Autor Wątek: Półeczka (prace autorstwa Maćka)  (Przeczytany 258 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Maciej Kamiński

  • Grand
  • Moderator
  • Entuzjasta
  • ******
  • Wiadomości: 11835
  • : 228
  • Płeć: Mężczyzna
  • Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości
    • NPE: BI13111700005
  • Stopień służbowy Stopień w Policji Krajowej RB
    • Zobacz profil
    • Odznaczenia
Półeczka (prace autorstwa Maćka)
« dnia: Sob, 30 Sty 2016, 19:14:07 »
Praca licencjacka z 1 czerwca 2014

W bólu rodzona,
Przez tak liczne wieki,
Po dwakroć tracona,
W czeluściach bezpieki.


Ale w końcu – jest gotowa.

Cytuj
Pierwsza wojna o Numbres. Przyczyny i skutki najstarszej wojny mikroświata.

1. Wstęp.

I wojna o Numbres rozegrała się w latach 32230 p.n.e. – 32220 p.n.e. Stronami konfliktu były trzy plemiona Tetutonów (Rybośkowie, Zanoci i Werkanowie) oraz trzy plemiona Sarmatów (Pohlebi, Turaszanie i Zieloncy). Był to pierwszy z długiej serii konfliktów etnicznych na terenie tak Bialenii, jak i całego v-świata. Konflikt zapamiętany został z powodu skrupulatnie powtarzanej ustnie przez Teutonów tradycji, która wiele wieków później zapisana została za pomocą sarmackiego pisma klinowego.

2. Przyczyny.

Oficjalnym powodem były utrudnienia kultu teutońskiego pospólstwa na Półwyspie Młot ze strony kapłanów sarmackich. W istocie jednak szło głównie o miejsca w Radzie Świątynnej – najbogatszej instytucji wczesnostarożytnej Bialenii, gdzie swoje dochody trzymali wszyscy ówcześni książęta i inni dygnitarze. Rada była wówczas zdominowana przez ludność sarmacką, przez co pieniądze Teutonów były poważnie zagrożone (bowiem Rada mogła robić z pieniędzmi „co tylko sobie przez proroczy sen od niej Idon zażyczy”, czyli w praktyce to, co ustaliła między sobą). Aby nie dopuścić do przejęcia ich środków, dotychczas skłócone plemiona z Tołty dogadały się. Alaryk II (król Rybośków), Konrad I (król Zanotów) oraz Kutbert II (król Werkanów) rozdzielili pomiędzy siebie zadania do wykonania podczas wojny. Za miejsce zbiórki ustalono Skałekowice. W reakcji na te działania w Sormie również doszło do nawiązania współpracy między plemionami: jednak w tym wypadku konkretnych ustaleń nie znamy, ponieważ źródła teutońskie milczą na ten temat.

3. Siły.

Strona teutońska:
Rybośkowie – armia ta zobowiązała się głównie do ataku od strony morza, przy użyciu jednostek wystawionych przez bogate Rybaki. Wedle podań flota liczyła 300 jednostek – badania archeologiczne wskazują jednak, że w owych czasach tyle łodzi nie pływało po wszechoceanie. Obecnie badacze skłaniają się raczej ku liczbie ok. 100 łodzi jako maksimum tego, co wówczas przygotowano. Do Numbres wyprawiły się też nieliczne siły lądowe (tylko łucznicy). Poza tym ówczesny król, już wspomniany Alaryk II, objął dowodzenie nad armią, jako najdłużej panujący spośród trzech władców (przy tym wszystkim był jednak najmłodszy – panowanie objął bowiem wprawdzie dwadzieścia cztery lat wcześniej, ale jako dwunastolatek – do tego nie miał za wiele doświadczenia na polu bitwy).
Zanoci – plemię znad jeziora Świętocyrylskiego zobowiązało się do wystawienia dwutysięcznej armii lądowej oraz dwudziestu oficerów do pomocy Alarykowi. Prawdopodobnie nie wywiązali się z tych obietnic – podania tak Rybośków, jak i Werkanów oskarżają ich o oszustwo w tym zakresie. Przyczyną niedotrzymania słowa przez Konrada była prawdopodobnie zaraza, jaka wówczas panowała – z przetrzebionego społeczeństwa trudno byłoby mu wyciągnąć wystarczającą liczbę ludzi tak, by nie zniszczyć lichego systemu gospodarczego, opartego na tragarzach (dodatkowo zawód ten był objęty tabu, co ograniczało liczbę kandydatów). W ostatecznym rozrachunku na wojnę ruszyło prawdopodobnie około tysiąca Zanotów i przynajmniej pięciu oficerów (ich nazwiska to: von Scharf, von Rech, von Blaug, von der Erckwitz i von Waal – wszystkie są niespotykane poza opowieściami o wojnie, więc prawdopodobnie rody te upadły niedługo po niej).
Werkanowie – mający największe oszczędności na Półwyspie Młot Werkanowie, północne plemię, obowiązali się wystawić trzy tysiące żołnierzy lądowych (głównie włóczników) oraz udzielić „wszelkiej możliwej pomocy” flocie Rybośków (rozumiane przez to było m.in. wydzielenie im bazy na swoim terytorium, dostarczanie w to miejsce zaopatrzenia oraz darmowa naprawa łodzi). Siły lądowe zostały wystawione według planu, natomiast naprawy dla floty miały być sfinansowane z podatków – których ludność nie chciała płacić, gdy król wyjechał na wojnę. Spowodowało to problemy organizacyjne i techniczne, które zaważyły na dalszym losie wojny.

