Dodano 2006-12-13 15:53:21 przez red. IMI
Barykady: Krwawa noc (cz. I)
Z dedykacją dla markiza Mikołaja Aleksandra Piotra
Przedmieścia Almery, 1865
Porucznik Królewskiej Gwardii Majkel Mwzdeme gładził powolnym ruchem swoją siwą brodę, na jego sześćdziesięciopięcioletniej, czarnej twarzy widać było trudy wielu bitew, górskich kryjówek, pędzonego na byle czym bimbru i wielu innych trudów. Ubrany w płócienne spodnie oraz w noszący na sobie ślady wielu posiłków, połatany, czarny mundur Gwardii - liczący sobie już z górą czterdzieści lat. Na głowie miał splątany kołtun lekko siwiejących włosów. Otoczony wiankiem dzieci w przeróżnym wieku zaciągając się skręconym misternie skrętem, jakby bawiąc się niecierpliwością młodocianych słuchaczy zbierał myśli. Dookoła swoim normalnym leniwym trybem toczyło się życie przedmieścia: kobiety w białych chustach i kolorowych spódnicach niosły kosze z bielizną przeznaczoną do prania, bosonogie dzieci bawiły się szmacianą piłką, starcy siedzieli na ławeczkach przed niskimi, krytymi gontem chatami. Co jakiś czas pocąc się w zbyt grubym, szytym na dreamlandzką modłę mundurze, człapał żołnierz Armii Republiki Baridasu. Majkel uśmiechnął się. Dziś już wiedział, że nie warto walczyć, że wszyscy ludzie są braćmi. Był ponad to, za co kiedyś oddałby życie. Mimo, że kilkanaście już lat minęło od czasów kiedy przywrócono tytuły szlacheckie, jakoś nie ciągnęło go do odzyskania dla siebie należnego mu tytułu markiza. Jego synowie i córki, małe wnuki i świętej pamięci żona Adrianna Izabella pochodzili zaś z biednej warstwy byłych niewolników i nie dbali o tytuły. To od nich nauczył się śmiechu, palenia zioła, i wielkiej miłości, nie ojczyzny czy ideałów, a drugiego człowieka. Z rozmyślań wyrwało go niecierpliwe pochrząkiwanie dzieciaków. Uśmiechnął się pokazując wciąż zdrowe, białe zęby. „Dobrze” – powiedział – „Opowiem wam jak zastała mnie ta straszną rzecz na którą teraz mówi się Wielka Rewolucja Baridajska”
_________________________________________________________________
Cracoffia, noc z 11/12 marca 1820
Podporucznik Królewskiej Gwardii Baridajskiej Majkel markiz Mwzdeme sprawował tej nocy wartę honorową przy grobie księcia Adama Barisława arcybiskupa Bumbum. To prawdopodobnie uratowało mu życie. Rozjuszony tłum bowiem w pierwszym porywie wściekłości rzucił się na więzienie, Pałac Pięciu Książąt i koszary Gwardii. Dopiero później przyszedł czas na kościoły, muzea i biblioteki. Przewodzący ludowi, niespełna piętnastoletni bracia bliźniacy Alf i Bet zwani Wilczętami na pierwszą wieść o zamieszkach w stołecznej Almerze uzbrojeni w długie rzeźnickie noże omijając nieliczne straże wywlekli z pałacu dzieci Księcia i na oczach tłumu poderżnęli im gardła. Zyskali tym samy przewodnictwo nad wygłodzoną tłuszczą i jej miłość której nie utracili aż do skazania na ścięcie podczas Purpurowego Terroru kilka lat później. Majkel jednak nie wiedział o tym wszystkim. Nie wiedział też, ż jego własny majątek został spalony, a rodzona siostra zhańbiona przez parobków. Wszystkich ich później znalazł i własnoręcznie obdarł ze skóry. Tej nocy pogrążony w rozmyślaniach o damie swojego serca, Kamelii, nie zdawał sobie sprawy, że wali się stary świat w którym ludzie mu podobni wyrastali od pokoleń. Nigdy nie patrzył na łachmaniarzy, parobków, chłopów i żebraków. Tak już został stworzony ten świat aby jedna warstwa pracowała dla drugiej i była przez nią rządzona. Niewolnictwo