Pisma nieopublikowane

Awatar użytkownika
August dlS
Posty: 249
Rejestracja: 31 paź 2022, 17:53

OBYWATEL

ODZNACZENIA

Pisma nieopublikowane

Post autor: August dlS »

Szanowni,
Postanowiłem, wiedziony rzecz jasna egoizmem i samouwielbieniem, otworzyć moją małą biblioteczkę wstydu, pełną dzieł poronionych, nieukończonych, porzuconych, takich, które straciły sens istnienia jeszcze przed albo tuż po ukończeniu. Raczej nie ujrzały one światła dziennego Forum Insulium (tak, brzydkie nawiązanie do Forum Romanum, mea culpa) - aż do teraz.
Moja decyzja wynika głównie z tego, iż uważam zasadniczą część zawartych w nich konceptów za na swój sposób interesujące. Może ktoś potraktuje to jako galerię ciekawostek mikronauty, a może kto inny kiedyś zaczerpnie z tego inspirację (choć to raczej zbyt śmiałe przypuszczenie). Tak czy owak może już bardziej przydadzą się tutaj, jako rekwizyty na wystawie osobliwości, niż upchnięte w składziku opatrzonym napisem "nie do druku". Zaznaczam z góry, iż wszystkie są mojego autorstwa.
Czujcie się ostrzeżeni. Stan w większości oryginalny, ewentualnie lekkie poprawki wizualne/usunięcie niedziałającego zdjęcia itp.


PISMA HISTORIOGRAFICZNE

Poniżej ukazanych jest kilka szkiców do - nigdy nie ukończonej - historii Amatorii. Nigdy nie miałem czasu i dostatecznego zapału, by spiąć to wszystko razem, nad czym głęboko ubolewam.

Historia Amatorów, listopad 2021

HISTORIA AMATORÓW

AUGUST DE LA SPARASAN





Historia Amatorów





Pracę niniejszą dedykuję Jego Cesarskiej Mości Cesarzowi Zjednoczonego Państwa Voxlandu i Westlandu, całej Czcigodnej Rodzinie Cesarskiej oraz Szanownym Współobywatelom

Æmætöréñiščh grændæ!
(Wielka Amatoria!)


Wstęp do dziejów

Nie tak dawno temu zakończyłem pisanie Historii przedinternetowej Marsylii, skromnego dziełka dla wąskiej grupy osób, którą może w przyszłości przeczyta owa nieliczna grupa. Czyli w zasadzie jest to spełnienie pierwotnego założenia. Piszę to przed zapisaniem choćby jednego zdania właściwej części dzieła. Zebrałem jednak już informacje i mam podstawy do tworzenia. Mogę jednak z gruntu ostrzec, że to też publikacja głównie dla zainteresowanych tematem i osób pozostałych zapewne nie zadowoli. Mówię jednak trudno i zapraszam do przeczytania choćby tą niewielką grupę pasjonatów.





Okres wczesny. Prokrastynat jako patriarcha narodu amatorskiego na kontynencie¹

Opowieść ta zaczyna się w 1016 roku, kiedy to Prokrastynat Tragikos (979-1057), syn króla Mapcynii Amelodiusza Rötröræböša, po przegranej walce o władzę w postkiryjskiej Mapcynii przeprawił się przez Morze Voxlandzkie na tereny kontynentu nordackiego. Zaraz po wylądowaniu ogłosił, iż będzie tworzył swój Saganat w tymże miejscu






¹Jako, że opisuję tu dzieje Amatorów z Nordaty kontynentalnej zainteresowanych ich najbardziej pierwotnymi dziejami na Voximie, miejsca z którego przybyli, odsyłam do Historii przedinternetowej Marsylii.
Historia najnowsza Amatorii, listopad 2022
Szanowni Państwo,
Najnowsza historia Krainy Ludu, jaką jest Amatoria, pozostawała przez długi czas zagmatwana, enigmatyczna i nieznana. Najwyższy czas zatem wsiąść lampę świetlistej wiedzy i odgarnąć mrok z tej enigmatycznej niewiadomej.

