Wieczór był - jak na klimat Wyspy - raczej chłodny. Znad Bystrej wiał wiatr, od którego lekko falowały liście palm na ulicy Konsularnej. Jaskoviakus, który w swym zwykłym, sfatygowanym płaszczu zmierzał w stronę placu Niepodległości, przynajmniej raz ubrany był stosownie do pogody.
Zaledwie przed tygodniem wylądował na podeskwilingradzkim lotnisku. Podróż powrotna z Grodziska była nużąca i długa; odbył ją jednak praktycznie za darmo, ponieważ bilet udało mu się kupić przed sarmacką Katastrofą Abdykacyjną, która sprawiła, że libert stał się niemal bezwartościowy. Znowu.
Tydzień to akurat tyle czasu, ile można spędzić w Eskwilingradzie bez szargania sobie nerwów; wystarczająco wiele, by napisać artykuł do Monitora i tchnąć nieco życia w działalność Rojalistów, ale równocześnie na tyle mało, by nie zirytować się tym, że nie przynosi to oczekiwanych efektów. Dlatego też następnego dnia o tej samej porze Jaskoviakus zamierzał być już w Port Eagle, stamtąd zaś - tak prędko jak to możliwe - planował odpłynąć do Andriejgradu. Czterdziestoośmiogodzinny deadline objęcia dowództwa na OE Aldryk Wielki był zupełnie nieosiągalny, ale nie było powodu, by powiększać spóźnienie.
Jaskoviakus zatrzymał się na chwilę przy pomniku Ursusa. Minęło prawie półtora roku od śmierci El Presidente. Jaskoviakusowi czasem go brakowało. Prystor byłby jednak przypuszczalnie niezadowolony z jego zwrotu ku monarchizmowi. Obaj byli zdecydowanie awersistowscy, ale ta kwestia zawsze ich dzieliła. Dlatego też zgodnie jej nie poruszali.
Jaskoviakus pogładził łysinę, kiedy stanął przed neoispalską kamienicą, nieróżniąca się od innych na placu. Z drzwi zwisały jakieś marne strzępy plakatów, odezw, afiszy etc. Ledwie widoczna spod złogów makulatury była mosiężna cyfra 7.
Pociąg do Port Eagle odchodził wczesnym rankiem. Może jednak w Cafe znajdzie się kompania godna zarwania nocy?
Havelock Jaskoviakus Anonimus -
PRN i PRR Brodę nosi się w sercu. (anonim)
Edytowane przez Jaskoviakus dnia 19-04-2013 23:13
Cheewazz jak co wieczór siedział w Cafe pod Minogą sącząc whiskey przy swoim ulubionym stoliku w ciasnej przejściówce pomiędzy dwiema salami kawiarni. Wielkim plusem tego miejsca było to, iż nikt mu nie przeszkadzał przy samotnym piciu i nie zaglądał w dokumenty i liczne notatki, które lubił przeglądać pomiędzy jedną szklanką bursztynowego napoju a kolejną. Przy stoliku znajdowało się tylko jedno miejsce na którym Cheewazz przezornie powiesił kurtkę tak by nikogo nie korciło się dosiąść.
,,Bufoniasty pseudomonarcha, hehe..." powiedział lekko zachrypniętym głosem do siebie, wpatrując się w jedną ze sporządzonych przez niego odręcznie notatek.
Gdy drzwi Cafe otworzyły się, Cheewazz otaksował przybysza niechętnym wzrokiem mówiącym ,,nawet nie próbuj podejść". Po chwili jednak rozpoznając w gościu starego, dobrego Jaskoviakusa, poczuł jednak, iż on i jego whiskey zniosą dziś jednak jednego kompana. Nawiązawszy więc kontakt wzrokowy ze swoim wrogiem politycznym nr.1 (albo nr.2. W sumie nie wiadomo kto gorszy- Jaska czy Lupinus?) podniósł rękę geście powitania, nie wstając jednak ze swego krzesła, z którym jego potężnemu brzuchowi ciężko i chwiejenym nogom ciężko było się rozstać.
El Presidente Rzeczpospolitej Eskwilińskiej
Kawaler:
*Wielkiego Orderu Złotego Orła za wstęgą
*Królewskiego Orderu Świętego Ducha
*Orderu Zasług Republiki Palmowej III Stopnia
*Krzyża Komandorskiego Orderu Bene Merenti
*Złotego Orderu Cyrkla
Edytowane przez Cheewazz Khadil dnia 20-04-2013 00:02
- Witaj! - Jaskoviakus powiesił swój płaszcz na kurtce Khadila i przysiadł się. - Słyszałem, że znów jesteś ministrem. Gospodarki, dla odmiany. Jakiś polityczny plan czy po prostu tusza nie pozwala Ci wstać ze stołka? - zapytał i z uśmiechem nalał sobie z butelki Cheewazza.
