Autor Wątek: Noklezja - reportaż  (Przeczytany 313 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Konstanty Jerzy Michalski

  • Immanuel Kartografii Tamostosowanej
  • Obywatel
  • Bohater
  • ****
  • Wiadomości: 2164
  • : 21
  • Płeć: Mężczyzna
  • GG: 50930927
    • NPE: BI13111600010
  • Stopień służbowy Stopień w Siłach Zbrojnych RB
    • Zobacz profil
    • Odznaczenia
Noklezja - reportaż
« dnia: Nie, 14 Sie 2016, 21:10:14 »
Cytuj
Reportaż z dzikich stepów noklezyjskich i okolicznych terenów
dzień pierwszy

Wylądowałem na lotnisku w Miedżnodwoje, pośrodku półwyspu kantyckiego około osiemnastej czasu lokalnego. Gdy tylko wysiadłem z samolotu Air Bialenia, który niestety do tej zapyziałej mieściny wysyłał samoloty transportowe, więc siedziałem między klatkami z kurami i materiałami budowlanymi rzucił mi się w oczy socrealistyczny gmach. Jedyny mój współpasażer, profesor architektury pod siedemdziesiątkę od razu rzucił beznamiętnie "Wczesny brutalizm grutinistyczny.". Ciężko określić inaczej ten gmach, nędzny i pusty niczym lotnisko w niedalekim, wenedzkim Radomiu. Jednakże, jak zwykle w Brodrii, nędza musi dopełniać się z monumentalizmem, i rzeczywiście, gdy tylko wchodziło się do gmachu od strony pasów startowych można ujrzeć całą salę pełną betonowych kolumn. Na podłodze marmurowa posadzka, ale z powyrywanymi płytami. U góry żyrandole godne Bursztynowej Komnaty, ale z poobrywanymi kryształami i z wypalonymi żarówkami. A we wnękach między kolumnami stylizowanymi na coś pomiędzy stylem romańskim, a korynckim, kilkudziesięciu żebraków w łachmanach, niektórzy w adidasowych dresach. Gdy tylko weszliśmy słychać było pomrukiwania "Dajcie kniazie dwa śewe, pażausta.". Tutaj czas się zatrzymał na epoce Kaniewskiego.

Kontrola graniczna przebiegła niezbyt sprawnie, głównie dlatego, iż sprawował służbę szczęśliwiec mający około osiemdziesiąt lat, który mimo, że dawno powinien iść na emeryturę, kurczowo trzyma się stanowiska. Zapewne dlatego, że to chyba jedyna praca ze stałymi zarobkami w okolicy. Zeszło mu z pięćdziesiąt minut na każdym, pomimo, że sprawdzano jedynie paszporty. Cóż, mogło być zawsze gorzej. Przed drzwiami wyjściowymi do lotniska królowała wielka statua Grutina z oberwanym ramieniem. Ramię leżało sobie na trawniku obok. Nikt nawet nie zadał sobie trudu przenieść je na wysypisko, o ile takie pojęcie tutaj w ogóle występuje. Na prawo i lewo też można zauważyć ten niezbyt ciekawy stan rzeczy, znajdował tam się parking dla lotniska. Było pusto i ponuro, a w samym środku stała stara łada, zapewne celnika. Żadnych przyjezdnych i wyjeżdżających. Stąd się najwyraźniej nie wraca.

Szybko przeszliśmy długą, czteropasmową aleją drogę do pałacu gubernatora. Po prawo i lewo - pole. Dosłownie, aleja ta prowadziła pośrodku niczego. Gdyby spojrzeć na mapę tego miasta, w samym jego centrum znajduje się pole, w tym roku akurat ugór. Ciężko powiedzieć na skutek czego, zaczepiając miejscowych dowiedziałem się mniej-więcej tyle, że to pole tutaj zawsze było i będzie. Bądź co bądź, znikąd aleja rozszerzyła się i przeszła w ogromny plac. Tutaj wreszcie zaczęli się zjawiać ludzie, ale najwyraźniej celem ich wędrówki nie był sam plac, a okoliczne sklepy monopolowe. Dookoła placu znajdowały się ogromne i monumentalne, aczkolwiek zaniedbane i przestarzałe niczym Leblandia socrealistyczne konstrukcje. Połączenie bloku z kamienicą, a na tychże - płaskorzeźby przedstawiające Grutina jako przodownika pracy wykonującego plan narodowy.

Woleliśmy się nie zatrzymywać, mając pewne dziwne przeczucie, że za każdym rogiem czekają grupy miłych panów w ubiorach sportowych, w pełni dysponowanych, ale to chyba raczej oczywiste. Gdy tylko zaczęło się ściemniać, a my maszerowaliśmy we mdłym świetle latarni, słychać było okrzyki pokroju "Bialeńskij szpion!" i trzask pękających butelek po wódce "Smirnow", których to części leżały na chodnikach. Przyspieszając tempa dotarliśmy wreszcie do pałacu gubernatorskiego. Jak widać wcześniejszy gubernator nawet o niego nie potrafił zadbać. W środku było nieźle w porównaniu do wszystkiego co jak dotąd zobaczyliśmy, aczkolwiek wyglądało to jak pensjonat na hasselandzkim wybrzeżu. Na zewnątrz z kolei - budynek został okradziony z granitowych płyt które niegdyś go pokrywały. Obecnie nawet kostka brukowa w dziwaczny sposób zniknęła. Ostatecznie poszedłem do sypialni gubernatorskiej, zdumiony, zdegustowany, ale przede wszystkim ciekawy co przyniesie dzień jutrzejszy. 
/-/ Konstanty Jerzy wielki kniaź Michalski
Immanuel Kartografii Tamostosowanej
Rednacz Gazety Bialeńskiej