Art. 11 ust. 1 Kodeksu Porządkowego, choć wprost nie nakłada on obowiązku na Policję informowania o możliwości odwołania.
Innymi słowy, oskarżyciel nie ma żadnych dowodów ani przesłanek, że powinienem jakkolwiek interesować się tym, by kogoś ukaranego poinformować o możliwości odwołania. Zatem, tę część aktu oskarżenia można odciąć od reszty nożyczkami, rozerwać na strzępy, podeptać, opluć, zgarnąć na szufelkę i cisnąć w ogień piekielny.
Również, oskarżyciel, jako że nie zdecydował się w żaden sposób ustosunkować do zaprezentowanego materiału dowodowego, to zawiódł także i w udowadnianiu, że odstrzelona była niepoinformowana o poczynaniach, które do kary ją doprowadziły. Zatem, tę część aktu oskarżenia można odciąć od reszty nożyczkami, rozerwać na strzępy, podeptać, opluć, zgarnąć na szufelkę i cisnąć w ogień piekielny.
Także, oskarżyciel po pierwszej odpowiedzi nie zdecydował się (a przynajmniej wtedy, gdy uprawniony był do zabierania głosu) na odniesienie do kwestii zasady nemo iudex in casua sua. Nawet krzycząc w nieodpowiedniej chwili, wystosował jedynie pretensje za to, że jakaś Bogu ducha winna, przypadkowa osoba (w tej konkretnej sytuacji ja) nie poinformowała go o jego potencjalnych obowiązkach, nie zaś jakkolwiek popierające przekonanie o karalności takich czynów przepisy. Zatem, tę część aktu oskarżenia można odciąć od reszty nożyczkami, rozerwać na strzępy, podeptać, opluć, zgarnąć na szufelkę i cisnąć w ogień piekielny.
I tak na akcie oskarżenia zostają daty i podpisy. W tej sytuacji nie widzę potrzeby dalszego przepytywania świadka.
Przy okazji, Sądzie o Odpowiednim Wzroście, chciałbym spytać, jak wyglądają z sędziowskiej strony zapatrywania na moje wnioski z początku odpowiedzi na akt oskarżenia bezpośrednio?