Strona sarmacka:
Pohlebi – plemię ulokowane najbliżej Półwyspu Młot spośród Sarmatów. Wedle podań teutońskich wystawiło ono: „gwardię dwumetrowych olbrzymów ciskających kamieniami [tzn. procarzy – przyp. moje], całe zastępy łuczników i tylu włóczników, ile kolców ma stado jeży”. Sądząc po jego niewielkim terytorium, opowieści te wydają się być znacznie przesadzone. Po serii szacunków, współcześni badacze twierdzą, ze Pohlebi wystawili poniżej 800 żołnierzy.
Turaszanie – największe z biorących udział w wojnie plemion wzięło na siebie główny ciężar sarmackiego uderzenia na lądzie. Wedle opowieści Teutonów: „nie można było doliczyć się żołnierzy, których te dzikie bestie wystawiły, a do tego każdy ich wojak zabijał średnio stu przeciwników, zanim sam zdążył polec”. Podania Werkanów dodają jeszcze, że „sam ich pochód powodował, że zielone pola stawały się suchymi pustyniami bez życia”. Współczesne szacunki stwierdzają, że armia powyżej dwóch tysięcy ludzi byłaby dla intensywnej gospodarki Turaszan bardzo dużym ciężarem.
Zieloncy – plemię rybaków z Dorszewa nie wystawiło żadnej armii lądowej. Zwyczajnie nie mieli potrzeby jej posiadać. Ich atutem była świetna flota (wyposażona w najlepsze ówczesne wiosła, tzw. zielonki wielkie) zdolna poruszać się zarazem cicho, jak i bardzo szybko. Nie była przy tym przesadnie liczna (liczyła sobie ok. 30 jednostek), wbrew temu, co twierdzą podania teutońskie: „ich łodziami kierowały duchy – bo zaiste, pokryć całe morze flotą, i to pędzącą szybciej od wiatru, ludzie nie byliby w stanie”.

