<?xml version="1.0" encoding="utf-8" ?>
<feed
 xml:base="https://wandystan.eu/"
 xml:lang="pl"
 xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom"
 xmlns:grddl='http://www.w3.org/2003/g/data-view#'
 xmlns:atomwiki="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/"
 grddl:transformation="https://wandystan.eu/varia/rdf/atom2rdf.xsl"
>
	<id>https://wandystan.eu/w/feed,NBN::PdD1.4</id>
	<title>PdD1.4</title>
	<updated>2018-03-30T23:20:13+02:00</updated>
	<category label="Nowa Biblioteka Narodowa" scheme="https://wandystan.eu/w/namespace/" term="NBN" />
	<link rel="self" href="/w/feed,NBN::PdD1.4" type="application/atom+xml" />
	<link rel="first" href="/w/feed,NBN::PdD1.4?page=0" type="application/atom+xml" />
	<link rel="alternate" href="/w/NBN::PdD1.4" type="text/html" />
	<icon>/favicon.ico</icon>
	<entry>
		<id>https://wandystan.eu/w/history,NBN::PdD1.4,1113</id>
		<title>PdD1.4</title>
		<updated>2018-03-30T23:20:13+02:00</updated>
		<author>
			<name>Konto systemowe</name>
			<uri>/B1000</uri>
		</author>
		<category label="Nowa Biblioteka Narodowa" scheme="https://wandystan.eu/w/namespace/" term="NBN" />
		<link rel="alternate" href="/w/history,NBN::PdD1.4,1113" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/revision-of" href="/w/NBN::PdD1.4" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/first-revision" href="/w/history,NBN::PdD1.4,1113" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/last-revision" href="/w/history,NBN::PdD1.4,1113" type="text/html" />
		<link rel="https://wandystan.eu/ns/atomwiki/history" href="/w/history,NBN::PdD1.4" type="text/html" />
		<atomwiki:revision identifier="1113" deleted="no" initial="yes" significant="yes">automatycznie zaimportowano ze starego systemu</atomwiki:revision>
		<content type="xhtml">
			<div xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml"><h3>SKS Srebrny Róg - KS Wandea 2:2</h3>
<p>Na pewno czytaliście krążący po Sieci poradnik dla nowicjuszy na siłowni.
Punkt pierwszy mówi, że należy wybrać największego kafara na sali i dać mu w
mordę. I modlić się, żeby nie wstał. A to po to, by pokazać, że nie damy się
zastraszyć i ogólnie, kto tu rządzi (mówię oczywiście o dawaniu w mordę,
modlitwa jest opcjonalna, jak poduszki powietrzne w samochodach
niskobudżetowych i podobnie nieznacznie zwiększa szansę przeżycia przy
uderzeniu). W zasadzie porada ta w naszym przypadku okazała się skuteczna
(złamana szczęka to wszak nie tak wiele) i oczekiwaliśmy, że Wandea
zastosuje zagrywkę w podobnym stylu, bo przecież większy kafar jej się
raczej nie trafi.
Tymczasem Wandowie dali się ponieść emocjom, konkretnie instynktowi
samozachowawczemu i wyszli na mecz wystraszeni, biegając półgębkiem i
ogólnie symulując nieobecność. O dziwo, Srebrnorożanie dali się nabrać i
grali tak, jakby byli na treningu. Co jakiś czas dostawali jednak ciosy z
nikąd. W 7. minucie, jak diabeł z pudełka, zza kępy trawy wyskoczył Dasaev i
brutalnie skosił Męczywora, za co trzymał żółtą kartkę. Wykrycie
przeciwników w obrębie boiska nieco rozruszało Srebrny Róg. Chłopcy
postanowili postrzelać na bramkę. W 13. minucie nadarzyła się wreszcie
okazja. Kolejny partyzancki faul tym razem Tsarova spowodował, że sędzia
podyktował rzut wolny. Moczygęba ładnie wrzucił piłkę w pole karne, a tam
Polański po prostu dostawił nogę.
