<?xml version="1.0" encoding="utf-8" ?>
<feed
 xml:base="https://wandystan.eu/"
 xml:lang="pl"
 xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom"
 xmlns:grddl='http://www.w3.org/2003/g/data-view#'
 xmlns:atomwiki="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/"
 grddl:transformation="https://wandystan.eu/varia/rdf/atom2rdf.xsl"
>
	<id>https://wandystan.eu/w/feed,NBN::PdD1.3</id>
	<title>PdD1.3</title>
	<updated>2018-03-30T23:20:13+02:00</updated>
	<category label="Nowa Biblioteka Narodowa" scheme="https://wandystan.eu/w/namespace/" term="NBN" />
	<link rel="self" href="/w/feed,NBN::PdD1.3" type="application/atom+xml" />
	<link rel="first" href="/w/feed,NBN::PdD1.3?page=0" type="application/atom+xml" />
	<link rel="alternate" href="/w/NBN::PdD1.3" type="text/html" />
	<icon>/favicon.ico</icon>
	<entry>
		<id>https://wandystan.eu/w/history,NBN::PdD1.3,1110</id>
		<title>PdD1.3</title>
		<updated>2018-03-30T23:20:13+02:00</updated>
		<author>
			<name>Konto systemowe</name>
			<uri>/B1000</uri>
		</author>
		<category label="Nowa Biblioteka Narodowa" scheme="https://wandystan.eu/w/namespace/" term="NBN" />
		<link rel="alternate" href="/w/history,NBN::PdD1.3,1110" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/revision-of" href="/w/NBN::PdD1.3" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/first-revision" href="/w/history,NBN::PdD1.3,1110" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/last-revision" href="/w/history,NBN::PdD1.3,1110" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/history" href="/w/history,NBN::PdD1.3" type="text/html" />
		<atomwiki:revision identifier="1110" deleted="no" initial="yes" significant="yes">automatycznie zaimportowano ze starego systemu</atomwiki:revision>
		<content type="xhtml">
			<div xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml"><h3>SKS Srebrny Róg - SS Zielnybor 4:1</h3>
<p>Ktoś nam powiedział, że to spotkanie jest meczem kolejki. I że na pewno
będzie stało na wysokim poziomie, bo lider gra z wiceliderem. A jeszcze to
są derby Teutonii, to już w ogóle wynik niepewny. Nie uwierzyliśmy
mu, tak
samo jak nie wierzyliśmy tabeli. SS Zielnybor na drugim miejscu
brzmiało jak
kiepski dowcip.
W Teutonii atmosfera kapitalna, przyznajemy to bez bicia. Koniec końców,
obchody rocznicy, a i mecz swoje zrobił. Na ulicy poczęstowano nas
bekonem.
Tak, za darmo. Aż ciężko uwierzyć. No ale pewnie nikt nas nie poznał.
No ale coś o meczu wypadałoby napisać. Więc może przedstawimy taktykę
Zielnyboru która była całkiem ciekawa. Otóż SS preferował utrzymawać się
przy piłce. Niestety, na swojej połowie. Zupełnie jakby myśleli, że za
to są
dodatkowe punkty. Początek meczu własnie tak wyglądał, Zielnybor trzymał
piłkę i wymieniał podania. SKS bacznie się przyglądał, by od czasu do
czasu
zaatkować. W końcu, w 26 minucie Lachman odebrał piłkę zaskoczonemu
Shamuelowi i pognał z nią na skrzydło. Dośrodkowanie w pole karne, gdzie
zupełnie nie pilnowany Moczygęba strzelił głową w okienko. Zielnyborzanie
przez kilka chwil się ostrząsali, ale w końcu przeprowadzili coś co mozna
nazwać akcją. Shamuel przetruchtał z piłką półboiska, wpadł w pole karne,
odegrał na bok do Hormisa a ten płaskim strzałem pokonał Cielenckiego. Hm,
no dobrze, ale gdzie byli gracze SKS? Naszym zdaniem trafili na
zakrzywienie
temporalne czasoprzestrzeni i trafili do innych wymiarów.
Po tej bramce gra się zaostrzyła, sędzia pokazał 3 żółte kartki za faule
taktyczne, a gracze obu drużyn jakby się zmobilizowali. Wreszcie, brzydki
faul Lazara i okazja dla SKS. Do piłki podszedł Moczygęba, uśmiechnął się
szelmowsko i strzelił. Piłka otarła się o obrońcę gości, czym kompletnie
został zmylony Yakub i wpadła do bramki.