4. Przebieg wojny.

Teutonowie zebrali się w Skałekowicach, zaś Sarmaci w Tahanie (prawdopodobnie miejscowość ta znajdowała się w okolicach dzisiejszego Lasku Sarmackiego, na północnym zachodzie obecnej Dżamahiriji). Stamtąd ich armie ruszyły na Półwysep Młot, by walczyć o swoje wpływy w najstarszym mieście świata. Pierwsze spotkanie odbyło się w Banowie (obecnie nie istnieje), wówczas skończyło się na starciu szambelanów królów obu stron. Próby negocjacji podjęte przez Sarmatów zostały wówczas obśmiane przez Teutonów. Oburzony Dariusz, król Turaszan, powiedział wówczas: „te psy będą gryzły piach, choćby pokonanie ich zajęło mi resztę życia”. Obie armie skierowały się wówczas prosto do Numbres, by przejąć tam całość Rady Świątynnej. Po drodze zetknęły się ze sobą w Śródcu, „kluczu na Półwysep”, jak nazywano go w późniejszych czasach. Doszło tam do krwawego starcia, które jednak po godzinie przerwała burza, odebrana jako znak od bogów, że należy porzucić niegodnego przeciwnika i udać się wprost do celu. Pierwsi na miejsce dotarli Teutonowie. Mieszkańcy Numbres zamknęli jednak przed nimi bramy, gdy Kutbert „zachował się wobec nich niegodnie [ponoć oddał mocz na mury –przyp. moje] ”. W konsekwencji nikt nie mógł wejść do miasta, by choćby próbować coś zdziałać w kwestii podziału miejsc. Dobijająca była wiadomość, iż teutońscy i sarmaccy pielgrzymi otrzymali dziesięcioletni zakaz wejścia. Wkrótce potem Dariusz napadł na Teutonów w ich obozie, Jahełtance (dziś kolonia w Numbres), co znacznie uszczupliło ich siły. Z braku możliwości wejścia, walki przeniosły się w Góry Wilcze, gdzie starć było wiele, acz kończyły się zazwyczaj patem. W tym czasie, po dwóch latach walk, flota teutońska została rozgromiona, a co najgorsze, monarchowie tej nacji nie wiedzieli, iż nie wróci już ona do walki. Równocześnie Dariusz uzyskał wstęp do Numbres, gdzie zaczął przekonywać kapłanów, by skonfiskowali całe mienie Teutonów jako ofiarę dla Idona, na przebłaganie za ich postępki. Armia z Tołty, mocno przetrzebiona, ruszyła w kierunku miasta, w ostatniej szarży, mając nadzieję na zwycięstwo. Na skutek fatalnego dowodzenia Alaryka przegrali oni jednak, a Kutbert poległ w tym starciu (nazwanym „smutnym dniem”). Teutonowie zmuszeni byli się wycofać, nękani wciąż przez Sarmatów.

5. Skutki.

Trzy lata później podpisano traktat pokojowy – ustalono, że 80% miejsc w Radzie przypadnie Sarmatom, a reszta będzie wybieralna. Była to klęska Teutonów, choć nie tak wielka, jak mogło by wydawać się po wynikach starć – z powodu niewyczerpanej nadmiernie gospodarki byli w stanie obronić się przed ewentualnym atakiem, dlatego też pozycja do negocjacji nie była beznadziejna (choć i tak wciąż była nie najlepsza). Po tej wojnie plemiona Teutonów były bardziej skłócone niż wcześniej, natomiast północni Sarmaci zdobyli nad nimi znaczną przewagę. Miało to procentować potem w przyszłości.

Załącznik:

Mapa pokazująca miejsca koncentracji oraz  przekazywane w tradycji teutońskiej bitwy.

LEGENDA:
Na różowo - miejsce koncentracji Sarmatów.
Na niebiesko - miejsce koncentracji Teutonów.
Na czarno - bitwy:
Banowo - 32230 p.n.e.
Śródec - 32229 p.n.e.
Jahełtanka - 32228 p.n.e.
Jaskinia Kości - 32228 p.n.e.
Przełęcz Bólu - 32227 p.n.e.
Jaskinia Wilcza - 32227 p.n.e.
Przylądek Podmuchu - 32226 p.n.e. (bitwa morska)
Przełęcz Cierpienia - 32225 p.n.e.
Przełęcz Strachu - 32225 p.n.e.
"Smutny dzień"- 32224 p.n.e.
Wilkowyjce - 32224 p.n.e.
Asztot - 32223 p.n.e.

Wykład z 23 października 2015 (wygłoszony na Uniwersytecie Salinaskim)

Cytuj
(Wykład nie wymienia nikogo z nazwiska celowo.)

Kochani!

Na Nordacie żyje wiele jednostek o wojowniczych nastawieniach. Wielokrotnie prowokują one różnego rodzaju rebelie, separacje, wypowiedzenia posłuszeństwa, bunty, rzezie, wojny domowe i tak dalej. Co oni na tym kontynencie robią? Któż to wie. Istnieją przypuszczenia, że ten kontynent, kojarzący się z wolnością, po prostu ich przyciąga, A może to jednak co innego? Zastanówmy się nad najbardziej oczywistą rzeczą przed Słońcem - światłem Księżyca.