Po golu połowa SKS-u potruchtała w stronę trybun, rozdawać autografy,
pozostali bawili się piłką. Wandowie cały czas usypiali wroga swoją
nieobecnością. W takiej atmosferze upłynęła pierwsza połowa. O,
przepraszamy, zapomnielibyśmy! Wandea oddała jeden strzał na bramkę
Srebrnego Rogu, po tym jak przyczajony w trawie Krivolov wyskoczył znienacka
(pszczoła go ugryzła), a odbita od niego piłka trafiła wprost w
Cielenckiego.
W drugiej połowie w Wandach obudził się duch Rewolucji. Wyszli na boisko z
nożami (plastykowymi) w zębach, maskującym kamuflażu, gałązkach we włosach i
z pieśnią na ustach. Teutończycy wyraźnie zbledli i nerwowo przełykali
ślinę. W tym miejscu chcielibyśmy zdementować pogłoski, że Wandowie na
treningach poznają tajniki sztuki zabijania gołymi rękami. Chcielibyśmy, ale
nie możemy, bo nie mamy na ten temat żadnych informacji.
Tak jak się spodziewaliśmy, Wandea w drugiej połowie była kapitalna. Te
kiwki, te zwody, ach! No dobra, żartujemy. To zawodnicy Srebrnego Rogu mieli
nogi jak z ołowiu. Betonowe buciki można rzec. To spowodowało, że 57.
minucie Wandea właściwie bez wysiłku podeszła pod pole karne SKS-u. Strzał z
dystansu Vlasova obronił Cielencki, ale wobec bezbłednie wykonanego rogu
Dasaeva i strzału Rukhadze był już bezradny.
W 62 minucie SKS w końcu włączył się do gry, czego zwiastunem był strzał
Kołaczkowskiego. Trzy minuty później strzałem z dystansu piłkę w siatce
umieścił Brożek.
Wandea nie pozostała dłużna i minutę później przeprowadziła akcję, będącą
kopią pierwszej bramki. I w ten sposób uzyskała wyrównanie, które utrzymało
się już do końca, pomimo ataków tak jednych, jak i drugich.</p>
<h3>Kotwica Srebrny Róg - Graybox Srebrny Róg 1:1</h3>
<p>Czasem w życiu nadchodzą wydarzenia, których za cholerę się nie rozumie.
Normalnie się to zostawia i przemyśliwuje nad tym w wolnej chwili. My nie
mogliśmy bo przecież musieliśmy Wam opisać to spotkanie.
Do rzeczy, jak rzecze nasz znajomy szatniarz. Obie drużyny grały wcale
niezłą piłkę. Były akcje, były ładne zagrania w defensywie, były samotne
rajdy po skrzydle, były dokładne [nawet, nawet] podania. To o co nam chodzi?
Heh, wyobraźcie sobie taką sytuację. Młody pacyfista spotyka niedowidzącego
weterana z 'Namu. I takim oto ich spotkaniem był właśnie ten mecz.
Młodzieńcem była Kotwica, która grała szybko, z werwą i nie oszczędzała sił.
Tylko że co z tego, skoro pacyfista nie strzela? Kilkakrotnie byliśmy
świadkami sytuacji gdy napastnicy Kotwicy pięknie przedzierając się przez
zasieki obronne Szarych Pudełek stawali przed bramkarzem i pozwalali sobie
zabierać piłkę. Inna rzecz była z Grayboxem. Weteran jak to weteran - grali
mądrze, szanowali piłkę, atakiem pozycyjnym starali się rozbić rywala. I
kilkakrotnie im się to udało, ale jako że weteran niedowidział to fatalnie
pudłowali w nieprawdopodobnych okolicznościach, nawet z rzutu karnego.
Śmiemy twierdzić, że obie drużyny mogły zdobyć w tym meczu z 5 bramek.
W tym miejscu nasza logika się nieco załamuje, bo oto w 77 minucie ślepy
weteran zdobył bramkę z 47 metrów strzałem, którego się nie da opisać.
