Szczerze powiedziawszy, to taki system, oparta o rolnictwo, które, jak pan Pawlak powiedział, jest podstawową gospodarki, odpowiadałby mi bardziej od obecnego. Być może mam jakieś sentymenty do agrarystycznej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdzie system gospodarczy oparty jest o podobny schemat. Mam w zasadzie trzy zastrzeżenia. Pół hektara za jeden folwark? Chyba troszku mało, przecież to prawie nic, zakładając, że folwark równa się z grubsza jednej wsi. Po wtóre, żeby zaimplementować taki system gospodarczy, to trzeba by było wymyślić jakiś algorytm (ki diabeł wie, jak to się nazywa), dzięki któremu moglibyśmy wyczyszczać zależności pomiędzy zebranymi plonami a ceną maszyn rolnych, tak, by nie okazało się, że ktoś po miesiącu zbierania zmienioków, może sobie kupić kombajn i z drugiej strony, by na zakup zwykłego ursusa nie musiał czekać cały rok... Po trzecie, należałoby rozważyć kwestię "otwartości" takiego systemu gospodarczego, czyli należy wprowadzić jakąś sumę pieniędzy do puli, by były one ciągle w obiegu. Jeśli będziemy operować na nieograniczonych dochodach, to może się okazać, że pieniądz (czy raczej te "kilogramy"), zaczną tracić na wartości, bo będzie ich na rynku tyle, że każdy będzie mógł mieć prywatne stada kombajnów zdobyte stosunkowo łatwą pracą.
Ale w ten sposób stare dziadygi będą niemożliwymi do przebicia oligarchami rolniczymi.
I bardzo dobrze. W końcu moje folwarki przydadzą się na coś innego, poza tłumieniem buntów chłopstwa.