Ktoś może powiedzieć: "drogi licencjacie Kamiński, skąd Ci do łba przyszło coś takiego, to przecież nielogiczne.", z wielką pewnością w głosie. A ja na to: "stój! Popatrz! Analizuj! I wtedy dopiero wnioskuj!", z jeszcze większą pewnością w głosie. Kim właściwie są nordaccy wojownicy? Albo są powiązani z kultami nordyckimi (czyli naturalnymi - a wyznawcy religii naturalnych czczą siły natury), albo z luźnymi obyczajowo ruchami lewicowymi. Te drugie z kolei pochodzą z tego samego pnia, co mikroświatowe Kuce - a kult czego, w kontekście walki, panuje wśród Kucy? Zgadza się. Księżyca. Wszakże pierwszym złem ze swego grona, o jakim opowiedziały nam Kuce, było złe bóstwo Księżyca. Dodajmy jeszcze, że Księżyc służył władcom tej społeczności jako mityczne miejsce zsyłek najbardziej niewygodnych, buntowniczych jednostek. W tym musi coś być, i faktycznie jest. Ciało lunarne ma zasadniczy wpływ na działalność w taki sposób nastawionych do autorytetów - czyli właśnie wojowników.

Przeanalizujmy kilka przykładów. Na początek zajmiemy się wojowniczą działalnością czołowego nordyka i enfanta terrible tej planety. Przybył on na jedną z ziem Nordaty 1 czerwca 2014, w czasie wzrastającego sierpu. Tarcza miała wtedy wiek 3 dni i jasność 14% z tendencją wzrostową. Przejawiał wtedy wojownicze nastroje, ale nie realizował ich w praktyce. Teren ten opuścił 19 czerwca tego samego roku, w niezbyt wojowniczy sposób, pozostawiając za sobą jedynie krótką notkę. Była to ostatnia kwadra, z tarczą w wieku 19 dni i jasnością 54%, z tendencją malejącą.

Następnie skierujmy się w stronę towarzysza owego enfanta terrible, który również zjawił się w dniu 1 czerwca tamtego roku, jednak bez nastrojów bojowych. Był on, i, mimo opuszczenia Nordaty, nadal jest, reprezentantem poglądów silnie lewicowych. Bojowy duch wstąpił w niego 29 czerwca, podczas wzrastającego sierpu, przy tarczy dwudniowej i jasności 5%, z tendencją wzrostową. Duch ten utrzymywał się silnie przez dwa dni, potem w ciągu tygodnia, pod wpływem czynników łagodzących, opuścił go. Jasność Księżyca i jego wiek bezustannie wtedy rosły. Podczas pełni 13 czerwca był już cały w skowronkach, i zupełnie pacyfistyczny. Tego dnia też wyjechał z ziemi, gdzie rozpalił bunt.

Pozostając przy tych dwóch Panach, przyjrzyjmy się wyprawie na Nordatę organizowanej na poziomie państwowym we wrześniu tego samego roku. Odbyła się ona 21 września, gdy Księżyc, wiekowy już (17 dni na karku), dążył do nowiu, a jego jasność wynosiła 7% i spadała. Pierwszy z wspomnianych już nie był szczególnie aktywny bojowo podczas wyprawy, a nawet wdał się w cywilną dyskusję z przeciwnikami. Drugi z panów pojawił się kolejnego dnia, już po zakończeniu wyprawy, jako wysłannik pokojowy, z prośbą o wydanie ciał poległych.

A teraz idźmy dalej, w inne rejony tego kontynentu, do Wielkiego Księstwa Luksemburga, przeskakując też w przyszłość z punktu widzenia ostatnio analizowanych przykładów, do 6 czerwca 2015. Siły nurtu lewicowego atakują w liczbie 20 tysięcy. Są żądni krwi i władzy. Księżyc jest garbaty, ma 20 dni i spadającą jasność (na poziomie 74%). I co się dzieje? W ciągu 17 godzin rezygnują ze starcia.

I dla dopełnienia obrazu, zajmijmy się przykładem najnowszym, z Carstwa Abachazji. Tam wojują połączone siły nordycko-kucowe. Trwa to od 20 października. Księżyc był wtedy w pierwszej kwadrze, z wiekiem 7 dni i jasnością 47% (tendencja rosnąca). Walki intensywnie trwały na początku, potem zwolniły tempa, a dziś trwają... negocjacje pokojowe, zainicjowane przez samych wojaków, z grona kucowskiego (poszerzony księżyc, wiek 10 dni, jasność 79%, rosnąca).