Trzeba było tam być, Kuciapa huknął, piłka poleciała w górę... i zaczęła
spadać. Spadła prosto w okienko bramki Kotwicy. Bramkarz starał się ją
piąstkować, ale na staraniach się skończyło. Stadion umilkł.
Jednakże wiadomo, że drażnienie pacyfistów źle się kończy. I oto piękne
podanie na dobieg do Rożena, ten dopada do piłki i z zimną krwią pokonuje
Kucharska.
Do końca spotkania rezultat zmianie nie uległ, ale my byliśmy i tak pod
wrażeniem. Pal licho sam mecz, [mimo że w zasadzie był bardzo dobry] ale to
że bramki zadały kłam temu co oba zespoły prezentowały podczas całego
pojedynku jest co najmniej zastanawiające.
Aha, morał by się jeszcze przydał. Weterani powinni być pacyfistami, a
młodzi iść do wojska. Tak, myślimy że to by było niezłe.</p>
<h3>RTS Dynamo Czekany - SS Zielnybor 4:1</h3>
<p>Nie mamy pomysłu na relację z tego meczu. Przeraża nas konieczność opisania
aż pięciu bramek. Tym bardziej, że naszym zdaniem nie są one warte
opisywania (przynajmniej nie wszystkie). W dodatku zachodzimy w głowę, jakim
cudem Zielnybor, najnudniejszy zespół ligi, mając taką przewagę na boisku,
przegrał w takim stylu. Z drugiej strony, zastanawiamy się, jak Dynamo może
grać (i wygrywać) grając praktycznie bez drugiej linii. Bo trzech zawodników
przeciwko pięciu Zielnyboru to, no cóż... Nieco za mało.
Goście grali typową, krótką piłką, długo rozgrywając atak pozycyjny. Jest
tylko jeden problem: nikt im nie powiedział, jak to się robi. A właściwie
powiedział tylko w połowie. Grę na swojej części mają bowiem obcykaną
całkiem nieźle, ale gdy przychodzi przenieść się pod pole karne
przeciwnika... Żal patrzeć.
Gospodarze z kolei liczyli na kontry, przechwyty w ataku (trzech
napastników) i długie piłki na dobieg. W 25. min ich taktyka przyniosła
efekty. Crane zagrał ponad trzydziestometrowe podanie na skrzydło, tam
dopadł do niej Hegarty i zagrał na nogę Dermota, który zapakował futbolówkę
strzałem po ziemi.
Teraz chwila dla naszego sponsora. Otóż nie ma takowego. Piszemy dla Was
całkowicie charytatywnie, tylko po to byście mogli dowiedzieć się, co tak
naprawdę dzieje się na boiskach. Wszelkie oświadczenia różnych klubów są,
oczywiście stronnicze. Tylko mu oferujemy bezstronne złośliwości na
najwyższym poziomie. Dziękujemy za uwagę.
Przenieśmy się nieco w czasie, do 50. minuty. Wtedy to po raz kolejny, tym
razem głową, Yakuba pokonał Dermot.
Dynamo było na fali, grało z dużą lekkością, podczas gdy Zielnybor zupełnie
się zagubił. Nadal próbował grać swoje, ale prostopadłe podania na Rhawiego,
jedynego napastnika, były albo niecelne, albo przechwytywane. 8 minut po
pierwszej bramce, Ninevah podał (nie bójmy się tego słowa) do Shea, ten
wypuścił uciekającego Burke'a, który przeskoczył z piłką nad rozpaczliwie
interweniującym Yakubem, podrzucił sobie futbolówkę i strącił głową do
pustej bramki. Zielnybor ośmieszony.
Dziesięciu minut potrzebowały Czekany żeby strzelić czwartą bramkę. Znów
długie podanie, tym razem Crane'a, sędzia dobrze zauważył, że Kha opierał
się w wyskoku o Tetznera i wskazał na jedenasty metr. Karnego wyegzekwował
Athlone.
