Sądzie o Odpowiednim Wzroście!
Chciałbym rozpocząć odpowiedź od wniesienia o palnięcie oskarżyciela ze słuszną siłą w tył głowy solidną, bukową pałką z sękiem po trzykroć za ignorowanie tak kluczowej w niedawnej reformie zasady lex severior retro non agit - i w związku z nią właśnie, wnoszę też o całkowite oddalenie już na wstępie zarzutów stawianych na podstawie obecnego Kodeksu Karnego i kierowanie się w procesie jedynie Kodeksem Cywilno-Karnym obowiązującym w momencie czynu, którego sprawa dotyczy (z uwagi na fakt, że przedmiot aktu oskarżenia był podówczas "zagrożony" w najniższym wymiarze, który jest tu sugerowany, chłostą i czynem społecznym, a nie blokadą dostępu do kraju i dodatkowo potencjalnym pozbawieniem uprawnień do wykonywania określonej funkcji).
Następnie zaś, przechodząc do uzasadnienia wniesionego aktu oskarżenia, chciałbym zrobić to w punktach, rozkładając akt na czynniki pierwsze. Zacznę od stwierdzenia, iż zastrzelona nie wypełniła znamion tego wykroczenia. Wczytując się w podany w tej sprawie wyrok, muszę stwierdzić, iż jest to w przytoczonym kontekście co najmniej duża manipulacja. We wspomnianym wyroku czytamy, iż: "Oskarżona rzeczywiście nie zastosowała się do kultury słowa pisanego", natomiast sugerowana w owym wyroku nulifikacja owych win, stanowiąca podstawę uniewinnienia, została w akcie oskarżenia wspomniana jako fakt dodatkowy, ergo poboczny. Odnosząc się zaś do owego faktu pobocznego, muszę także stwierdzić, iż całkowicie nie zgadzam się z myślą, że ustawa o Policji Krajowej obligowała mnie w takiej sytuacji do "poinformowania w sposób dostatecznie zrozumiały o popełnianych błędach", jako że w tej sytuacji nie kierowałem się nawet przepisami z ustawy o Policji Krajowej w ogóle, bowiem ta na moment interwencji mówiła jedynie o areszcie do dni pięciu, zatrzymaniu prewencyjnym, cenzorowaniu i zamrożeniu majątku. Zakładając jednak na moment, bezpodstawnie i poza prawem robiąc to na korzyść oskarżyciela, i poprawiając w myślach jego słowa dotyczące aktu prawnego będącego podstawą wytoczenia sprawy na "ustawę-kodeks wykroczeń", w dalszym ciągu argumentacja się nie trzyma, jako że mowa jest jedynie o recydywie (czyli ponownym popadnięciu w sytuację grożącą karą), a nie mówieniu przez funkcjonariusza jak krowie na rowie, co kto źle zrobił, zwłaszcza, że wskazana rozmówczyni już w przeszłości miewała problemy z tego powodu - nie tylko zresztą z tego jednego. Rozumiem, że interpretowanie tej sytuacji zachodziło wedle tej definicji tego wyrazu (jednej z kilku), która była najbardziej dla zastrzelonej korzystna - ale w takim wypadku, wobec braku jednoznacznie określonych prawnych definicji, należałoby logicznie to samo zrobić i w tej sprawie. Co do niezauważalnej złośliwej recydywy - to już najzwyklejsze w świecie kłamstwo, bowiem wspomniany wyrok nie wspomina o tym ani słowem, choćby i nawet przez implikacje. Kontynuując, mamy rzekomo obciążające mnie twierdzenia o tym, że zastrzelona nie była świadoma, iż może złożyć odwołanie od tej decyzji, co jest już kompletną kpiną. Pomijając fakt, że owa osoba była, jak nadmieniłem wcześniej, wielokrotnie na bakier z prawem w przeszłości, co jej nieświadomość co do działania tych niezmienionych od czasu jej konfliktów z Temidą mechanizmów włożyć albo między bajki, albo między tragikomedie o śmieszno-strasznych skutkach nieświadomości nakazuje, to zachodzę się w głowę, który przepis uzasadnia takie rozumowanie, i od kiedy można policjanta rozliczać ze spraw przeznaczonych logiką dla prawników, a teorią i praktyką dla nikogo. Jeśli zaś chodzi o zasadę nemo iudex in causa sua, to, jak nadmieniłem w przeszłości w czasie jednej z dyskusji, nie przetestujemy już takiej możliwości, ale w takim wypadku, kierując się właśnie tą piękną łacińską sentencją, należałoby przyjmowanie odwołań przypisać osobie pełniącej obowiązki prezydenta - jako, że wystąpiła przez te 7 dni nieobecność głowy państwa. Pozostając w temacie, pragnę też zwrócić uwagę, że wszystkie kary z kodeksu wykroczeń są od razu wydawane przez policjantów (art. 4), a nie jedynie nakładane (p. 1 art. 11), co oznacza, że w świetle prawa zwyczajnie niemożliwe było "wciśnięcie" czasu na odwołanie pomiędzy podjęcie decyzji o ukaraniu a wejście skutków tej kary w życie, ergo, wyprzedzając powtórzenie przez oskarżyciela w sądzie jego twierdzeń sprzed złożenia aktu dotyczących tego aspektu sprawy, muszę je podważyć. Co do niemożliwości akceptacji tego, poczekam na wspomniane zeznania, ale już teraz pozwolę sobie przypomnieć Sądowi o Odpowiednim Wzroście testament, bardzo wyraźnie napisany w stylu zastrzelonej, który pojawił się niebawem po jej śmierci, i którego nie podważyła do dziś - nie może on wprawdzie, rzecz jasna, zostać on uznany za wartościowy dowód, jako że nie został opublikowany przez nią osobiście, ale, znając jej osobowość, należy bacznie zwrócić uwagę na fakt, że nie podważyła ona jak dotąd publicznie jego treści w żadnym znanym mi miejscu.
Na koniec pozwolę sobie cicho zaśmiać się, czytając słowa o tym, że "nadużyłem zaufania na swoim urzędzie". Z dwóch powodów - po pierwsze, z uwagi na to, jak na akt oskarżenia czy nawet samo wcześniejsze dyskutowanie o możliwości zajścia nadużycia zareagowały osoby będące obecne w Republice podczas omawianego zajścia (że nie wspomnę już o tym, jak sam oskarżyciel reagował na tę sytuację na bieżąco), a po drugie dlatego, że nawet pomijając wszystko, co powiedziałem, z całą pewnością sytuacja, jaka wówczas w kraju panowała, stanowi całkiem niezłą okoliczność łagodzącą, zwłaszcza połączona z pomocą w powrocie udzieloną zastrzelonej post factum przez oskarżyciela (porady prawne na boku, wpuszczenie z powrotem do Brodrii i Hasselandu, gdy tylko była techniczna możliwość, nieusuwanie z kanału IRC czy nawet, jeżeli by się uprzeć, umyślne pozostawienie bez odwołania wyroku sądowego częściowo podważającego słuszność podjętej wtedy decyzji).
To cała moja odpowiedź na akt oskarżenia na ten moment, dziękuję.