Hm, można było się spodziewać że Zielnybor zaatakuje. Że w końcu są
derby i
tutaj można się postarać. Nic z tego, no ale jak atakować jeśli napastnicy
udają kiepskich clownów, którzy myślą, że jak się przewrócą to będzie
fajnie. SKS natomiast, z gracją mistrza wyprowadzał zabójcze kontrataki.
Najpierw w 58 minucie w polu karnym popisał się Lachman, lobując z 12
metra
źle ustawionego Yakuba, a pod koniec meczu Brożek ustalił wynik meczu
na 4:1
urywając się obrońcom i przerzucając piłkę obok bramkarza.
Miały być emocje, zacięty mecz i dużo bramek. Jeden na trzy to i tak
niezgorszy wynik, nie sądzicie?</p>
<h3>RTS Dynamo Czekany - FC Czarnolas 0:0</h3>
<p>Będziemy szczerzy. Uwielbiamy mecze, w których nie pada żadna bramka.
Dzięki
temu możemy się prawie dowolnie wyzłośliwiać nad oboma drużynami. Przez to
nikt nie posądzi nas o stronniczość.
W dodatku, co może Was dziwić, ten mecz nam się podobał. Może nie było
w nim
zbyt wielu goli, ale chyba po raz pierwszy zawodnicy obu zespołów
zostawili
na boisku nie tylko trochę śliny i potu, zabierając w zamian trochę
murawy,
ale serce. I za to, mówcie co chcecie, należą im się brawa.
Mecz, choć nie wynika to z wyniku był ciekawy, miejscami ciekawy nawet na
tyle, by oderwać nas od lektury poprzednich odsłon PdD. Nie żebyśmy byli
próżni... Zaczęło się banalnie: przywitanie kapitanów, wymiana
proporczyków
i rzut monetą. Później Koll odgwizdał początek meczu i dwudziestu dwóch
potężnie zbudowanych facetów ze wspaniale wyrzeźbioną muskulaturą rysującą
się wyraźnie pod obcisłymi koszulkami rozpoczęło mecz.
Sporo szybkich akcji cieszyło oko. Drużyny grały otwarcie, ale obrony obu
zespołów spisywały się doskonale. Precyzyjne prostopadłe podania były
przechwytywane przez defensorów, a wrzutkami w pole karne zajmowali się
bramkarze. Spowodowało to, że do tej pory skuteczne formacje ofensywne obu
zespołów nie miały wiele do powiedzenia. Gra była twarda, momentami nawet
brutalna. Po przypadkowym zagraniu z podejrzeniem złamania trzech żeber,
boisko opuścił Morrison, a zmienił go Athlone.
Jak do tej pory nasza relacja to typowe lanie wody, więc aby nie być
gołosłownym wybraliśmy dla Was po jednej akcji każdej z drużyn.
Zacznijmy od
gospodarzy. Zaczyna Calbhach, do Burkego, ten do Lyncha, Lynch na
krótko do
Burkego, wrzutka do Dermota, strzał i świetna interwencja Pottsa. To się
podobno nazywa relacja radiowa. A teraz cofniemy trochę akcję, aby móc ją
dokładniej zanalizować.
Najpierw Calbhach, o proszę tu zatrzymać. Widzicie? W środku tworzy się
luka, pomoc Czarnolasu ustawia się za wysoko i sama prowokuje
niebezpieczne
sytuacje. O proszę: tu jeden, drugi. Do nich wszystkich może iść podanie.
Proszę dalej. O stop, stop. Teraz Burke ma piłkę, zauważcie: ściągnął na
siebie dwóch przeciwników i za chwilę położy ich zwodem. Tak, to
właśnie ten
moment. I tu proszę, jaki ma Burke pas startowy, niemal do samej
bramki. Ale
on pomyślał, widać, że to myślący chłopak. Nie pchał się na chama, podał
koledze. Lynch też jak widać nie w ciemię bity, najwyżej pasem jak był
niegrzeczny. Taki żarcik. No, obiegnięcie i to podanie Burkego, proszę
zwrócić uwagę jak w tempo on to zrobił.