W 90. minucie padła bramka-kuriozum dla Zielnyboru. Yakub wykonywał rzut
bramkowy, podał krótko do Kha, a ten, widząc, że Rosslare jest odwrócony
tyłem (podobno komórka mu dzwoniła) strzelił... i trafił. I premia za czyste
konto dla bramkarza poszła się... kochać.</p>
<h3>KS Orzel Czekany - Pentagram Sola 1:3</h3>
<p>Ten mecz zapowiadał się wielce interesująco. Pentagram w ostatnim swoim
spotkaniu pokazał na co go stać prezentując, przyznajmy, całkiem przyjemną
dla oka grę. Orzeł natomiast musiał zacząć wreszcie wygrywać - środek
ligowej tabeli nie jest szczytem marzeń ani prezesa klubu ani kibiców.
Początek spotkania i dość pasywna gra obu zespołów. Już w 3 minucie za
brzydki faul kartką ukarany został Eckel. Stopniowo jednak rosła przewaga
gości, którzy zaczęli dominować zarówno w środku pola jak i na skrzydłach.
Orzel staral się ogryzać kontratakami ale albo fatalnie pudłował Dziki, albo
świetnie bronił Blücker. Tymczasem kolejne akcje Solańczyków siały popłoch w
szeregach graczy z Czekan - Hellmoldowi jednak brakowało troszeczkę
precyzji. Na bramkę musieliśmy czekać do 37 minuty, kiedy koronkowa akcja
Pentagramu została wykończona strzałem z 6 metrów przez Hessera.
Bramka jednak nie zmieniała oblicza spotkania, ciągle atakował Pentagram -
bardzo groźnie było zwłaszcza pod koniec pierwszej połowy gdy Buregaardisch
solową akcją wkręcił w ziemię obrońców Czekan i strzałem z ostrego kąta
wcisnął piłkę do siatki, sędzia jednak dopatrzyl się spalonego, a głosno
protestującego Hellmolda ukarał żółtą kartką i zakończył pierwszą połowę.
Kibice Orła byli niepocieszeni, Pentagram górował wyraźnie nad ich
ulubieńcami, momentami widać było tę bezsilną złość i frustrację piłkarzy,
którzy po prostu nie byli w stanie nawiązać walki z dużo lepiej dysponowanym
rywalem.
Na drugą połowę jednak wyszli zmobilizowani i starali się zaatakować.
Rezultat przyszedł nadspodziewanie szybko - dobre podanie ze skrzydła
Mariusza i O'Connor strzela głową między nogami bramkarza Solańczyków. "Oho,
wreszcie coś się zaczyna dziać - pomyślała część z nas [druga w tym czasie
łapała motyle].
Ta bramka rozjuszyla Pentagram, który począł atakować z furią bramkę
przeciwnika. Doskonale na skrzydle grał Sieben, co pokazał w 57 minucie.
Najpierw wypuścił Hessera w uliczkę, potem świetnie mu się wystawił, przyjął
podanie, strzelił... i tylko rzut rożny. Ale oto obrończy Czekan nie
dopilnowali właśnie Siebena który otrzymał podanie po kornerze i strzelił
pod poprzeczkę z najblizszej odległości.
Gracze Orła starali sie szybko wyrównać, dobra akcja zakończyła się
strzałem z 10 metrów Kupki, który jednak był raczej podaniem w stronę
bramkarza. Blücker wykopuje piłkę, trafia ona do Hessera, który popędził w
stronę pola karnego gospodarzy - został jednak sfaulowany na 20 metrze. Rzut
wolny wykonywał Sieben wstrzeliwując piłkę na wolne pole, dopadł do niej
Riesling i ustalił wynik spotkania na 3:1.
Gracze z Czekan nie mieli już wiary w zwycięstwo, a Pentagram spokojnie
kontrolował spotkanie już do końca. Mecz był całkiem ciekawy - Pentagram z
taką grą jest kandydatem do tytułu mistrzowskiego, a Orzeł musi coś zmienić
w grze , gdyż z pewnością nie takich wyników oczekiwali kibice.</p>
<h3>SKP Lwy Krez - FC Czarnolas 1:0</h3>
<p>To, że musimy oglądać takie mecze jest dobitnym i niepodważalnym dowodem na
istnienie Istoty Wyższej. Nasza obecność na stadionie jest namacalnym
świadectwem, że ktoś na górze musi nas strasznie nie lubić. Chyba jednak i
Ją ruszyło sumienie, bo zesłała nam całą jedną bramkę. Dzięki temu nie tylko
na całe trzydzieści sekund przestaliśmy się nudzić, ale przede wszystkim
możemy napisać relację dłuższą niż: "SKP Lwy Krez - FC Czarnolas 1:0". Tylko
jak to zrobić?
