Sprawa jest prosta. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami zbierały się OPMy lub inne kongresy czy zjazdy, aby debatować nad opracowaniem wspólnej mapy uznawanej przez wszystkie państwa. Ile to wrzawy nie było i deklaracji "my uznamy! (bo nam pasuje)", "my nie uznamy (bo nam nie pasuje)", itd. Byli też kartografowie, jak Pel Nander, który popełniał według mnie błąd, bo jeździł i prosił o uznanie jego map. Powstał też w Dreamlandzie KIK pod moim kierownictwem, który po prostu rysował mapy na podstawie własnych obserwacji i analiz, i nie prosił nikogo o ich uznawanie. W końcu moje prace same się obroniły mimo pewnych kontrowersji (Sambanafryka to Nordata? Baridas znakowany takim czy innym kolorem? itp.). Z walką z kloningiem może być podobnie, jeśli do sprawy będzie się podchodzić obiektywnie, a nie na zasadzie, że Hasseland nie lubi się z Dreamlandem lub Sarmacją (niektórzy powiedzą, że Dreamland też się może nie lubić z Sarmacją, ale jednak są rzeczy ważniejsze niż sympatie) i tylko dlatego nie walczy z kloningiem. Obiektywizm pomimo krytyki i niechęci pewnej grupy krajów jest niezbędny. Za mało sami się oceniamy, a "konwencja" do walki z kloningiem może przybrać również wymiar oceniający wszystkie państwa pod tym względem. W końcu dojdzie może do sytuacji, że te zaczną ze sobą konkurować przez przejrzystość i uczciwość, bo inaczej stracą w ocenach całej społeczności międzynarodowej.
(-) Daniel książę von Witt