W ogóle to ciekawa postać, ten Burke. Przystojniak z niego taki, się musi
wszystkim podobać. I to mu pomaga na boisku. W szatni pewnie też. To widać
zresztą, spójrzcie jak biega. Tak, wracając do akcji: Lynch miał tylko po
tym podaniu dostawić nogę. A on nadstawił głowę i cudem skierował piłkę w
bramkę. No i tu już nieważne, interwencja Pottsa.
Tak. Wiemy, że mieliśmy przeanalizować dwie sytuacje. Ale aż się palimy,
żeby przejść do następnych meczów, mając nadzieję, ze są równie ciekawe. A
zresztą, kto by tyle czytał?</p>
<h3>Kotwica Srebrny Róg - KS Orzel Czekany 2:2</h3>
<p>Czego się spodziewaliśmy? Po Kotwicy się można było dotychczas
spodziewać
wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że nie przegrają spotkania. No ale
przed meczem strzelec jedynego jak dotąd gola dla Kotwiczan, Radosław
Rożen,
powiedział że nie odpuszczą, postarają się pokazać, że nie są gorsi od
innych druzyn ze stolicy Teutonii. Lubimy Rożena, ale pokiwaliśmy
głowami i
poszliśmy dalej. A tak przy okazji, tutaj znowu nas częstowali
bekonem. Skąd
oni wiedzą, że lubimy bekon? No, nieważne, w każdym razie nie tak
ważne jak
mecz.
Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Coś niesamowitego. Kotwica od
pierwszych minut ruszyła twardo do natarcia. Co prawda, nie wychodziło
im to
za dobrze, wiele razy mijali się z piłką, zamiast dokładnych podań były
niedokładne wybicia, ale to szczegóły. Nie będziemy się czepiać, zwłaszcza
że chłopaki poczuły wyraźnie bluesa. Gracze Orła sprawiali wrażenie równie
zaskoczonych jak my. Powiedzielibyśmy że byli wręcz zakłopotani, tak jakby
niechcący pierdnęli w towarzystwie.
W 6 minucie Kozłowski nieatakowany ściągnął koszulkę, za co otrzymał
żółtą
kartkę. Po meczu tłumaczył się, że oblazły go mrówki, których jednakże nie
odnaleziono. W 34 minucie szczęscie uśmiechnęło się do Teutończyków.
Spaniały zauważył że obrońcy kiepsko pilnują Gamonia i posłał mu dalekie,
kilkudziesięciometrowe podanie. Gamoń sprytnie ominął spalonego,
dobiegł do
piłki i tuż przy linii pola karnego uderzył pewnie tuż obok słupka.
Gracze Orła długo nie czekali z odpowiedzią - strzał życia udał się
Dzikiemu, piłka z 30 metrów wpada tuż pod poprzeczką.
Po początkowym szoku, gracze z Czekan zaczęli coś grać i mecz nam się
wyrównał, choć i tak przewagę miała już do końca Kotwica. Nic z tej
przewagi
jednak nie wynikało, gdyż obie drużyny seryjnie marnowały dobre okazje. Po
którejś z takich akcji piłka wyszła na rzut rożny dla Kotwicy. My
wiemy, że
w takiej sytuacji jednego z zawodników teutońskich nie wolno zostawić.
Gracze Orła też wiedzieli, ale nieco inaczej i wszyscy kryli jednego
zawodnika. Dośrodkowanie Zaworskiego i zupełnie czysty Rożen zdobywa
kolejnego gola uderzając szczupakiem.
Srebrnoroażanie byli zadowoleni z prowadzenia i skupili się na grze
obronnej. Minimalizm się jednak mści i w 79 minucie rzut rożny dla Orła.
Wrzutka Drozdowskiego, piłka spada pod nogi Dzikiemu a ten takich
okazji nie
marnuje. Było 2:2, a do końca obie drużyny już dotruchtały.
Mecz wyrównany, mecz zacięty. Żadna jednak wielka piłka. Z takim graniem
to kiepsko będzie z utrzymaniem.</p>
<h3>Graybox Srebrny Róg - FC Zielnybor 1:1</h3>
<p>Ten mecz także nam się podobał. I bynajmniej nie dlatego, że nie był to
trzeci mecz w którym Graybox wygrywa fartem.