Na początek opowiemy Wam bajkę. Za górami, za lasami, za siedmioma dolinami
żył Smok. Smok, jak to Smok, ani mały, ani dobry, pożerał dziewice, czasem
owce i obrastał tłuszczem. Czasem sfajczył jakiegoś rycerza, bo za zabicie
Smoka obiecane było pół księżniczki i królestwo. Sielanka.
Dnia pewnego przybył do niego pewien człowieczek. Czemu Smok go od razu nie
sfajczył - trudno powiedzieć. Widać miał zaćmienie swojego wielkiego umysłu.
W każdym razie człowieczek zaproponował ekstra posiłek - 22 sztuki
najsmaczniejszego mięsa. Smok się zgodził i takim sposobem obaj znaleźli się
na stadionie w Krezie. Patrzyli i patrzyli, aż Smok umarł z nudów, a
człowieczek dostał obiecaną nagrodę. I jest to chyba jedyna osoba zadowolona
z tego meczu.
Dobra, następny mecz... E-e... Chwila. 21. minuta. Ściera podaje w polu
karnym do Cierzniaka. Ten strzela. Gol. Co za szmata. [nie szmata tylko
ściera - dopisek drugiej części redakcji] Do końca przewaga Lwów,
przynajmniej w posiadaniu piłki. Poza tym nic się nie dzieje.
A wracając ze stadionu - zmokliśmy.</p>
<h3>Rotor Precelkhanda - FKK Rantiochskie Krasnoludy 0:1</h3>
<p>Dlaczego? Dlaczego musieliśmy to oglądać? Przecież ktoś z nas mógł kupić
chipsy, piwo, orzeszki, pójść do wypożyczalni po film i mogliśmy się dobrze
bawić. Mamy jednak widać podświadome skłonności masochistyczne. Z drugiej
strony piłkarze torturowali widzów z biegłością przebijającą hiszpańską
inkwizycję. Dodatkowo mieli naprawdę tępe narzędzia. Ale to ich nie zrażało.
Mecz można porównać mniej więcej do [czytelnicy o słabszych nerwach proszeni
są o pominięcie tego zdania] krojenia klatki piersiowej aluminiową łyżką.
Hm, myślicie, że przesadzamy i że mecz nie był taki zły. Uwierzcie nam,
chcielibyśmy nie mieć racji. Na domiar złego, wpisy meczowe w zasadzie
kończą się na jedenastej minucie kiedy to Krasnoludom jakimś cudem udało się
zdobyć bramkę. Potem w spotkaniu nie działo się absolutnie nic.
Ale, jako że głupio tak wcześnie kończyć, przytoczę rozmowę między nami
podczas oglądania tego "meczu":  </p>
<p>[16 minuta spotkania]
PdD1: Stary, chodźmy spać... nie ma sensu, i tak się nic nie wydarzy, mówię
Ci...<br />
PdD2: No wiesz, nie jestem na tyle znudzony żeby już ot tak iść spać.<br />
PdD1: Ależe jesteś.<br />
(minutę później)<br />
PdD2: Jestem. Idziemy spać.  </p>
<p>Niestety, nie mieliśmy szans się zdrzemnąć bo chwilę później krasnoludy
zaczęły rzucać toporami i niezbędne było salwowanie się ucieczką.
Piłkarzom obu zespołów władzie ligi powinny zafundować leczenie w
psychiatryku. Te sadystyczne zboczenia naprawdę są chore. Biedni kibice.
