjazmem nie tryskamy. W sumie pięć goli to ponad 
średnią ligową, ale taki jakiś ten mecz był nijaki.  

Pierwsze czterdzieści minut najchętniej usunęlibyśmy z naszej 
pamięci. Na boisku nic się nie działo, próbowaliśmy przysnąć, ale co 
rusz budziły nas gwizdy a to z boiska, a to z trybun. Sędzia bowiem 
nie próżnował i pokazał aż pięć żółtych niczym królik kartek. W końcu 
jednak udało mu się zdjąć kapelusz, a rozentuzjazmowani tym radosnym 
wydarzeniem gospodarze strzelili bramkę. Rzut wolny (z owego zdjętego 
nakrycia głowy) egzekwował Manik-Ku, a udo dostawił Puha i zrobiło 
się 1:0.  

Po przerwie Manik-Ku stanął przed niepowtarzalną okazją zdobycia 
bramki. W 49. minucie sędzia podyktował rzut karny (ręka 
Fafińskiego), ale wspomniany już maestro piłki fatalnie spudłował 
(gdyby wiał silniejszy wiatr mógłby zaskoczyć własnego bramkarza). 
Śmiemy wątpić, czy po tym numerze trener Krasnoludów pozwoli Manik-
Kowi jeszcze kiedyś coś strzelić. No chyba że baranka o ścianę...
Renifer rozpędzały się powoli niczym walec pod górę, ale w końcu i 
one zaskoczyły. Przeciwników w sensie, bo myśmy to już dawno 
przewidzieli. Żeby nie zanudzać: Grubski idealnym prostopadłym 
podaniem obsłużył Skarbka, a ten lekko przerzucił piłkę nad mierzącym 
metr dwanaście Mailanem.  

Jak wiadomo, rozpędzony walec bywa groźny. Biegające Renifery też. W 
76. min wyszły nawet na prowadzenie, po strzale głową Bronisza, ale 
dwie kontry Krasnoludów, w 80. i 87. min pokazały, kto tego dnia na 
boisku był lepszy.  

Bo poza nim bezapelacyjnie wygrała urocza fanka Reniferów, z którą 
zrobiliśmy sobie zdjęcie, a nawet dała nam potrzymać swoje... pompony.


### SKS Podleszcz - Pentagram Sola 1:0

Wiecie kiedy jest najciszej? Oczywiście - przed burzą. A burze będą, 
oj będą. Wielkie. Z piorunami i ulewnymi deszczami. Będą pożary i 
strugi wody z nieba. Jednocześnie. Nadejdą huragany i susza. 
Wieszczymy  koniec świata jest tuż tuż.  

W tym tygodniu nie wydarzyło się nic dziwnego. Nic. Nie stłukliśmy 
talerzy przy zmywaniu ani delikatnych części ciała przy jeżdżeniu na 
łyżwach. Niczego nie zepsuliśmy, nie straciliśmy. Nie chodziliśmy 
głodni, ani spragnieni. No nic, kompletnie. Ale my wiemy. I Wam 
powiemy: brak znaków to najważniejszy znak!  

Co do meczu natomiast, to w zasadzie była to gra do jednej bramki. 
Bez szkody dla widowiska sędzia mógł bowiem odgwizdać koniec meczu w 
30. minucie. Wtedy to bowiem Podleszcze strzeliły gola.  

Pamiętacie z ostatniej kolejki niejakiego Kissukwu? Tak, tego samego 
który niemiłosiernie wnerwiał obronę przeciwników, zabierając jej 
piłkę, a chwilę później kolegów z zespołu, marnując 200% okazje? 
Teraz też zmarnował trzy takie, trafiając w sytuacjach sam na sam 
kolejno w słupek, bramkarza i kolegę z zespołu.  