Nie wiemy jak Wy, ale my lubimy oglądać dobrą piłkę. Dobrą to znaczy taką,
która jest odpowiednio napompowana i pomalowana. Preferujemy barwy
żarówiaste: jasnozielony czy jaskrawożółty. Pomarańczowy kojarzy nam się
natomiast z zabawą podkładami kolejowymi tudzież pracownikami strefy
płatnego postoju. Niestety, gospodarze nie wysilili się, aby dostarczyć
fubolówkę w jednym z tych gustownych kolorów. Za to mają u nas kolejnego
minusa. Z tych Grayboksowych minusów kiedyś zbudujemy sobie płotek.
Obiecujemy.
A teraz do meczu. Graybox, niestety, przeważał. Ba! Wydaje nam się, że
gdyby
Zielnyborzanie cichaczem opuścili boisko, nikt by tego nie zauważył.
Zawodnicy Srebrnego Rogu długo utrzymywali się przy piłce, grali nią w
dziada i robili różne inne, nieprzyzwoite rzeczy. Zdarzyło się nawet, że
oddali jakiś strzał na bramkę Buczki, a później to powtórzyli. To wszystko
jest jednak nieważne. Ważne jest to, co zdarzyło się w 30. min. Wtedy to
właśnie Leniwy, brutalnie ingerując we wspomnianego wcześniej dziada,
odebrał Grayboksowi piłkę i popędził z nią na ich bramkę. Rozległy się
okrzyki Srebrnorożan w rodzaju: "ej, oddaj to!" i "poskarżę się
prezesowi!",
a część z nich rzuciła się w pogoń za szarżującym Leniwym. Ten przebiegł
kilkadziesiąt metrów i fantastycznie wypuścił swojego partnera z obrony
(wtedy ataku) - Wachowskiego. Wachowski zszedł na skrzydło, zacentrował a
Chojeński przepięknym szczupakiem zdobył bramkę.
Po zdobyciu bramki, Zielnybor cofnął się nieco, stosując aktywny pressing
całej drużyny. Skutkiem tego było bardzo dużo strat po stronie Grayboksu,
który nie był już w stanie, do końca pierwszej połowy, przeprowadzić
żadnej
składnej akcji. Efekt uboczny takiej taktyki to żółta kartka dla
Żurawskiego, a po przerwie - Chytrego.
W ogóle, w drugiej połowie nieco więcej się działo. Graybox atakował, a
Zielnybor - kontrował. Przypominał trochę przyczajoną kobrę, która co
jakiś
czas próbuje uderzyć. Niestety, okazało się, że Graybox przypomina
hipopotama, którego chroni twarda skóra - bramkarz. Zresztą, skojarzenie z
tym sympatycznym skądinąd zwierzątkiem nie jest przypadkowe. Nie, nie
dlatego, że jest ociężały, powolny i nie widzi dalej niż na kilka
metrów. Po
prostu również jest szary.
Niewykorzystane sytuację się mszczą. Pewnie gdyby nikt nie wymyślił tego
powiedzenia, Zielnybor ten mecz by wygrał. A tak, fatum, siła wyższa
spowodowały, że nie wiadomo skąd, deus ex machina, w polu karnym
Zielnyboru
wyrósł niekryty Cierzniak. Zauważył go (jakim cudem?!) Kowalczyk i
obsłużył
celnym (byliśmy w szoku) podaniem. Cierzniak zamknął oczy i uderzył z
czuba.
Piłka poszła dokładnie w okienko, nie dając szans Buczce.
Graybox do końca starał się strzelić zwycięską bramkę, ale Zielnybor
ładnie
się bronił i groźnie kontratakował. Niestety, wynik nie uległ już zmianie.</p>
<h3>KKS Zamek Grodzisk - FKK Rantiochskie Krasnoludy 2:0</h3>
<p>Nie oszukujmy się, bardzo słaby mecz. Bardzo bardzo słaby mecz. Zupełnie
nie wiemy co się stało z Kransoludami, które przypominały w tym spotkaniu
raczej skrzaciki.
Pierwszą połowę możemy podsumować tak: "aaaaaaaaaarghhhh, powiem wszystko
tylko nie każcie mi tego oglądać aaaa". Naprawdę, muszę powiedzieć że
czytaliśmy skład piwa grodzkiego, który wydawał nam się ciekawszy. Hm,
a czy
Wy wiedzieliście ile toto ma w sobie słodu?! Nas to bardzo zaskoczyło i
czujemy się oszukani. W zasadzie to samo możemy powiedzieć o meczu.