Biedni my.</p>
<h3>SKS Podleszcz - KS Renifery Sola 2:4</h3>
<p>Jeeeeeest! Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeest! Nareszcie się doczekaliśmy! W końcu
Sieroty (przepraszamy - Podleszcze) odniosły sukces! Strzeliły bramkę! I to
nawet dwa razy!
Ostatnio spotykają nas bardzo dziwne przypadki. A to zdążymy na autobus, a
to właściwie wskażemy komuś drogę, a to przypadkiem kupimy kwiaty i
przypadkiem okaże się, że trafimy w jakieś ważne święto... Wieszczymy, że
koniec świata jest bliski. A teraz jeszcze Sieroty strzelają bramkę. Dwie.
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy słów paru nie poświęcili nowej nazwie Sierotek.
Przyczyny zmiany miana są dla nas tajemnicze, mamy jednak podejrzenie, że
wraz z nowym napisem na koszulce miała przyjść nowa jakość gry,
niedoczekanie... Inna hipoteza mówi, że nie ma mowy o zmianie nazwy, a
jedynie o delikatnym liftingu. Nie zapominajmy, że pod leszcz to jeszcze
gorszy leszcz niż leszcz. Czyli sierota taka, po prostu. My, w ramach walki
o pamięć narodową, używać będziemy nadal historycznej nazwy klubu, na równi
z dzisiejszą. W ten sposób damy wyraz naszej patriotycznej postawie,
manifestując niezgodę na fałszowanie naszej przeszłości. A poza tym zawsze
to jeden synonim więcej...
Mecz rozpoczął sędzia Grüber, który swym małym czołgiem wjechał niemal na
płytę boiska, czym wzbudził entuzjazm wśród widzów. Gwizdnął i... kopary nam
opadły, bo oto Sieroty w natarciu! Obrona Reniferów w ostatniej chwili
zdjęła piłkę z nogi Waitowi, który właśnie składał się do strzału z sześciu
metrów. Wieszczymy po raz drugi: koniec świata jest bliski!
Co ciekawe, Pod-Leszcze nie zwalniały, a oszołomione celnością podań
Renifery (nie tylko one zresztą czuły się tak, jakby je ktoś zaszedł od tyłu
z dużym drągiem) nie za bardzo przeszkadzały SKS-owi w konstruowaniu akcji.
No i w 15. min skończyło się to dla nich stratą bramki. Dobrze rozegrany
atak pozycyjny, podanie na wolne pole do Folo, ten spokojnie przymierzył i
technicznym (Sierota! technicznym!) strzałem pokonał Rosiewicza. Takiego
szału radości nie widzieliśmy jeszcze na żadnym stadionie. Polał się szampan
(bezalkoholowy), strzelały flesze, rozdawano watę cukrową i orzeszki.
Feta jednak nie trwała długo, bo Sieroty przestały się wygłupiać i przeszły
do swojej tradycyjnej taktyki, która przyniosła im w tym sezonie tak
rewelacyjny bilans (3, a teraz już 4 porażki). Renifery, ośmielone nieco
przez oddanie pola przez Pod-Leszczy, postanowiły skonstruować własną,
składną akcję. Pomysł na nią pojawił się w ich głowach dopiero w 29. min,
kiedy to ze skrzydła dośrodkował Fafiński, piłkę, wygrywając pojedynek z
bramkarzem, przedłużył Bukowski, a do pustej bramki trafił Lubomirski. Był
to pierwszy celny strzał Reniferów na bramkę Pod-Leszczy. Obie drużyny
oddały w sumie po dwa.
W drugiej połowie było nieco więcej bramek, ale to głównie zasługa
bramkarzy. Puszczać takie szmaty w takich meczach... Panowie... Szczególnie
Maiyegun grał tak, jakby mu ktoś skleił rękawice.
Sierotki znów zagrały z zębem, stawiając czoła Reniferom jak równym sobie.
Było dużo walki w środku pola, żadna ze stron nie mogła wypracować sobie
przewagi. W końcu jednak kontra Soli (to znaczy, że wcześniej był atak
Pod-Leszczy!) przyniosła jej bramkę. Nawet niezłą, indywidualną akcję
Solibiedy wykończył Bukowski.
