KonsekwencjaWitam to ja towarzysz Ir-Min-Ward.
Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem się z takim upokorzeniem. Dziś rano szykując się do długiej drogi w góry, postanowiłem wybrać się do jedynego większego sklepu na terenie Autonomii. Był ze mną "Sokole oko" aby pomóc z zakupami i też może potwierdzić to co zaraz tu napiszę. Tuż przed wejściem zwrócił się do mnie facet od wózków abym ponownie zdecydował czy na pewno muszę skorzystać bo pomimo że są one przeznaczone dla kupujących nie użycza ich z byle powodu. Nie przyjął do wiadomości zapewnień i mając nas za złodziei, nie przepuścił, aż nie pokazałem swoich kartek na żywność oraz pieniędzy, które z resztą chciał mi potem bezczelnie zabrać. Doszło do szarpaniny w trakcie której zostałem potraktowany gazem pieprzowym. Gdy już obaj leżeliśmy skuci pod sklepem sytuacje uratował pewien uczeń z pobliskiej szkoły. Po rozpoznaniu mnie jako pracownika naukowego, facet od wózków leniwie zluzował żelazny kajdan i rzucił "
Bierz pan tylko te z tej strony, bo resztę przytwierdziliśmy za pomocą kleju ze względu na próby kradzieży"

Po wejściu z wózkiem na hale wcale nie było lepiej Jak słusznie zauważył Sokole oko, tłumy statystów udają kupujących będąc w rzeczywistości armią szpiclów na usługach skorumpowanej aż do granic przyzwoitości lokalnej policji. Resztę nadgorliwych służbistów stanowiły ubrane w jednakowe czerwone uniformy zawsze czujne ekspedientki. Wybierając konserwy dostałem metalowym prętem po rękach, tak że wszystkie mi zaraz powypadały. "
Gdzie z rękami do cudzego ! Pilnuje żeby klienci nie dotykali towaru, tu każda z rzeczy znajdujących się na półkach ma swoje miejsce a tak to się zaraz wszystko pomiesza " padło z ust przyczajonej za regałem sklepowej z działu mięsnego. Po skrupulatnym zlustrowaniu czy swoim niedbalstwem nie wyrządziłem jakiejś szkody nastąpiło pouczenie jak trzeba poukładać puszki, po czym bezceremonialnie niemal na środku sklepu zostałem poddany rewizji osobistej. Dopiero kiedy skończyło się przeszukanie, dostrzegłem jak Sokole oko wraca z hali z wózkiem wyładowanym zakupami. Mój pomocnik nie tracił czasu i z pomocą kartek na przydział należycie kompletował artykuły. Przed pustą kasą czekał na nas jakiś agent, który podając się za pasjonata fotografii, zrobił nam parę zdjęć i odszedł. Następnie usłyszałem od kasjera "
A po co towarzysz takie duże zapasy jedzenia robi?", "
Budujemy ze szwagrem bunkier" przytomnie zełgał Sokole oko. Ta odpowiedz widać rozbroiła nieco pracownika który odparł "
Bo ile można spać w kartonach za często przemakają i wiatr je rozwiewa. Jeszcze teraz robią te płaskie telewizory to się człowiek nawet w taki karton nie mieści. U mnie za komorę noclegową robi namiot, lepiej się nie wychylać, wiecie czasy teraz niepewne". Wymieniliśmy ukłony po czym oddaliliśmy się w stronę wyjścia. Zatrzymał nas stary znajomy od wózków mierząc do nas ze swojego makarova. Po dwugodzinnym tłumaczeniu że na prawdę nie chcieliśmy mu niczego zwinąć i zwiać, wracamy z łupami do naszej kryjówki. W pewnych sytuacjach cierpliwość nie ma ceny a czas uczy pokory. Przede mną II etap mojej wędrówki.