W końcu jednak w owej 30 minucie Kissukwu sprytnie zamienił się 
pozycjami z Moseiyo (to wersja oficjalna - naszym zdaniem po prostu 
nie zdążył się ustawić), który przejął bezpańską piłkę, podbiegł z 
nią parę metrów i odegrał naszemu ulubieńcowi, który w końcu uderzył 
tak, jak powinien był zrobić to już dawno. Czyli celnie. 1:0 dla 
Podleszczy i koniec meczu.  

Po co zawodnicy wybiegli na drugą połowę pozostanie ich słodką 
tajemnicą, bowiem w ciągu tych 45 minut oddali oni (uwaga!) JEDEN 
(słownie: 1) strzał. Zrobił to zespół gospodarzy, strącając tym 
uderzeniem operatora kamery (ponoć wykrzykiwał on, że Coutho psuje mu 
ujęcie).   

Strzeżcie się, albowiem wieszczymy: koniec świata nadchodzi!


### SKS Srebrny Róg - Kotwica Srebrny Róg 4:2

Wiecie ile ciekawych rzeczy można zrobić w ciągu półtorej godziny? Z 
tych bardziej przyziemnych: skopać kawałek ogródka, opalać się na 
plaży czy umyć podłogę w kuchni. Z tych mniej  zrobić latawiec czy 
polatać balonem. Z tych najwznioślejszych  opanowywać świat albo 
spowodować zagładę cywilizacji. Są jednak ludzie, którzy te 90 minut 
wolą poświęcić na bieganie w te i z powrotem po trawie, na 
powierzchni pobielanej wapnem i kopać coś, co z grubsza przypomina 
kulkę. Ale wiecie co jest najdziwniejsze? Więc jest takich, którzy 
płacą, by móc na to spojrzeć.  

Przyznajemy, że tego nie rozumiemy. Nie lubimy piłki nożnej, tak jak 
małe dzieci nie lubią szpinaku. No ale  nać klient naćpan jak 
powiadają, więc dla Was męczymy się oglądając niekompletnie ubrane 
męskie ciała na boisku i równie niekompletnie przyodziane kobiece na 
widowni. Swoją drogą  zgadnijcie, na co poświęcamy więcej czasu...
Wracając jednak do kwestii owych 90 minut. Załóżmy, że miałyby to być 
ostatnie minuty Waszego życia. Nie wierzymy, by ktokolwiek z Was 
chciałby owe ostatnie 90 minut życia spędzić na twardej ławce (albo 
stojąc) zdzierając sobie gardło i uważając, czy przez przypadek nie 
lecą w Waszą stronę fragmenty stadionowej infrastruktury. Śmiemy 
twierdzić, że owa rozrywka znalazłaby się gdzieś w ogonie. A mimo to 
stadion w Srebrnym Rogu był pełny.  

Pierwsza rzecz, która nas zaskoczyła i, nie bójmy się tego 
powiedzieć  zawiodła, było ustawienie Rożena w pomocy. Jak można tak 
traktować rasowego napastnika?!  

Mecz zaczęła Kotwica, bez żadnego respektu dla walczącego o 
utrzymanie SKS-u. W pierwszych 10 minutach przeprowadziła dwie BARDZO 
groźne akcje, niestety jej zawodnikom brakowało zimnej krwi. Wynik 
otworzył jednak Srebrny Róg, bramką z niczego. Wot, na 35. metrze 
Bronisz posłał Smoczyńskiego na deski, do piłki podszedł Moczygęba i 
uderzył tak, że sam się zdziwił, gdy piłka wpadła. No ale wpadła. Na 
szczęście na odpowiedź Kotwicy czekaliśmy tylko dwie minuty. Świetne 
podanie Mieleckiego wykorzystał Krancja i mieliśmy remis (i mecz 
zaczynaliśmy od początku, jak to mówi jeden z naszych ulubionych 
komentatorów).  

