Nr 1 (1) 31 marca 2003 |
strona główna |
|
|
|
Daniel Pepper, 23.03.2003 Byłem naiwnym głupcem będąc żywą tarczą dla SaddamaChciałem dołączyć do żywych tarcz w Bagdadzie, ponieważ była to bezpośrednia akcja, która miała szansę zwrócić uwagę całego świata na ruch antywojenny. To było inspirujące: ludzie jako żywe tarcze dobrowolnie poświęcają się dla swoich politycznych ideałów - to dużo bardziej osobiste zaangażowanie niż pójście na demonstrację w Waszyngtonie czy Londynie. I bardzo proste - wsiadasz do autobusu i reprezentujesz samego siebie. Tak właśnie zrobiłem w poranek niedzieli 25 stycznia. Mam 23 lata. Jestem żydowsko - amerykańskim fotografem, mieszkam w Islington, na północ od Londynu. Podróżowałem już wcześniej na Bliski Wschód: jako student pojechałem na Zachodni Brzeg do Palestyny w czasie intifady. Byłem również w Afganistanie jako reporter Newsweeka.
Żywe tarcze przemawiały do mnie jako antywojenna postawa, ale kiedy pięć tygodni później opuszczałem Bagdad, mój punkt widzenia zmienił się drastycznie. Nie mogę powiedzieć, że całkowicie popieram wojnę, nie, mam ambiwalentne myśli, ale na pewno bardzo chciałbym, żeby Saddam został obalony. My w autobusie czuliśmy, że jesteśmy pełni zrozumienia dla poglądów irackich cywilów, nawet jeśli w ogóle ich nie znaliśmy w tym czasie. Grupa była mniej zainteresowana walką o ich racje, bardziej chodziło o protest przeciwko amerykańskim i brytyjskim rządom. Byłem zszokowany kiedy po raz pierwszy spotkałem w Bagdadzie Irakijczyka popierającego wojnę - to był taksówkarz, który późno w nocy odwoził mnie do hotelu. Wyjaśniłem mu, że jestem Amerykaninem i powiedziałem, jak my żywe tarcze zawsze mówiliśmy, "Bush bad, war bad, Iraq good". Spojrzał na mnie z wyrazem niedowierzania na twarzy. Kiedy się zorientował, że mówię poważnie, zwolnił i zaczął opowiadać łamaną angielszczyzną o okropnościach reżimu Saddama. Do tej pory słyszałem tylko wypowiedzi pełne respektu dla Prezydenta, ale ten facet opowiadał mi jak to cała forsa za ropę idzie do kieszeni Saddama i że, jeśli spróbujesz przeciwstawić się mu politycznie, on zabije całą twoją rodzinę.
To mnie mocno przestraszyło. Najpierw pomyślałem, że to może tajna policja stara się mnie podejść, ale później miałem wrażenie, że ten człowiek chce abym mu pomógł stąd uciec. Poczułem się bardzo źle. Powiedziałem mu: "Słuchaj, jestem tylko głupkiem ze Stanów Zjednoczonych, nie jestem z ONZ, nie jestem z CIA - po prostu nie mogę ci pomóc." Oczywiście czytałem wcześniej, że Irakijczycy nienawidzą Saddama Husseina, ale dopiero tutaj stało się to dla mnie czymś realnym. Ktoś wyjaśnił mi to w rozmowie twarzą w twarz. Powiedziałem o tym znajomym dziennikarzom. Odpowiedzieli, że jest to rzecz, która się często zdarza - spontaniczne, emocjonalne i sekretne wybuchy błagania obcokrajowców o uwolnienie ich z tyranii Saddama. Byłem coraz bardziej dotknięty restrykcyjnym sposobem, w jaki iracki reżim traktował żywe tarcze, kilka dni później wyjechałem więc z Bagdadu. Razem z kilkoma innymi pojechaliśmy taksówką do Jordanii. W końcu przy granicy poczuliśmy się na tyle bezpiecznie, żeby spytać naszego kierowcę co myśli o reżimie i co sądzi o lotniczych bombardowaniach. "Nie słyszeliście co mówił Powell w radiu Głos Ameryki?" - powiedział. "To jest jasne, że amerykanie nie chcą bombardować ludności cywilnej. Chcą bombardować budynki rządowe i pałace Saddama. I my chcemy, żeby Ameryka bombardowała Saddama." A my siedzieliśmy, słuchaliśmy i coraz szerzej otwieraliśmy usta ze zdumienia. Jake, jeden z nas, właśnie powiedział "O mój Boże" kiedy kierowca opisywał horror życia pod saddamowskim reżimem. Jake był strasznie zszokowany tym jak bardzo był naiwny. Wszyscy byliśmy. Nikomu nie przyszło do głowy, że Irakijczycy mogą być w tym czasie nastawieni pro wojennie. Najbardziej dosadnym oświadczeniem kierowcy było: "Cały iracki naród chce tej wojny." Wydawał się przekonany, że ofiary wśród ludności cywilnej będą małe; miał tak olbrzymią wiarę w amerykańską machinę wojenną, że ufał każdym amerykańskim obietnicom. Z pewnością miał więcej tej wiary niż ktokolwiek z nas. Być może najbardziej druzgocącą dla nas lekcją było to, że większość irackich zwykłych ludzi było przekonanych, że Saddam Hussein zapłacił nam za protestowanie w Iraku. Jakkolwiek wyjaśnialiśmy kategorycznie, że nie miało to miejsca, nie sądzę, żeby nam uwierzyli. Później ten sam człowiek zapytał mnie: "Ale tak na serio, jak dużo pieniędzy dostaliście od Saddama za przyjazd do Iraku?" Wstrząsnęło mną to bardzo głęboko: to jest prawdziwy portret irackiego życia. Po pierwszej rozmowie kompletnie zmienił się mój punkt widzenia na sytuację w Iraku. Moje zrozumienie zmieniło się na intelektualnych, emocjonalnych i psychologicznych poziomach. Pamiętam doświadczenie codziennego oglądania przez dwa tygodnie na każdym miejscu megalomaniakalnych portretów Saddama i próbowałem postawić się w miejscu człowieka, który jest zmuszony patrzeć na nie każdego dnia od dwudziestu i więcej lat. W ostatni czwartek poszedłem fotografować antywojenną zbieraninę na placu przed Parlamentem. Tysiące ludzi krzyczało: "Wojna - nie!", ale bez myślenia o implikacjach dla Irakijczyków. Niektórzy z nich upijali się, tańczyli do rytmu Samby i bili się z policją. To było tak, jakby protestujący mówili o zupełnie innym kraju, w którym rządzące władze są jak najbardziej do zaakceptowania. To naprawdę było denerwujące. Każdy, kto ma chociaż kawałek mózgu musi widzieć, że Saddam powinien być obalony. To jest niezwykła ironia, że antywojenni demonstranci maszerują w obronie rządu, który nie pozwala swojemu narodowi doświadczyć takiej samej wolności. |
strona główna |
Copyright 2003 Herold Klubowy