Nie tego
się spodziewaliśmy, przecież miał być to pojedynek drużyn grających z
sercem, walecznych, nieustępliwych. No a tu takie coś. Przykre.
W drugiej połowie zmieniła się jedna rzecz, krasnoludy zaczęły robić
fatalne pomyłki w obronie. Mieli szczęście że Grodziszczanie nie
umieli ich
wykorzystać.
Na trubnach za to było całkiem wesoło, krasnoludy rzucały w siebie
toporami, które z radosnym brzękiem odbijały się od połyskujących w słońcu
kolczug. Nawet chcieliśmy się przyłączyć, tylko że w ostatniej chwili
przypomnieliśmy że żadnej zbroi nie mamy. Szkoda, tak bardzo chcieliśmy
spróbować...
GOL!!! - Ten okrzyk wyrwał nas z zadumań o kolczugach. Jak się okazało
wreszcie ktoś pomyślał że krasnoludy mogą mieć problemy z przeskoczeniem
rosłych zawodników grodziskich i bramkę głową właśnie zdobył
Stanislawski. I
gdy wydawało się, że w tych oto wesołych nastrojach opuścimy stadion,
gdy w
87 minucie Saxholm minął się z piłką, dopadł do niej Łukasiewicz i
podwyższył wynik na 2:0.
Koniec. Dawno się tak nie cieszyliśmy. Naprawdę. To tak jakby... jakby...
jakby... nie no, tego się nie da porównać, nigdy się tak nie
cieszyliśmy jak
wtedy gdy opuszczaliśmy stadion.</p>
<h3>KS Renifery Sola - Rotor Precelkhanda 2:2</h3>
<p>Powiedzmy to sobie szczerze: jeden z najlepszych meczów. Od dziś lubimy
remisy.
Na pierwszą połowę Renifery wyszły z nastawieniem, że szybko rozszarpią
przeciwnika na strzępy. Już od pierwszych minut zdominowały mecz, każdy z
nich biegał za dwóch. Z niedowierzaniem liczyliśmy zawodników na boisku.
Wydawało się, że w Soli gra ich co najmniej dwudziestu, natomiast w
Rotorze - najwyżej pięciu. Ku naszemu zdziwieniu, wszystko się zgadzało.
Tak, to niewątpliwie nie było wyrównane 45 minut. Tam nie było nawet
pięciu
wyrównanych. Renifery z furią atakowały, a zawodnicy Precelkhandy ze
strachem w oczach, wybijali piłkę daleko od własnej bramki. Jeśli nie
udało
się wybić - bez pardonu równali rywali z glebą. Efektem były kartki dla
Emila i Manucica.
Hokejowy styl gry nie przyniósł jednak Rotorowi powodzenia. Solibieda
zagrał
prostopadle do Lubomirskiego, źle ustawiony spalony i Lubomirski
wykorzystał
sytuację sam na sam z Bejanaru.
Po tym golu, Rotor jakby się przecknął. Zamiast wybijać futbolówkę na
oślep,
zaczęła ona krążyć między nogami poszczególnych zawodników, co przyniosło
skutek w postaci aż trzech strzałów. W zasadzie wyrównało to tę część
statystyki. Rosiewicz był jednak w pierwszej połowie niepokonany.
Na drugie 45 minut kilka Reniferów wyszło lekko się zataczając. Bardziej
złośliwi mówili, że chłopcy już zaczęli opijać sukces, mniej - że tunel z
szatni na boisko jest za długi i że po prostu się zmęczyli. My natomiast
zastanawialiśmy się, ile jeszcze Sola zdobędzie bramek. Typowaliśmy od
trzech do pięciu. A tu tylna_część_ciała blada. A my bardzo nie lubimy się
mylić. Oj bardzo. Przy Rotorze stawiamy grubą krechę.
Druga połowa wyglądała dokładnie odwrotnie niż pierwsza. Renifery się w
panice cofnęły, natomiast Rotor atakował, wychodząc ze słusznego
założenia,
że i tak nie mają niczego do stracenia. U nas na prowincji mówi się
czasem:
"Nie pękaj". Precelkhanda, która rozpadła się na kawałeczki w pierwszej
połowie, teraz jakoś się pozbierała. Natomiast Renifery były, delikatnie
mówiąc, w drzazgach. Albo wiórkach. Kokosowych. Nie zazdrościliśmy w tym
momencie trenerowi Soli. Wyobrażacie sobie, jak ciężko jest z paczki
wiórków
złożyć sprawnie działający kokos?
