Witam!
Po dość długich pracach (polegały głównie na skracaniu pierwotnego pomysłu, aby spełnił wymogi) udało mi się w końcu stworzyć opowiadanie. Zapraszam do lektury. Bohaterowie są w większości postaciami autentycznie obecnymi na forum, jednak imiona zostały zmienione - z uwagi na to, że nie wolno mi podawać realnych danych.
"Mrok"
Mrok. Wszędzie mrok. Niebywały, przejmujący mrok. Towarzyszy on tej krainie już od dłuższego czasu, choć niczym sobie na to nie zasłużyła. Ten mrok symbolizował fatum, przekleństwo wiszące ponad tym małym kawałkiem mikroświata.
Tymczasem poprzez dział Regiony przemyka postać równie mroczna, co i cała kraina. Od Wernergradu (dawnego Wolnogradu – obecnie za wymawianie tej nazwy grozi rok więzienia), zmierza w stronę dawnych majątków lennych, dawno już przejętych przez państwo od wywłaszczonych „panisków”. W pewnej chwili zatrzymuje go milicjant Królewskiej Milicji Bialeńskiej:
- Kto idzie?
- Piotref65!
- Idźcie dalej, obywatelu.
Przed bohaterem widać już bramy Lidzbu, w których po raz kolejny zostaje zrewidowany przez funkcjonariuszy. Otrzymuje Kartę Pobytu, uprawniającą do przebywania na terenie miasteczka – dzięki niej nie trafi od razu na tutejszy posterunek. Biegnie czym prędzej do karczmy „Pod Tucznikiem”, gdzie już czekają jego znajomi.
- Cześć cześć, Antosiu – zaczął podstarzały człowieczyna z wąsikiem.
- Nie tak głośno, Maksiu - upomniał go młodzian z szopą włosów na głowie.
- Spokojnie Bartoszu, szpicle o tej porze już śpią – uspokoił ich przybysz, zdejmując ciemny płaszcz.
- Oni nigdy nie śpią – odpowiedział młody.
- Co będzie dla panów? – spytała kelnerka, ubrana w mundur, jak wszystkie inne osoby podczas pracy.
- Cztery browary – zamówił wąsacz.
Dziewczyna zanotowała, dmuchając balony z gumy do żucia, po czym odeszła w stronę kuchni.
- Cholera, cholera...
- Co się dzieje, Antoś, stary?
- Widzisz Maksiu, wciąż nie mogę sobie tego wybaczyć...
- Oj, przestań już! To nie była Twoja wina. Nikt z nas nie mógł nic na to poradzić.
- Ja mogłem. Powinienem był zauważyć tę zmianę stylu i nagły wzrost aktywności u Miśka... Powinienem wtedy zablokować jego konto. W ten sposób dorwalibyśmy jego mordercę jeszcze zanim przejąłby konto administratorskie i Bialenia byłaby wciąż wolna...
- A któż z nas to wiedział, Antoś, stary? Ten cały Werner perfekcyjnie się podszył pod Miśka. Perfekcyjnie. Przecież nasz przyjaciel miewał takie wzloty. A pamiętaj, atak nastąpił podczas ferii, czyli okresu wolnego – w Święta przecież Misiek dużo pisał.
- Nie chciałbym Was martwić, koledzy, ale – odezwał się czwarty z siedzących, łysy, muskularny pięćdziesięciolatek – kamecy z Wydziału Prewencji tu jadą. Radzę się zwijać, jeśli nie chcecie, żeby Kamil nas musiał znowu z paki wyciągać.
- Ale Karaś, ja za browary zapłaciłem!
- Wolisz wypić czy żyć? – zganił wąsacza Bartosz.
- No dobra, idziemy – skończył rozmowę Maksymilian.
Bohaterowie wybiegli przez zaplecze na zewnątrz. Zza otwartych drzwi usłyszeli kobiece wrzaski.
- Pewnie znowu się te mendy zabawiają – mruknął wąsacz.
W międzyczasie, daleko na północy, w Numbres, wsi pamiętającej starcia starożytnych Sarmatów i Teutonów, mrok był bezustannie rozświetlany przez wystrzały z karabinów. Ubrani w czarne mundury żołnierze Gwardii Pretorianów Króla Wernera I intensywnie nacierali na prowizoryczne okopy urządzone przez grupkę partyzantów w Jaskini Praojców. W pewnym momencie ich dowódca, hetman polny Alfred Santapierre, znany głównie z tego, że rozstrzeliwał jeńców tak, jak jego idol z nastoletnich lat, Tytus Bomba, nakazał wstrzymać ogień. Uznał, że brak odpowiedzi ze strony ostrzeliwanych oznacza ich pewną śmierć od lawiny ognia, zatem nałeży wejść do środka i wynieść zwłoki. Wówczas pretorianie usłyszeli gruby męski głos:
- To za Elmera!
Po czym wybuchnął obok nich granat. Rzucił nim sam lider ugrupowania „Wolność, Braterstwo, Swoboda – Prawdziwa Bialenia”, baron Janusz Kałmucki, skazany podczas swej misji dyplomatycznej zaocznie na śmierć przez nowe władze. Jego gest wyrażał zemstę za zabójstwo emerytowanego bialeńskiego polityka, Elmera Witkego, dokonane właśnie przez Santapierrego. Baron wisiał przez dłuższy czas na krawędzi barykady, patrząc martwym wzrokiem na reanimowane przez swych towarzyszy trupy pretorianów. Po kilku minutach jego młody przyjaciel złapał go za nogi i ściągnął siłą na dół.
- Co Ty wyprawiasz, Janusz? Chcesz, żeby Cię po prostu załatwili?
- Wtedy wykreowałbyś mnie na bohaterskiego obrońcę naszej demokracji, Lechu – spokojnie odparł Kałmucki.
- A kto Twoim zdaniem miałby przejąć dowodzenie? Za Tobą ludzie idą, bo jesteś znany. Reszta sławnych działa po cichu, bez szaleństw – tak, szaleństw, bo czym innym jest walka z administracją, jaka by nie była? Ciesz się lepiej, ze zamiast walnąć w nas nukiem próbują wziąć Cię żywcem dla propagandy.
- Zamilcz – burknął baron – Nic nie jest takie proste, jak Ci się wydaje, młokosie.
- Słuchaj Janusz, coś Ci powiem. Może Tobie jest łatwo próbować dokonać niemożliwego z wyrokiem śmierci w swoich aktach, ale tam z tyłu siedzi sześćdziesięciu młodych chłopaków, którzy zostawili swoje rodziny i siedzą tu, bo wierzą w to, że się uda – a prawda jest taka, że nie mamy w tej chwili żadnych szans. I co ja zrobię, jak Ciebie zabraknie? Powiem im „Hej, słuchajcie, idę Was zabrać na pewną śmierć poprzedzoną brutalnymi torturami i zgubić Wasze żony, dzieci i rodziców”? Ogarnij się, bo wszystkich tu zgubisz!
Pretorianie wznowili ostrzał.
- Dokończymy tę rozmowę później, Lechu – teraz mamy zadanie do wykonania.
I tak to trwa, już od przeszło roku – nad Bialenią wisi mrok, nad Bialenią wisi fatum, nic go zdjąć nie może...