...cena zaopatrzenia wojska to byłby koszt między 400-650 BLN miesięcznie.
Cena musiałaby się kształtować w okolicy 200 BLN... te 400 BLN to armia płaci za paliwo, które jest kosztem o wiele większym niż żywienie (bo w zawodowej armii tylko pewien procent żywi się w jednostkach, a taki czołg to zużywa ponad 2 litry paliwa na przejechanie mnie kilometra i to po drodze, a paliwie lotniczym nie wspominam) - ale w sumie to ma niewielkie znaczenie. Zresztą za 1000-2000 BLN to się u nas kupuje wozy bojowe "hurtem" (w realu to miliardy).
W naszym systemie armia ma miesięcznie niewielkie finansowanie i po prostu na więcej sobie pozwolić nie może. I tak przy wydatkach rzędu paliwo, żywność, może energia to może to przerosnąć możliwości budżetowe i trzeba będzie obniżać te ceny. Nic nie poradzimy, że w mikronacyjnym systemie gospodarczym pomiędzy cenami jednostkowymi towarów, a ilościami masowymi istnieją ogromne różnice. Nie sposób doprowadzić systemu do sytuacji jakiś sensownych relacji bo musielibyśmy operować miliardami BLN.
Tak wiec jestem w stanie zgodzić się na 200BLN czyli połowa tego co armia płaci za pełne zaopatrzenie w paliwo... Bez tego warunku wstępnego nie ma o czym rozmawiać, bo po prostu w naszym systemie to nie zadziała. I tak się obawiam czy ta próba ruszenia gospodarki przez umowy na dostawy dla armii nie będzie zbyt obciążającą (no ale spróbujemy) - bo armia z budżetu wiele nie dostaje bo budżet podatków ma niewiele, a armia ma z tego 20%.
Wtedy ustalimy o jakie towary chodzi itd.
PS. Następny kontakt dopiero wieczorem.