Wnioski nasuwają się same, ale, jako że to moja robota, wysunę je sam, pod nos: wzrost jasności Księżyca dodaje energii nordackim wojownikom, spadek jasności im ją odbiera. Od tego, do jakich działań ich to zmotywuje, zależy względny przyrost tej energii - im jest większy, tym bardziej destrukcyjnie są nastawieni, a w miarę spadku wypadkowej przyrostu stają się coraz bardziej rozleniwieni. Spadek poziomu energii powoduje apatię. Do tego, skrzydło lewicowe odczuwa skutki tego gwałtowniej niż nordyckie. Wojownicy, jak to wojownicy, do boju starają się załapać stale - ale na samym polu walki nie zawsze już znajdują sił i chęci na ścieranie się z wrogiem. Same zaś fazy księżyca, powiązane z wiekiem, mają wpływ na ich motywację.

Dziękuję serdecznie za wysłuchanie i zapraszam do zadawania pytań, jeśli jakieś się nasuwają.
lic. net Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Minister Spraw Zagranicznych, Poseł, Prezes Policji Krajowej, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Maharadżacie Tirimudzii i Trizondalu, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Kartograficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Posiadacz 158 folwarków, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016.

Offline Maciej Kamiński

  • Grand
  • Moderator
  • Entuzjasta
  • ******
  • Wiadomości: 11835
  • : 228
  • Płeć: Mężczyzna
  • Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości
    • NPE: BI13111700005
  • Stopień służbowy Stopień w Policji Krajowej RB
    • Zobacz profil
    • Odznaczenia
Odp: Półeczka (prace autorstwa Maćka)
« Odpowiedź #1 dnia: Wto, 02 Lut 2016, 23:38:54 »
Wiersz z 15 września 2015

"O AIDS"

Spójrz,
Mrok zapadł nad miastem,
Jesteśmy zgubieni.
A nie,
To tylko Aleksandra,
Zamówiła kontener kawioru.

Spójrz,
Bezlitosna szarpanina za rogiem,
Ktoś grozi innym.
A nie,
To tylko Izabella,
Przeprowadza kampanię wyborczą.

Spójrz,
Wieści z kraju nieprzyjaznego,
Obcy wpłynął do portu.
A nie,
To tylko Dostojewska,
Z mężem jest na wakacjach.

Spójrz,
To mafia nadciąga,
Przemycają kosztowności tony.
A nie,
To tylko Swarzewska,
Organizuje remont w swym domu.
lic. net Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Minister Spraw Zagranicznych, Poseł, Prezes Policji Krajowej, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Maharadżacie Tirimudzii i Trizondalu, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Kartograficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Posiadacz 158 folwarków, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016.

Offline Maciej Kamiński

  • Grand
  • Moderator
  • Entuzjasta
  • ******
  • Wiadomości: 11835
  • : 228
  • Płeć: Mężczyzna
  • Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości
    • NPE: BI13111700005
  • Stopień służbowy Stopień w Policji Krajowej RB
    • Zobacz profil
    • Odznaczenia
Odp: Półeczka (prace autorstwa Maćka)
« Odpowiedź #2 dnia: Pią, 04 Mar 2016, 23:33:39 »
Pełna wersja opowiadania, dłuższa od tej opublikowanej przez Fryca o nieco ponad 100 słów. No bo, wiecie, regulamin.
Cytuj
„Historia kubika Halabeusza”

Moja smutna egzystencja rozpoczęła się, gdy w jednym z okresów godowych moja matka, Gawasura, spotkała po raz pierwszy i ostatni mojego ojca. Wedle opowiadań mej rodzicielki, był to dość lichy kubiłaj, ale przyjęła go, gdyż jako jedyny się nią zainteresował. Nic w tym dziwnego, miała wtedy mniej niż dwa lata. Była to jej pierwsza ruja, a wnioskując po zachowaniu samca, uznawała, że również i dla niego były to pierwsze w życiu gody. Starsze samice w stadzie wyśmiewały się z młodej Gawity, ta jednak jako jedyna w tej rui zaszła w ciążę. Spowodowało to dość sporą agresję wśród bardziej wiekowych klaczy, co zmusiło matkę do opuszczenia swego dotychczasowego terytorium. Galopowała, ile sił w chudych, kubikowych nogach, a leciały za nią kamienie. Żaden z nich nie trafił, gdyż na szczęście nasz gatunek charakteryzuje się brakiem palców, co przekłada się na poważnie ograniczone możliwości celowania przy rzucie (wykonywanym pyskiem).