Havelock Jaskoviakus Anonimus -
PRN i PRR Brodę nosi się w sercu. (anonim)
Edytowane przez Jaskoviakus dnia 19-04-2013 23:23
Postów: 192 Miejscowość: Eskwilingrad Data rejestracji: 27.02.12
Dodane dnia 19-04-2013 23:37
Późny już był wieczór. W Cafe pod Minogą atmosfera o tej porze zaczynała gęstnieć. Raul nie pił często, ale jak już, to z rozmachem. Nie słynął z zamiłowania do ostrej jazdy, ale na pewno lubił dobrą zabawę. Bardzo dobrą! Zaprosił więc grono swoich najbliższych znajomych i współpracowników na uroczystą popijawę. Jasna cholera, został premierem! Postanowił się w ten weekend ostro zabawić, a potem odespać, "przekacować" i ostro ruszyć urzędniczo-abstynencki tyłek do roboty. Wśród roześmianych twarzy z grymasem wyraźnego odlotu, wśród których widać było Tomka Antera, czy Kubę Przelaskowskiego panował gwar i śpiew. Wino lało się strumieniami na przemian z rumem i ananasówką kiepskiej marki, zdecydowanie najlepszej i najtańszej "oranżady" w kraju. Niespodziewanie Raul zauważył jak do lokalu cicho wkracza jego stary przyjaciel Jaska. Jak dawno się nie widzieli! Po chwili zaś zasiadł on u boku ministra Khadila, który tego wieczoru postanowił nie włączyć się do premierowskiej biby, mimo dyskretnego zaproszenia. Raul mało delikatnie, lecz niezauważenie wykruszył się z grupki swoich głośnych, radosnych kolegów i skierował się chwiejnym krokiem ku stolikowi Jaskoviakusa i Khadila. "Ocho, ananasówka atakuje", pomyślał, a raczej mruknął pod nosem. Głośno i spektakularnie, lecz w swoim mniemaniu bardzo delikatnie, dosiadł się do ministra i byłego prezydenta. "Jaska!", wykrzyknął, zbijając z mężem stanu piątkę, Khadilowi podał zaś grzecznie rękę i mocno ją uścisnął. Postanowił zagaić, nieco czkając i plącząc język. "Drogi, hik, Cheewazzie, hik. Że powiem, drogi Cheewciu! Hik. Coś nam się, hik, ostatnimi cza-cza-cza-sssy... hik, nie układało. Zakopmy ten, hik, topór! Jak brat z bratem! Dla dobra nas wszystkich, hik! Barman, ananasówka dla panów, hik! Tylko szczodrze! Po seteczce!". Po chwili gruby, wąsaty szef lokalu sprezentował trzem politykom ananasówkę. Hugo ciągnął dalej: Wypijmy za nasz rząd! Hik! I za Eskwilinię! Hik! I za naszą współpra... pra... pracę, hik! Oby nam się wiodło! Będzie dobrze!. Obaj po chwili przyjęli do gardzieli palący nektar eskwilińskiej ziemi. Hugo mocno klepnął Khadila po plecach i wesoło zarechotał. Oby życzenia się spełniły.
Raul Esteban Fidel Hugo, były przewodniczący Rady Rządowej,
Cheewazz starał się zamarkować sarkastycznym uśmiechem to, że bardziej niż słowami Jaskoviakusa przejął się tym, iż przez jego impertynenckie zachowanie, zawartość jego butelki wyraźnie zmalała, czego nie cierpiał. ,,Mówiłem żeby dziś pić samemu?"- zaśmiał się chochlik w jego głowie.
Szklanka Cheewazza- zawsze do połowy pusta
- Don Havelock- pierwszy anarcho-monarchista Najjaśnijszej, hehe. Wybacz, iż nie padłem na kolana przed przyszłym królem naszego państwa- chore kolana. Cóż to za nowe spiski sprowadzają Cię do Cafe pod Minogą? Słyszałem, iż osteryjskie chłodne powietrze lepiej służy politycznym knowaniom? -wyszczerzył zęby, chowając jednocześnie, kartkę papieru, na której bystre oko wytrawnego konspiratora, dostrzegłoby szereg nazwisk pierwszoplanowych polityków eskwilińskich z krótkimi notatkami przy każdym z nich.