Dröxviñérš - Amatorzy w wieku XVII

Wielka, długa i burzliwa wędrówka Amatorów po Nordacie napotkała punkt zwrotny za sprawą wybitnej osobistości, spowitej jednak legendami: Aahalta, zwanego także Waheltem (Væhlt). Nie jest wiadome nic o czasie i okolicznościach jego urodzenia, z pewnością jednak, wbrew sentymentalnym ludowym legendom, nie wywodził się spośród szeregowych nomadów z hordy, a raczej jego rodzina miała ugruntowaną pozycję. Nie czyni to jednak aż tak dramatycznej różnicy w poziomie życia: Amatorzy (a właściwie wówczas jeszcze Proto - Amatorzy) podróżowali konno, co bogatsi na wozach, osłonięci namiotami ze skór bądź tkanin. Wszyscy musieli posiadać broń, horda nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie. Kobiety i dzieci, jeśli tylko były zdolne do walki, musiały w niej uczestniczyć. A właśnie walka i podróże były podstawą dla Proto - Amatorów. Żyli z najazdów na najczęściej słabo bronione tereny pograniczne obcych państw i obozowiska innych plemion koczowniczych. Pomiędzy atakami i następującymi po nich grabieżami zatrzymywali się na środkowonordackich ziemiach niczyich. Łupy szybko były trwonione, najczęściej na wierzchowce i broń palną, wówczas z wolna popularyzowaną w rejonie. Ich bitność wzmagała popularność islamu, zaszczepionego wśród nich jeszcze podczas uczestnictwa w podboju (i późniejszej okupacji) Winkulii przez Wielkich Jeuopów. Najbardziej zasłużeni w walkach mieli najwięcej do powiedzenia w hordzie, posiadając wyjątkową pozycję. To spośród nich wybierano wodza. Jasnym jest zatem, iż Aahalt musiał wyjątkowo odznaczyć się w bojach - stał się bowiem wodzem, a niedługo potem (był to rok 1650) przedstawił swój "program polityczny", jak to byśmy dzisiaj nazwali, z przełomowym postulatem - podjęcie wyprawy, lecz nie łupieżczej, ale mającej na celu zajęcie ziemi i powrót do tak dawno temu opuszczonego osiadłego trybu życia. Nazwali się zatem dröxviñérš - szukający drogi. Drogę tę znaleźli, docierając na ziemie dzisiejszego Westlandu, metodycznie osłabiane stopniowym podbojem kugarskim. Ówczesny twór państwowy narodu republikańskiego, Królestwo Westland, był nazbyt osłabiony, by podjąć skuteczną obronę. Dröxviñérš zajęli zatem okolice dzisiejszego miasta Równe. Aahalt jednak pokazał, że jest nie tylko wojownikiem, ale i dyplomatą, doprowadzając do swoistego niepisanego "paktu o nieagresji" z Chanatem Kugarskim, co ocaliło nowopowstałe quasi - państwo od natychmiastowego podboju przez wojska chana. Możliwe jednak, że liczył na więcej, choćby na wspólną okupację Westlandu. Tymczasem jednak musiał zarządzać niewielkim terenem, ucząc poddanych i siebie samego prowadzenia osiadłego trybu życia. Szybko rozpoczął się okołograniczny handel oraz hodowla bydła na urodzajnych terenach nad rzecznymi brzegami. Jeszcze za panowania Aahalta zaczęły się zwiększać wpływy kugarskie oraz wpływy nowej, rodzimej szlachty. Byli to właśnie najznamienitsi woje, teraz osiadli, zmuszeni wprawdzie dzielić pomiędzy siebie niewielkie skrawki ziemi, wynagradzane im to było jednak poprzez przyznanie im "za własność dziedziczną i pod opiekę" uboższych rodzin. Właśnie one uprawiały ziemię i hodowały zwierzęta za nich, będąc zmuszonymi pozostawiać im profity. System umocnił się dzięki brutalnej "prawej ręce" Aahalta, Kagarowi (Cægr), który utrzymywał jego autorytet i temperował co bardziej nieposłusznych poddanych, biorąc na siebie reputację bezwzględnego wykonawcy woli władcy. Sam Aahalt coraz bardziej wycofywał się na ubocze, by w końcu w 1689 roku przekazać swemu poplecznikowi całą władzę
Wielka Rewolucja Kapitalistyczna - przyczyny, przebieg, skutki, listopad 2022
Szanowni Państwo,
Najnowsza historia Krainy Ludu, jaką jest Amatoria, pozostawała przez długi czas zagmatwana, enigmatyczna i nieznana. Najwyższy czas zatem wsiąść lampę świetlistej wiedzy i odgarnąć mrok z tej enigmatycznej niewiadomej, poczynając od trzonu współczesnej amatorskiej mentalności - Wielkiej Rewolucji Kapitalistycznej.