Potem mą rodzicielkę spotkało jeszcze wiele nieszczęść. Z jakiegoś powodu wszystkie napotkane przez nią drapieżniki celowały w brzuch, i nawet nie starały się jej śmiertelnie zranić, a jedynie uszkodzić dziecię, które nosiła pod swymi pręgami. Tak, świat nienawidził mnie jeszcze zanim się narodziłem. Ostatecznie, okazałem się wcześniakiem. W dwunastym miesiącu ciąży matka nieopatrznie przystanęła na terytorium należącym do ćpunki. Upojona kapimiętką gospodyni wymierzyła jej potężnego kopniaka. I tylko zgadnijcie, w którą część ciała trafiła?

I tak oto przyszedłem na świat, dwa miesiące przed czasem. Gawasurę jednak to ucieszyło, gdyż wreszcie nie była sama. Niestety, przedwczesne narodziny, wywołane brutalnością okrutnej rzeczywistości, musiały odbić się na mojej kondycji. Przez pierwszych kilka dni nie byłem w stanie chodzić, rodzicielka nosiła mnie w pyszczku. Ponadto, mój język nie jest długim, niebieskim jęzorem kubiłaja, lecz krótkim, zielonym, bezużytecznym organem. Po dziś dzień oczy i uszy muszę czyszczone przez matkę, co jest dopełnieniem całej kolekcji powodów, dla których moja egzystencja jest marna.

Po pożywne pąki drzew muszę się wspinać. Wykrzywione siłą uderzenia naćpanej klaczy nogi mego osobnika znajdują tu zastosowanie. Niestety, prowadzi to do nowych problemów. Gigantyczne kuny, z którymi normalnie nasz gatunek nie ma problemów, gdyż się z nimi nie styka, mają mnie na widelcu. Moim jedynym ratunkiem przy spotkaniu z nimi jest zeskoczenie na ziemię, co kończy się zawsze co najmniej zwichnięciem czegoś. Matka zawsze musi mi potem regulować stawy, co łamie jej serce, gdyż żal jej być przyczyną bolesnych jęków tej jej niedorajdy. Chciałaby dla mnie jak najlepiej, ale nie może nic poradzić.

Jest coś, co dobiłoby biedną Gawitę do reszty, gdyby się tego dowiedziała. Chce oddać swojego małego Habcia pod opiekę jakiejś czułej, zaradnej, młodej klaczy. Zakładając nawet, że jakaś zechciałaby taką nędzną podróbkę kubiłaja, jak ja, trzymać przy sobie jak własne dziecko, miast odprawić po porze godowej, jak normalnego, silnego samca, to pogłębiłoby tylko depresję, w której bezustannie się znajduję. Otóż, nie potrafię pokochać kubiłajki. Swoimi uczuciami obdarzyłem bowiem inny byt, a nadzieja na zdobycie jego serca to jedyne, co powstrzymuje mnie od rzucenia się w przepaść.
Jest to jedyny…

Wyjątkowy…

Cudowny…

Wspaniały…

Doskonały…

Pułkownik Iversen. Tak, wiem, to dość dziwne, że kubiłaj zakochał się w człowieku. Ale mnie nie obchodzi, ile chromosomów nas dzieli – kocham duszę, nie ciało. A duszę ma przecież każdy z nas. Widziałem go kilka razy, jak mknął samochodem Marii von Primisz przez górskie łąki Jahołdajewszczyzny, mój dom. Jego mundur, pełen dziur po pociskach wrogów, renegatów i sabotażystów, jego silna ręka, trzymająca torbę z tajnymi depeszami, i jego długie loki, wijące się niczym żmije zygzakowate poszukujące ofiary, to coś magicznego, co już przy pierwszym ujrzeniu omal nie przyprawiło mojego małego, biednego serca o zawał. Od tego momentu wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie myśleć o nikim innym. Pułkownik to mój senpai. Ja zaś mam nadzieję, że kiedyś mnie dostrzeże. Choć z każdym dniem tracę ją coraz bardziej. Teraz, gdy opuścił ojczystą ziemię i przeprowadził się za morza, tylko cud mógłby mnie wybawić od spędzenia życia wyłącznie na cierpieniu z tęsknoty.