El Presidente Rzeczpospolitej Eskwilińskiej
Kawaler:
*Wielkiego Orderu Złotego Orła za wstęgą
*Królewskiego Orderu Świętego Ducha
*Orderu Zasług Republiki Palmowej III Stopnia
*Krzyża Komandorskiego Orderu Bene Merenti
*Złotego Orderu Cyrkla
Edytowane przez Cheewazz Khadil dnia 20-04-2013 00:15
Cheewazz z zażenowaniem przyjął ananasówkę od pijanego premiera. Był zły, że Raul wprowadził gwar do jego samotni. Był wściekły, że zaproponował mu tak kiepski i niegodny jego wyrafinowanego gustu trunek. W dodatku tylko jedną kolejkę! Toteż wypił haustem ananasówkę i szybko popił whiskey. Połączenie smaków obu było ohydne, ale efekt zadowalający.
-Chyba, ktoś Cię wołał tam, Raul...-Cheewazz sugestywnie wskazał sąsiednią salę-.
Ból w jego głowie narastał, o co od razu obwinił hałaśliwego premiera i dopisał to do listy jego przewinień i osobistych zniewag.
Eskwilińska klasa polityczna testuje tegoroczny zbiór ananasów
El Presidente Rzeczpospolitej Eskwilińskiej
Kawaler:
*Wielkiego Orderu Złotego Orła za wstęgą
*Królewskiego Orderu Świętego Ducha
*Orderu Zasług Republiki Palmowej III Stopnia
*Krzyża Komandorskiego Orderu Bene Merenti
*Złotego Orderu Cyrkla
Edytowane przez Cheewazz Khadil dnia 20-04-2013 00:16
Admirał siedział mundurze siedział przy barze w dalszej części Cafe.
Rozejrzał się w około. O, jest Cheewazz. On zawsze lubi pić sam. Pomachał mu ręką dając znak, że jest w środku i nie zaczepiając go zbytnio zamówił pierwszy kieliszek gorzkiej żołądkowej. Znowu Komendantem ! Co za szczęście ! Tylko, żeby żaden dziennikarzyna nie czaił się przed wyjście z Cafe. Nie za dobrze by wyglądał.
Pił tak trochę, dając odpoczynek swojemu ciału. Tyle podziękowań, uśmiechów, uścisków i tak dalej. Porzygać się można.
-Kelner, następna kolejka!
I tak się powtórzyło kilka razy.
Jakoś głośno się zrobiło za nim, w pierwszej sali. Odwrócił głowę.
Jasna cholera! To premier i całe towarzystwo !
Przecież nie pokażę się w tym stanie. Naliczył 12 kieliszków. A może 13?
"Ostatecznym celem i istotą państwa jest potęga, a jeżeli ktoś nie potrafi zmierzyć się z tą prawdą, powinien trzymać się z dala od polityki."
Heinrich Gotthardt von Treitschke
Admirał Maximilian Wilhelm Gottlieb Alexander Reinhold Lothar Guido Theodor Hans Siegfried Albrecht Christian Friedrich Arnold Wolfgang Bernard Heinrich August Otto Freiherr von und zu Wereman
Aurelius wyszedł z budynku Rady Narodowej później niż zwykle. Idąc przez Plac Niepodległości minął po drodze Ratusz Miejski i zatrzymał się przed Kościołem Św. Jakuba. Spojrzał na zegarek - była 23:30. Zastanowił się chwilę. Nagle usłyszał głośny łomot, jakby zamykanych drzwi, a może lepiej powiedzieć wyrywanych. Odwrócił się. Po drugiej stronie placu jego oczom ukazał się taki oto widok: Ledwo trzymający się na nogach Cheewazz Khadil prowadzony przez von Weremana, ktróy wcale nie wyglądał lepiej. Obaj kierowali się w stronę rzeki, ale widać było, że minister gospodarki chciałby jeszcze wesprzeć Cafe pod Minogą paroma auro, bo co i rusz zatrzymywał się i oglądał za siebie. Aurelius pomyślał: jaki minister taka gospodarka - ledwo zipie. Zwrócił się znów w stronę kościoła i już miał zrobić krok na przód gdy usłyszał dziwne skrzypienie, chrząkanie czy coś w tym stylu. No nie - powiedział całkiem głośno i odwrócił się ponownie. Tym razem drzwi nie wytrzymały. Wyleciały z zawiasów pod naporem naszego nowego, pożal się Boże, premiera i jego kompanów. Za nimi wyleciał Jakoviakus, który potknął się o leżącego na drzwiach Hugo. Tylko nie to - pomyślał Luczakius - żeby tylko nic sobie nie zrobił, bo nie wyjedzie do Osterii i będzie mi tu mącił. Na szczęście po krótkiej chwili wszyscy byli już na nogach i zaczęli oddalać się dość chwiejnym krokiem, ale w dobrym tempie. Aurelius wyszeptał przez zęby: Boże widzisz i nie grzmisz. Przywódcy narodu. Też mi coś. Miał nadzieję, że nie zobaczy zaraz El Presidente wytaczanego/wynoszonego z Cafe. Dla pewności odczekał chwilę. Nic się nie wydarzyło. Spojrzał w stronę Pałacu Prezydenckiego i powiedział: Tak, to moje miejsce. Wszedł do kościoła.
