Ale to co piszesz o edukacji to jest raczej bezduszność.
Nie rozsądek...
Dlaczego nie mam wybierać tego co lubię i umiem?
Ależ możesz... nikt nie broni i nie powinien - natomiast potem nie narzekaj, że to co wybrałeś dlatego bo lubisz to na rynku pracy okazuje się czymś bezwartościowym, nie oczekuj że to państwo ma się starać o to, abyś miał z czego żyć. Dokonałeś swojego wyboru kierując się własną przyjemnością, a nie potrzebami rynku pracy i zdrowym rozsądkiem - to pretensje tylko do siebie.
To co lubisz - to świetny materiał na hobby, a generalnie dobrze jest mieć hobby, które jest zupełnie różne od tego co wykonujesz zawodowo. Choć doceniasz to dopiero po latach...
Człowiek musi mieć świadomość, że wybory, których dokonuje niekoniecznie służą tylko jego przyjemności - ale ważą na jego przyszłym życiu, często przez wiele lat. Są to jednak jego wybory i pretensje za błędy można mieć tylko do siebie.
Lepiej chyba mogę przysłużyć się społeczeństwu robiąć to do czego mam motywację?
Pod jednym wszakże warunkiem - że jest na to zapotrzebowanie. Problem jest wtedy gdy podaż parokrotnie przekracza popyt - wtedy zaczyna się "płacz", że państwo nie zapewnia "startu" i oczywiście to państwo jest temu winne, bo przecież nie ludzie, którzy dokonywali w życiu głupich wyborów.
Jeżeli pójdziesz w kierunku, który lubisz, a na który na rynku pracy nie ma odpowiedniego zapotrzebowania - to sam podejmujesz ryzyko, że w danej branży przebija się (i ma z czego żyć na przyzwoitym poziomie) np. kilka procent, a reszta kończy w prostych pracach, w zasadzie nie wymagających kwalifikacji. Bo potem "nagle" odkrywają, że skoro nie potrzeba tego w czym się kształcili i się to odrzuci jako niepotrzebne - to nie mają żadnych kwalifikacji i lądują w pracy "na zlecenie" i za grosze - bo im podobnych jest mnóstwo, można przebierać, a rynek pracy nie wymusza jakiegoś lepszego traktowania takiego pracownika, bo zawsze można go zastąpić 10 innymi chętnymi.
To jest właśnie ta głupawka naszej władzy.
Jedyne co w kwestii edukacji można zwalić na głupawkę państwa - jest dokonane swego czasu i stopniowe (z zasadzie widoczne do dzisiaj i cały czas) obniżenie kryteriów w oświacie, bo komuś się zachciało podnieść formalne wykształcenie społeczeństwa. Oczywiście w praktyce niczego nie podniósł (a momentami odwrotnie - obniżył), poza wydłużeniem lat tego kształcenia i ilości posiadanych świadectw. Trzeba było twardo "trzymać poziom", co byłoby naturalną selekcją i hamulcem przed nadmiernym rozrostem "niepotrzebnych magistrów" itp.
Skutkiem czego zamiast maksymalnie 30% (jak to było przed obniżaniem kryteriów i poziomu w oświacie) idących na studia, mamy ponad 70% - tylko, że nie ma dla nich pracy odpowiedniej do wykształcenia i większość z nich ląduje wykonując proste i nisko płatne czynności, do których to wykształcenie nie jest w ogóle potrzebne (często nawet nie jest potrzebne praktycznie żadne umiejętności - bo nauczenie się tych czynności zajmuje kilka dni) - jednocześnie mają pretensje do otoczenia, że "nie wykorzystuje się ich kwalifikacji", a "państwo nie zapewnia im startu życiowego". Jakoś najmniej mają pretensji do siebie - że dokonywali nielogicznych wyborów.
To jest skutek nadopiekuńczości państwa właśnie - przenoszenie odpowiedzialności za siebie na mityczny "system" i to się w sposób wyraźnie zauważalny coraz bardziej pogłębia.
Jednocześnie bez tego szaleństwa obniżania kryteriów ("umysłowych") odpowiednia liczba osób szła by w innych kierunkach, gdzie teraz mamy luki na rynku pracy - bo "magistrów od niczego" mamy tabuny, a zatrudnić fachowca to jest spory problem. Za to ci, którzy rozsądnie poszli w kierunku nauczenia się pożytecznych i potrzebnych umiejętności zawodowych (często tylko z pozoru prostszych) jakoś za bardzo nie narzekają (no poza typowym dla tego narodu narzekaniem zawsze i na wszystko, a najlepiej na "władzę") na zarobki i możliwości pracy. Często to rynek pracy ich szuka, a nie oni szukają pracy.
Generalnie system funkcjonuje najlepiej gdy państwo najmniej się w to wszystko wtrąca - ograniczając się tylko do stania na straży prawa, bezpieczeństwa publicznego (w szerokim ujęciu) oraz interweniując w sytuacjach ludzkich tylko najbardziej drastycznych (i to zwykle takich, gdzie nie ma w tym winy osoby, której trzeba pomóc). Systemy polegające na nadopiekuńczości, nadmiernym i źle ulokowanym "solidaryzmie społecznym" na dłuższą metę nie mają prawa się sprawdzić. Centralne sterowanie mechanizmami, które najlepiej pracują, gdy żądzą nim prawa podaży i popytu nie ma prawa dobrze funkcjonować, a system prędzej czy później się "zadusi" sam - z przykrymi konsekwencjami dla ogółu, także dla tych, którzy byli rozsądni oraz nigdy łapy do państwa nie wyciągali.