Ukończyłem w tym roku dwa lata. Nadszedł czas na moją pierwszą ruję. Myślałem nad tym, żeby z wysokich traw zrobić atrapę kubiłajki. Matka byłaby przeszczęśliwa, obserwując, jak z nią kopuluję. Z powodu swojego słabnącego wzroku (efekt jednej z wielu smutnych historii jej życia) nie dostrzegłaby oszustwa. Po krótkim dumaniu nad tą sprawą doszedłem jednak do wniosku, że na dłuższą metę nie ma szans, żeby to podziałało. W końcu kiedyś poprosi mnie, żebym przyprowadził swoją wybrankę na kolację. Z tak bliska bez wątpienia wykryje podstęp. Zrezygnowany skierowałem się w kierunku łąki, gdzie zbierały się już kubiłaje w każdym wieku. Gdy zbliżyłem się do niej odpowiednio, usłyszałem dzikie ryki i piski. Zapewne to pary, które zdążyły się dobrać, cieszyły się szczęściem. Już miałem rozpłakać się nad swoim nieszczęściem, gdy dotarło do mnie, że w tych odgłosach jest coś niecodziennego, jak na ich spekulowane przeze mnie źródło. Nadstawiłem swoich nieco przykrótkich uszu, by zlokalizować źródło tych dźwięków. Było ono dosyć daleko, na granicy terytorium mojej matki. Nie powinienem się tam zapuszczać, gdyż jest to ścieżka migracji rozrodczej samców, z których naturalną w tym okresie agresją moje siniaki po kunach ze wszelkim prawdopodobieństwem nabrałyby nowych odcieni fioletu, jednak coś mnie tknęło, by zaryzykować i dać się ponieść ciekawości. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że pokierowało mnie serce i moja kubikowa intuicja. Z każdym krokiem coraz jaśniej do mnie docierało, co jest źródłem tych dźwięków, a wraz z tym przekonaniem rosło też moje tempo. Powtarzałem sobie, że to niemożliwe, że moje wadliwe bębenki na pewno robią mnie w bambuko… Az dotarłem na miejsce. To, co ujrzałem, zmroziło mi krew w żyłach.

To był mój pułkownik, atakowany przez dzikie rosomaki. Na swoim potężnym ciele miał wiele ran, a jego wspaniały mundur był w strzępach. Szybko rozważyłem, co muszę zrobić. To prawdopodobnie jedyna szansa, bym wreszcie mógł być szczęśliwy, i za nic w świecie nie mogę jej zmarnować. Muszę ocalić pułkownika, choćbym miał oddać własne życie. Za trzy sekundy blisko niego mogę dać się rozszarpać. Rozszarpać… rozszarpać… rozszarpać…?

W jednej chwili przypomniałem sobie słowa matki o tym, jak bronić się przed tymi dzikimi bestiami, jeśli kiedyś bym na przedstawiciele tego gatunku wpadł. Pięta achillesową rosomaków jest ich największa zaleta – potężny zmysł węchu. Znakomicie sprawdza się w tropieniu, jednak bardzo słabo radzi sobie z wysokimi stężeniami. By odstraszyć rosomaka, wystarczy, że splunę na niego – kubiłajowe feromony w ślinie załatwią resztę.

Tutaj jednak było ich całe stado. Poważnie wątpiłem w możliwość unieszkodliwienia przez jednego, marnego kubika z krzywymi nogami, to jest, mnie, aż tylu naraz. Jeżeli mi się nie uda, to każdy nietrafiony rzuci się na mnie i rozerwie na strzępy. Zaraz jednak zganiłem siebie za takie myślenie. W końcu, tu na strzępy rozrywany jest jedyny powód, dla którego jeszcze się nie zabiłem. Jeśli pozwolę mu tu umrzeć, to bez znaczenia, że mnie zeżrą – w końcu, i tak bym po tym wszystkim targnął się na własne życie.