Postów: 192 Miejscowość: Eskwilingrad Data rejestracji: 27.02.12
Dodane dnia 20-04-2013 13:25
Nastał ranek. Dobijała 5:30. Premier obudził się na stole. Bez spodni i jednej skarpetki, które leżały dwie sale dalej... W jego pamięci jawiła się gigantyczna dziura. Niezbyt pamiętał co się działo w ostatnich kilku, kilkunastu godzin... Przesadził, grubo, przesadził. Rozejrzał się po lokalu. Zobaczył tylko cicho mruczącego w kącie Tomka. Premier ubrał się, klepnął kolegę z rządu, pomógł mu wstać, przypomniał mu gdzie mieszka i wyekspediował do Po chwili jednak wraz z falą wspomnień uderzył go ból głowy... Widział tylko szybkie ujęcia w stylu próg-drzwi-stół-bęc. Gdzieś majaczyły mu twarze Khadila, Weremana, Jaskoviakusa... Wiedział, że coś się stało... Ach! Khadil! Co za żenada... Nawalony premier próbuje się bratać z wicepremierem... Coś trzeba było coś z tym zrobić.
Czym prędzej wrócił do domu, starając się nie oddać anansówki eskwilingradzkiej ziemi. Socjalne mieszkanie. Klitka, kawalerka, bardzo ciasno. Łóżko, biurko, a na nim telefon. Jawił się jako zbawienie. Przewertowawszy leżący na biurku notes, przepisał numer telefonu wicepremiera Khadila wybrał go i zadzwonił. Witam, Hugo z tej strony. Cheewazzie, chcę przeprosić za wczorajszą burdę... Wszyscyśmy zawinili, Aurelius nam świadkiem. On do kościółka na poranną mszę, a my się przewalamy po ulicach stolicy... Ale ananasówka mi akurat smakowała... Przepraszam, za wczoraj, ale liczę, że mi wybaczysz... Sam wiesz, jak to jest popić
Raul Esteban Fidel Hugo, były przewodniczący Rady Rządowej,
Aurelius wrócił do domu ok. 1 nad ranem. Szybki prysznic i przed zaśnięciem zdążył jeszcze wysłać rozliczenia finansowe do Khadila. Jak oprzytomnieje, to będzie miał zajęcie - powiedział z uśmiechem i zasnął.
Wolna sobota, 9 rano, Aurelius siedząc przy stole przy misce płatków owsianych z mlekiem przyglądał się swojemu telefonowi. Jak dobrze, że zatrzymałem się przy św. Jakubie, ile wspaniałych rzeczy ominęło by mnie gdybym od razu poszedł do domu. I to - wziął telefon do ręki. Mała rzecz, a cieszy. Wiedział już co powinien zrobić. To będzie gorący, polityczny weekend. Tak. Do dzieła.
Włączył telefon, komputer i po 10 minutach był już w drodze do siedziby Rady.
Donowie, za dwa fragmenty z niniejszego wątku jestem Wam głęboko wdzięczny. Są to:
Don Havelock- pierwszy anarcho-monarchista Najjaśnijszej
- copyright by Cheewazz, a także
Za nimi wyleciał Jakoviakus, który potknął się o leżącego na drzwiach Hugo. Tylko nie to - pomyślał Luczakius - żeby tylko nic sobie nie zrobił, bo nie wyjedzie do Osterii i będzie mi tu mącił.
- copyright by don Luczakius. Gratias ago. Kiedy znudzi mi się mój obecny podpis, na pewno wylądują w nim te cytaty.
Havelock Jaskoviakus Anonimus -
PRN i PRR Brodę nosi się w sercu. (anonim)
Skocz do Forum:
Logowanie
Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem? Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.