Wtedy z Sierot zeszło powietrze. Solańczycy grali swoje, trzy minuty po
drugiej bramce wykonywali rzut rożny. Krajewski ciekawie wykonał korner,
podając tuż przed pole karne, a Grubski huknął jak z armaty. Piłka odbiła
się od słupka, rękawicy Maiyeguna i wpadła do siatki. Renifery długo
dziękowali bramkarzowi Pod-Leszczy.
Sieroty nadal grały bez przekonania, ale jedna z ich niemrawych akcji
przyniosła im gola (Sierotom, rozumiecie? Bo my nie do końca...). Moseiyo
zacentrował ze skrzydła, celując w największy tłok na polu karnym, tam
najlepiej znalazł się Goitom, który z bliska wepchnął piłkę do bramki,
między nogami Rosiewicza... Znów lał się szampan, były orzeszki... Święta
nie zakłóciła nawet czwarta bramka dla Soli, zdobyta przez Bukowskiego.</p>
<h3>FC Zielnybor - KKS Zamek Grodzisk 2:2</h3>
<p>Optymiści o takich spotkaniach mówią, że są wyrównane i zacięte. Pesymiści,
że są słabe i kiepskie. Realiści na mecze piłki nożnej nie chodzą. A my
poszliśmy. Jesteśmy dziwni, wiemy, ale to spotkanie było dziwniejsze.
Po meczu stwierdzamy, że był idealnie wyrównany. Był także słaby. Dlaczego?
Czytajcie dalej.
Otóż, obie drużny grały bardzo podobnie - systemem 4-4-2. A jak wiadomo,
jak się gra tą samą taktyką, to wygrywa drużyna która będzie bardziej
waleczna i zażarta lub opanowana i spokojna. No i tu leży kukuł pogrzebany.
Walecznością wykazał się Zamek Grodzisk. Dwa razy. Zażartością popisali się
gracze FC Zielnybor. Również dwukrotnie. Za to spokoju były w tym meczu
tysiąckroć więcej niż potu zawodników.
Ale po kolei, jak to mawiał nasz znajomy maszynista. W pierwszej połowie
Zielnybor ograniczył się do taranowania Grodziszczan gdy ci zapuszczali się
zbyt bliski ich pola karnego oraz wymieniania piłek między poszczególnymi
formacjami. Jak nietrudno się domyśleć Grodziczanie w tym czasie starali się
przejmować piłkę, a gdy im to się udawało, to starali się podejść pod pole
karne rywali. Nawet przez chwilę byliśmy pod wrażeniem faktu, że są w stanie
przez 40 minut robić dokładnie to samo. Część z nas dostrzegła nawet pewien
powtarzający się schemat akcji [druga część w tym czasie targowała się o
hot-dogi]. Jednym słowem totalna, wzajemna neutralizacja.
Żeby nie powiedzieć, że druga połowa wyglądała tak samo, to powiemy, że
drużny zamieniły się rolami. Z tym, że zauważyliśmy aż trzy wyłamania się ze
schematu. Fachowo nazywa się je golami, nie będziemy się wyłamywać. Z kolei
nie mamy zamiaru tracić czasu i opisywać akcje bramkowe, bo były identyczne
jak niebramkowe tylko nie zaskakiwał jeden element misternej układnki obu
zespołów [najczęśćiej faul bądź wybicie].
Hm, pod koniec meczu wyłamaliśmy się i zaczęliśmy filrtować z panią od
hot-dogów. Okazało się, że jej odpowiedzi także są schematyczne i
powtarzające się.
Nie oglądając się, pospiesznie opuściliśmy stadion.</p>
<p>--<br />
Pozdrawiamy,<br />
zadowolona redakcja PdD.  </p>
<blockquote>
<p><strong>metadane</strong><br />
autor: Rittermeister&amp;Smok  (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)<br />
opublikowano: 2006.08.02
link: <a href="http://groups.yahoo.com/neo/groups/sarmacja/conversations/messages/135903" rel="external">LDKS</a></p>
</blockquote></div>
		</content>
	</entry>
</feed>