Zebrałem się w sobie i zacząłem wykonywać gardłem tak dynamiczne ruchy, jak nigdy dotąd. Zebrałem charch tak wielki, że wyciekał mi z pyszczka, i przepchnąłem go całą mocą swego małego, zielonego języka, przez wargi, zalewając rosomaki deszczem, jakiego żaden kubiłaj jeszcze nie wytworzył. Wszystkie uciekły w popłochu. Byłem z siebie dumny. Po raz pierwszy w życiu.

Na ziemię jednak sprowadziły mnie jęki pułkownika. Wszystko go najwyraźniej bolało. Nic dziwnego. Kły i pazury tych potworów wbiły mu się niemal wszędzie. Stracił mnóstwo krwi. Powinienem być subtelniejszy z tym, ale emocje wzięły górę. Bez głębszego namysłu, wykrzyczałem głośno:

- Pułkowniku! Kocham Cię! Kocham Cię całym moim kubiłajowym sercem!

Iversen słysząc to, w swoim potwornym bólu był w stanie zdobyć się na uśmiech. Zaczął szeptać odpowiedź:

- Moje serce… należy do…

- Tak? Tak?! – darłem się.

Iversen słabł z każdą sekundą, przez co pękłem. Choć chciałem dodać mu potrzebnej siły, nie mogłem już dłużej utrzymać łez. Zalałem się nimi niczym mały źrebak. Pułkownik szeptał tak cicho, że nawet moje kubiłajowe uszy nie były w stanie wyłapać jego słodkiego głosu. Starałem się czytać z ruchu warg, ale mokre oczy skutecznie mi to utrudniały. Wyłapywałem jedynie pojedyncze głoski: „i… a… h… e… a…”. Czy to jednak możliwe? Czy on, czy on… O dobry atamanie… On powiedział… Tak, na pewno powiedział…

… że jego serce należy do… kubiłaja Halabeusza.

Ponownie emocje wzięły nade mną górę. Nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem jedyne, co mogłem. Zacząłem go całować. Mój język zetknął się z każdym centymetrem jego wspaniałego ciała.  Każda krwawiąca rana została oczyszczona. Mój marny język świetnie manewrował na tych małych powierzchniach. Wreszcie poczułem się jak prawdziwy kubiłaj. A to wszystko dzięki mojemu senapiowi. Mojemu pułkownikowi.

Biedak jednak gasł na moich oczach. Moja miłość mogła go ocalić, na pewno, ale ten sposób jej okazywania nie działał. Wprawdzie zatamowałem krwawienie, ale Iversen utracił już zbyt dużo krwi. Potrzebny był tu cud. Po takim dniu jak ten wiedziałem jednak, że nadzieja nie zostawia tych, którzy ją mają. W jednej chwili wiedziałem już, co muszę zrobić.

Wziąłem na swój grzbiet to boskie ciało. Ile sił w kopytach pogalopowałem do świętych gór Jersuwa. Odnalazłem zarośniętą krzewami jaskinię. Tak, jak w przepowiedniach Tego Guza, to w tym miejscu życia mogą być ocalone przez miłość. Ułożyłem pułkownika wygodnie, i przykryłem jego członki rozrzuconym po okolicy gruzem. Bez munduru może być mu zimno, więc taka kołdra z pewnością się przyda. Złożyłem jego przednie kończyny w święty gest Bajdżulów. To zapewni mu pomyślność bogów.

Od tego dnia wracam codziennie do groty. Wreszcie mam z kim dzielić się swoimi rozterkami i przemyśleniami. Pułkownik zawsze uważnie słucha, niezmiennie ze swoim drobnym uśmiechem, który dodaje mi pewności siebie. Spędzam tu do ośmiu godzin dziennie. Na koniec zawsze uprawiamy czułą miłość. Żałuję jedynie, że Iversen nigdy nie udziela mi odpowiedzi. Przypuszczam jednak, że bogowie jako ofiarę wzięli jego głos. Energia płynąca z tego perlistego, delikatnego brzmienia zapewne dodaje im mocy, by przywracać go do zdrowia. Ja cierpliwie czekam. Kiedyś pułkownik się przebudzi. I wtedy osiągnę pełnię szczęścia.
lic. net Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Minister Spraw Zagranicznych, Poseł, Prezes Policji Krajowej, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Maharadżacie Tirimudzii i Trizondalu, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Kartograficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Posiadacz 158 folwarków, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016.