zniesiono kilka lat przed narodzeniem Majkela i mimo, że sytuacja byłych niewolników niewiele się zmieniła, uważał, że jest to wielkie zwycięstwo humanitaryzmu i oświecenia publicznego. Tymczasem tłum uwolniwszy więźniów i z ich pomocą zdobywszy w koszarach Gwardii czterysta muszkietów ruszył na Pałac Pięciu Książąt, nazwany od pięciu książąt, którzy budowali go niemal przez dwieście lat. Markiz słysząc wrzaski i odgłosy strzelaniny, a nawet z rzadka huk pałacowych armat zdecydował się opuścić posterunek. Przyklękając na lewe kolano i kładąc prawą dłoń na sercu oddał pokłon marmurowemu obliczu księcia biskupa i wybiegł z Katedry. To co ujrzał na ulicy przewyższało jego najbardziej koszmarne sny. Dziewki uliczne ubrane w przypadkowo dobrane elementy zrabowanych sukien i bielizny tańczyły wokół ognisk rozpalonych pośrodku placu. W dłoniach trzymały za włosy głowy szlachty i bogatych mieszcza: kobiet, dzieci, mężczyzn. Pijani czeladnicy, chłopi i inny motłoch uzbrojeni w kije, halabardy i inne porwane w biegu przedmioty biegli wielkim, hałaśliwym tłumem w stronę Pałacu. Majkel wyszarpnął rapier i tnąc na oślep pijane dziewki zaczął przedzierać się w stronę pobliskiej karczmy. Spodziewał się tam znaleźć jakiegoś wierzchowca. Biegł, ciął, uchylał się od ciosów, rzucanych weń przedmiotów. Tanecznym kokiem fechtmistrza wbiegł na leżący w pobliżu przewrócony wóz. Wbijając ostrze w gardło zwalistego mężczyzny w rzeźnickim fartuchu odbił się od jego brzucha i wykonując niemalże salto przeskoczył ponad ogniskiem. Rozkopując długimi, kawaleryjskimi butami grube bierwiona przebiegł jeszcze kilkanaście kroków i jednym długim susem wskoczył do stajni. Szybkim spojrzeniem znawcy rzucił na przerażone zwierzęta. Wybór padł na karego, smukłego wierzchowca z siodłem i uprzężą typu scholandzkiego. Przeszukawszy sakwy przytroczone do siodła ucieszył się, znalazł bowiem dwa nowoczesne, kapiszonowe pistolety. Odwiązał torby i wskoczywszy w siodło pochylając się nisko wyjechał ze stajni. Zmuszając konia do maksymalnego wysiłku i kierując się w boczną ulicę widoczną w odległości kilkuset metrów po lewej stronie gwardzista rozmyślał nad tym co powinien teraz uczynić. Wbrew rozsądkowi, który kazał mu uchodzić z miasta i poszukać swoich współtowarzyszy – gwardzistów zdecydował się ruszyć pod pałac. Był już tuż przy właściwej uliczce kiedy ujrzał żywą jeszcze, białoskórą dziewczynę w koszuli nocnej ciągniętą za kasztanowe włosy przez zarośniętego chłopa o wyglądzie podrzędnego zbira. Szarpnięciem zatrzymał konia, wyszarpnął pistolety i bez zastanowienia wypalił w stronę rzezimieszka. Schylił się aby złapać wyciągniętą dłoń dziewczyny. W odległości dostrzegł zbliżającą się grupkę wyrostków. Uśmiechnął się. Dosiadając szybkonogie zwierzę miał przewagę. Nagle poczuł uderzenie w tył głowy, oczy zaszły mu mgłą. Osuwając się z konią jakby w zwolnionym tempie obserwował przygarbionego starucha wypuszczającego z rąk kawał belki. Coraz bardziej zbliżała się hałastra. Upadł na ziemię. W ustach czuł metaliczny posmak a także gorzki smak porażki. Stracił przytomność.
„Co było dalej?” „Dziadku Mwzdeme nie cichaj, opowiadaj!” wrzeszczały dzieciaki jak zwykle łase na krwawe opowieści starego. Majkel pogładził swoją kudłatą głowę, zmęczył się mówieniem, zaschło mu w gardle. Uśmiechnął się szeroko i rzekł: „Jutro, dzieci, jutro…”
Iwan Maria Lejb Ingawaar, Almera 2006
Nikt nie dodał komentarza do tego artykułu.