Renifery, tak jak wcześniej Rotor, imały się wszystkich sposobów, by
powstrzymać przeciwników. Efektem są aż trzy żółte kartki. Dwie z nich
otrzymali napastnicy i to bynajmniej nie za faule ofensywne. Bramki przez
cały czas wisiały w powietrzu (na specjalnych dźwigach). W końcu jednak
Rotor sprytnie rozegrał rzut wolny, a ładnym strzałem popisał się Dinica.
Trzy minuty później głupia strata w środku pola kosztowała Renifery utratę
prowadzenia. W 80. minucie błąd Szarmacha i podanie Dinica wykorzystał
Simina.
Rotor cofnął się trochę, robiąc Soli nieco miejsca. Jednak Renifery jakby
bały się piłki, rozgrywały ją krótko, głównie do tyłu i bez wiary w
sukces.
W końcu jednak trafiła ona do Bukowskiego. Ten, zdenerwowany
nieporadnością
swoją i zespołu, zdecydował się na uderzenie z dystansu i to był chyba
strzał jego życia. Piłka zatrzepotała w siatce, a rozczarowanie Rotora
było
wręcz namacalne. Renifery znów przycisnęły, Precelkhanda kontrowała,
ale nic
im z tego nie wyszło.
Ten mecz był jak dobry film: mnóstwo zwrotów akcji, emocje do końca i
satysfakcjonujący finał. Inni mogliby się z tego spotkania wiele nauczyć,
ale my nie. Przecież jesteśmy genialni i wiemy już wszystko.</p>
<h3>SKS Wandea - SKS Podleszcz 3:0</h3>
<p>SKS Podleszcz... co to takiego? Ano nikt inny jak Sieroty z Morveanu,
najsłabszy zespół ligi, który postanowił "wraz z nową nazwą przyjdzie nowa
jakość". No cóż, może mieli dobre zamiary.
Ale co nasze oczy widzą? Oto i sędzia Donald Scott, powraca w glorii i
chwale. Zamiast monetą rzucał banknotem stulibertowym. To
prawdopodobnie był
jakiś gest, może symbol ale za cholerę nie wiemy co oznaczał. Wszelkie
pomysły proszę na adres redakcji posłać.
Już na samym początku Vlasov poślizgnął się na śliskiej trawie [przed
meczem nad stadionem przeszła burza], Scott przerwał grę i żółtą kartką
ukarał zdziwonego Inoussę. Kilka minut później za zagranie ręką w środku
boiska tenże kartonik otrzymał Tinubu. A na boisku wiało nudą. Sieroty z
Podleszcza grały to samo co ostatnio czyli nic. Wandea natomiast nie
kwapiła
się jakoś do huraganowych ataków widząc bezradność przeciwnika. Już w 14
minucie po świetnie rozegranym rzucie wolnym [sam rzut wolny był z
powietrza, no ale...] Chubarov wyprowadził Wandejczyków na prowadzenie.
Kilka minut później nieporadne Sieroty w niegroźnej sytuacji wybiły piłkę
na korner. Fatalnie jednak ustawiły krycie i Krivolov nie miał
najmniejszych
problemów by pokonać Maiyeguna . I tak jak się niestety obawialiśmy, mecz
sie skończył pod prawie każdym względem. Prawie, bo oto Chubarov uderza w
twarz łokciem Maiyeguna. Donald jednak nie ma chyba innych kartek, bo
ukazuje żółć Wandejczykowi.
Przemilczmy resztę meczu, która wyglądała mniej więcej tak - kop,
kop, kop,
kop, kop, aut/róg/aut bramkowy. Strzałów to chyba jeszcze nie wynaleźli,
zwłaszcza gracze Podleszcza. Sytuacja z 63 minuty nie daje nam spokoju</p>
<ul>
<li>oto
Wait przebiega całe boisko, kiwa obrońców - stadion milknie gdy pada
skoszony w polu karnym. Czyżby wreszcie bramka dla Sierot? Nie, nie takie
numery z sędzią Scottem - każe podnieśc się napastnikowi z murawy i nie
udawać. Hm, może udawał, że mu nie połamali nóg?