Kolejne bramki wisiały w powietrzu, tylko nie za bardzo było wiadomo 
dla kogo. Nie zawiodła nas Kotwica, która sprytnie rozegrała rzut 
wolny (dwa razy do tyłu). Gamoń dostał piłkę i jak przypier... 
strzelił tak i wpadła.  

Niestety, świetnie dysponowany był w tym dniu Smoczyński, który 
właściwie wygrał ten mecz w imieniu SKS-u. Najpierw znakomicie 
przyjął piłkę na długim słupku i wepchnął ją do bramki, a w 78. i 84. 
min podawał tak, że wystarczyło po prostu dostawić nogę.
Kotwica w drugiej połowie kompletnie się pogubiła. Dość powiedzieć, 
że nie oddała w jej trakcie żadnego strzału na bramkę rywali. A jak 
się nie strzela na bramkę to wiecie... Wanda kule nosi.  


###SKP Lwy Krez - Graybox Srebrny Róg 1:0

Jak znaczna część z Was wie mamy wakacje w związku z tym staramy się 
czas jakoś urozmaicać. A to partyjka golfa, polo lub innego krykieta 
z zaprzyjaźnionym szejkiem, a to szejk w zaprzyjaźnionej 
kawiarence... Coś nas jednak czasem podkusi, licho jakoweś się w nas 
odezwie i zabieramy się za zajęcia absolutnie i całkowicie 
niezajmujące, a mówiąc po naszemu  nudne. Razu pewnego zachciało nam 
się pojechać pociągiem. Ekspresem (promocja była). Mieliśmy jechać 
około godzinki. Wsiedliśmy... i półtorej godzinie staliśmy na 
peronie, bo coś się zepsuło.  

Przypomnieliśmy sobie o tym zdarzeniu mniej więcej pod koniec 
pierwszej połowy i zaczęliśmy snuć rozważania, co by to było, gdyby w 
owym feralnym pociągu jechali piłkarze Srebrnego Rogu na mecz w 
Krezie i wyszło nam, że uszczęśliwiliby w ten sposób kilka tysięcy 
ludzi. Wszak zamiast marnować półtorej godziny na stadionie, 
odczekaliby kwadrans, sędzia odgwizdałby walkowera, a ludzie mogliby 
wykorzystać zyskany w ten sposób czas np. na oglądanie telewizji. No 
cóż, marzenia to piękna rzecz, ale teraz musimy wrócić do 
rzeczywistości.  

Na boisku tak naprawdę działo się sporo. Najpierw na murawę wbiegła 
przerośnięta wiewiórka, która zaczęła dobierać się do orzeszków 
zawodników Krezu. Wiewiórkę pogoniła maskotka gospodarzy  
niedowidzący i ogólnie kulejący lew Ubuntu, a tego z kolei  
porządkowi. Na porządkowych zasadził się natomiast pewien fan 
ultraprzewiewnej odzieży, fason adamowy, który wzbudził całkowicie 
uzasadnioną wesołość (bo przecież nie zachwyt...) wśród kibiców.  

Piłkarze natomiast... No cóż  zdaje się, że byli. Zdaje się, 
ponieważ w ogólnym bałaganie raczej mało było ich widać. Istniała 
natomiast piłka, która sobie tylko znanym sposobem wtoczyła się do 
bramki Grayboxu w 13. min meczu. Tak naprawdę jednak nikt się tym nie 
przejął, a piłka korzystała z wolności i swobody, latając w różnych, 
losowo dobieranych kierunkach. Dość powiedzieć, że najcelniejszy 
strzał meczu strącił papierową czapeczkę z głowy kibica dwa rzędy za 
nami. A siedzieliśmy daleko. W dodatku na wysokości linii środkowej.


--   
Pozdro ziomy,  
PdD  

> **metadane**  
> autor: Czarnuch&Smok  (Michał Czarnecki i Przemysław Figiel)  
> opublikowano: 2006.08.17
> link: [LDKS](http://groups.yahoo.com/neo/groups/sarmacja/conversations/messages/137610)


