Oblężenie trwało już któryś tydzień. W pałacu powoli zaczęło brakować żywności, obrońcy musieli zjeść większość koni, spiżarnie od kilku dni były już puste. Jedynym, czego nikomu nie brakowało, było wino - piwnice księcia Medycejskiego były pełne najznamienitszych butelek burbona. Podburzone chłopstwo zdążyło już zrabować wszystkie okoliczne wsie, części mieszkańców udało się zbiec za mury Okopów świętej Trójcy, lecz wielu zginęło od kos czy wideł, a także zawisło na okolicznych drzewach. Wydaje się jednak, że był to jedyny sukces, jakie odnieśli buntownicy. Do tej pory nie udało im się zdobyć grubych murów zamku, wszystkie szturmy kończyły się krwawą jatką. Służba książęca, uzbrojona w stare strzelby myśliwskie, których pełno było po całej rezydencji, odpowiadała zmasowanym ogniem na wszelkie próby sformowania twierdzy pałacowej. Zbuntowani chłopi, dostrzegając bezcelowość dalszych szturmów postanowili, że wezmą "ten kurnik" głodem. Przeto wokół Okopów Świętej Trójcy powstał rozległy obóz pełen wszelkich bezeceństw. Chłop porzuciwszy wiarę rotryjską, poczęli oddawać pokłon abstrakcyjnemu Człowiekowi i spersonifikowanemu Rozumowi. Po obozowisku plątali się starozakonni, skupujący krew małych dzieci, by produkować z niej macę.Ulubioną zabawą buntowników było strzelanie do podobizn miejscowych arystokratów (jednakże szybko jej zabroniono, by oszczędzać kule, więc chłopi rzucali kamieniami do portretów miejscowych notabli). Oczywiście te wszystkie bezeceństwa nie mogłyby się odbywać bez alkoholu, których - zwyczajem Jahołdów - początkowo produkowano z prochu, by później używać do tego ziemniaków i brzoskwiń z okolicznych wiosek. Tymczasem w pałacu-twierdzy panował ład i dyscyplina, sam książę Medeycejski osobiście dogląd redystrybucji dóbr, w obawie przed nadmiernym pijaństwem wprowadził racje na wino. Obrońcy, którzy nie pełnili służby na murach, zostali zakwaterowani w reprezentacyjnych komnatach pałacowych. Kobiety i niezdolni do pełnienia służby starcy (pochodzący z okolicznych wiosek) zostali wysłani do kuchni, gdzie przygotowywali skromne posiłki. Sam książę większość czasu spędzał na murach pośród prostych żołnierzy, dzieląc z nimi trudy i znoje służby. Zwyczajem starożytnych wodzów osobiście dowodził obroną przed wszelkimi szturmami. W te dni stara szpada rodowa była cała umoczona w plugawej chłopskiej krwi. Wolne chwile spędzał, ucząc grupkę osieroconych dzieci (zbiegłych ze zlikwidowanych wiosek), czytania i pisania, a także zaznajamiając je z myślą Tomaszową. Oblężenie trwało nadal i nie zapowiadało się na to, że szybko się skończy.