Wkrótce jednak przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie gdyż
zamieszanie w
polu karnym wykorzystal Krivolov i podwyższył na 3:0.
Mecz był podręcznikowym przykładem na to co robić żeby kibice zaczęli
wychodzić po upływie dwóch kwadransów. Do końca wytrwało tylko 3
najwierniejszych kibiców wandzkich. Gratulujemy wytrwałości i hartu ducha.
Naprawdę.</li>
</ul>
<h3>Pentagram Sola - SKP Lwy Krez 4:1</h3>
<p>Oto przed Wami ostatni mecz trzeciej kolejki. Zapewniamy, że będzie on jak
wisienka zdobiąca smakowity deser. Mówienie, że deser był miejscami mało
smakowity byłoby zwykłym czepialstwem, a w dodatku wisienka jest
przyjemnie
zaczerwieniona i pozbawiona robaków.
Mecz zaczął Krez i szybko zaliczył pierwszą żółtą kartkę za próbę
wymuszenia
rzutu karnego w drugiej minucie spotkania. Pięć minut później było już
jeden
zero. Podanie Dzikiego przeciął Betz i wybił piłkę na rzut rożny. Korner
ostro bił Wachowski, obrona Soli nieco się pogubiła, piłkę przejął
Cierzniak
i huknął pod poprzeczkę.
Sola rozkręcała się powoli, a Krez w tym samym tempie zwalniał. Pentagram
zaczął grać agresywnym pressingiem w obronie, czego skutkiem była kontuzja
Dombrowskiego i żółta kartka Mehnerta. Skuteczny odbiór umożliwił
wyprowadzanie groźnych ataków. Najpierw formę Chujeby sprawdził
Hellmold, a
chwilę później strzałem z dystansu pokonał go Gerber. Do końca pierwszej
połowy nic się już nie wydarzyło.
Wydaje nam się, że ta relacja robi się drętwa. To nie nasza wina. Jest
późno, jesteśmy zmęczeni i w ogóle ciśnienie chyba spada. W dodatku mamy
pewien problem z latawcem. Otóż nie wiemy, jaki wybrać sposób łączenia
dwóch
okrągłych listewek, o fi=4 milimetry każda. I to, nie ukrywamy, wpływa
ujemnie na nasze samopoczucie i powoduje, że mniej myślimy o meczach.
A no właśnie. My tu gadamy (żeby nie powiedzieć, że solimy) nie wiadomo o
czym, a tam zawodnicy prężą się dzielnie. 48. minuta i znów gol, i
znów dla
Pentagramu. Prawym skrzydłem przedarł się Mehnert, doszedł do linii
końcowej, wzdłuż niej podbiegł do słupka bramki Krezu i gdy wszyscy
myśleli,
że zapakuje ją w iście hokejowym stylu, ewentualnie zrobi efektowny wsad,
ten jak gdyby nigdy nic odegrał do nadbiegającego Hessera i, no cóż, dwa
jeden.
Sola nie zwalniała. 52. minuta szarża Hessera w polu karnym, faul
Krasnala i
sam poszkodowany skutecznie wykonał jedenastkę. Pentagram grał z fantazją,
zawodnicy Krezu wyglądali jak swoje własne cienie, upiory snujące się po
boisku i próbujące straszyć tych i owych.
Krez został dobity przez duet Mehnert-Hesser. Pierwszy wspaniale podał za
plecy obrońców Lwów, a drugi nie miał problemów z pokonaniem Chujeby i
zaliczeniem pierwszego hat-tricka w SLP. Brawa dla obu.
Cóż można rzec? Krez został kompletnie rozbity, starty w puch,
zanihilowany.
Przegrał w zupełnie niekrólewskim stylu. Za to Pentagram... No, no. Był to
ich chyba najlepszy mecz w tym sezonie. A jeżeli nie i miałyby być lepsze,
to... klękajcie narody!</p>
<p>--<br />
Pozdrawiamy,<br />
Redkacja Piłki do Drewna.  </p>
<blockquote>
<p><strong>metadane</strong><br />
autor: Rittermeister&amp;Smok  (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)<br />
opublikowano: 2006.06.30
link: <a href="http://groups.yahoo.com/neo/groups/sarmacja/conversations/messages/135423" rel="external">LDKS</a></p>
</blockquote></div>
		</content>
	</entry>
</feed>