Dröxviñérš - Amatorzy w wieku XVII

Wielka, długa i burzliwa wędrówka Amatorów po Nordacie napotkała punkt zwrotny za sprawą wybitnej osobistości, spowitej jednak legendami: Aahalta, zwanego także Waheltem (Væhlt). Nie jest wiadome nic o czasie i okolicznościach jego urodzenia, z pewnością jednak, wbrew sentymentalnym ludowym legendom, nie wywodził się spośród szeregowych nomadów z hordy, a raczej jego rodzina miała ugruntowaną pozycję. Nie czyni to jednak aż tak dramatycznej różnicy w poziomie życia: Amatorzy (a właściwie wówczas jeszcze Proto - Amatorzy) podróżowali konno, co bogatsi na wozach, osłonięci namiotami ze skór bądź tkanin. Wszyscy musieli posiadać broń, horda nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie. Kobiety i dzieci, jeśli tylko były zdolne do walki, musiały w niej uczestniczyć. A właśnie walka i podróże były podstawą dla Proto - Amatorów. Żyli z najazdów na najczęściej słabo bronione tereny pograniczne obcych państw i obozowiska innych plemion koczowniczych. Pomiędzy atakami i następującymi po nich grabieżami zatrzymywali się na środkowonordackich ziemiach niczyich. Łupy szybko były trwonione, najczęściej na wierzchowce i broń palną, wówczas z wolna popularyzowaną w rejonie. Ich bitność wzmagała popularność islamu, zaszczepionego wśród nich jeszcze podczas uczestnictwa w podboju (i późniejszej okupacji) Winkulii przez Wielkich Jeuopów. Najbardziej zasłużeni w walkach mieli najwięcej do powiedzenia w hordzie, posiadając wyjątkową pozycję. To spośród nich wybierano wodza. Jasnym jest zatem, iż Aahalt musiał wyjątkowo odznaczyć się w bojach - stał się bowiem wodzem, a niedługo potem (był to rok 1650) przedstawił swój "program polityczny", jak to byśmy dzisiaj nazwali, z przełomowym postulatem - podjęcie wyprawy, lecz nie łupieżczej, ale mającej na celu zajęcie ziemi i powrót do tak dawno temu opuszczonego osiadłego trybu życia. Nazwali się zatem dröxviñérš - szukający drogi. Drogę tę znaleźli, docierając na ziemie dzisiejszego Westlandu, metodycznie osłabiane stopniowym podbojem kugarskim. Ówczesny twór państwowy narodu republikańskiego, Królestwo Westland, był nazbyt osłabiony, by podjąć skuteczną obronę. Dröxviñérš zajęli zatem okolice dzisiejszego miasta Równe. Aahalt jednak pokazał, że jest nie tylko wojownikiem, ale i dyplomatą, doprowadzając do swoistego niepisanego "paktu o nieagresji" z Chanatem Kugarskim, co ocaliło nowopowstałe quasi - państwo od natychmiastowego podboju przez wojska chana. Możliwe jednak, że liczył na więcej, choćby na wspólną okupację Westlandu. Tymczasem jednak musiał zarządzać niewielkim terenem, ucząc poddanych i siebie samego prowadzenia osiadłego trybu życia. Szybko rozpoczął się okołograniczny handel oraz hodowla bydła na urodzajnych terenach nad rzecznymi brzegami. Jeszcze za panowania Aahalta zaczęły się zwiększać wpływy kugarskie oraz wpływy nowej, rodzimej szlachty. Byli to właśnie najznamienitsi woje, teraz osiadli, zmuszeni wprawdzie dzielić pomiędzy siebie niewielkie skrawki ziemi, wynagradzane im to było jednak poprzez przyznanie im "za własność dziedziczną i pod opiekę" uboższych rodzin. Właśnie one uprawiały ziemię i hodowały zwierzęta za nich, będąc zmuszonymi pozostawiać im profity. System umocnił się dzięki brutalnej "prawej ręce" Aahalta, Kagarowi (Cægr), który utrzymywał jego autorytet i temperował co bardziej nieposłusznych poddanych, biorąc na siebie reputację bezwzględnego wykonawcy woli władcy. Sam Aahalt coraz bardziej wycofywał się na ubocze, by w końcu w 1689 roku przekazać swemu poplecznikowi całą władzę. Zapoczątkowało to okres de facto dziedzicznych rządów nazwanej epomenicznie od swego pierwszego znanego przedstawiciela dynastii Kagarów, które trwały aż do roku 1844.

Amatoria pod rządami Kagarów

Kagar (ok. 1650 - 1717), jak już wspomniano, słynął z brutalności. Był również porywczy - właśnie tą cechę skojarzono z nim na długie wieki. Przejawiał wielkie ambicje, niezaspokojone zdobyciem władzy, i jeszcze większą paranoję oraz skłonności do intryg, toteż ustawicznie spiskował przeciw wszechobecnym wrogom, często wyimaginowanym, jednocześnie starając się rekompensować szlachcie nieustanną kontrolę i represje wobec "sił nieposłusznych łaskawej władzy" w jej szeregach poprzez przyznawanie im "na własność wyłączną" kolejnych poddanych. Zacieśnił też jeszcze ścisłej więzy zależności od Chanatu Kugarskiego, z obawy przed potencjalną inwazją. Po jego śmierci chan ogłosił "rozpostarcie swej ochrony nad szlachtą amatorską" i "dołożenie strarań, aby dopomóc dobrać jej pana nadzacniejszego", co było de facto wyrażeniem ambicji uczynienia z ziem Dröxviñérš faktycznego własnego protektoratu. Bunt przeciw temu podniósł jednak syn Kagara i naturalny kandydat do przywództwa, Marius (Marñiuš, 1691 - 1733), który ogłosił się "wybrańcem chana dla szlachty ziem Nowego Kirymu" (tj. ipso facto lennikiem chana Kugarii rządzącym Amatorią. Uformowane w ten sposób status quo przetrwało aż do roku 1720, kiedy Marius przyjął tytuł chana, ukazując tym samym swe aspiracje do bycia równym władcy Kugarów.

DZIEŁA ARTYSTYCZNE

Tu umieszczam sztuki, dramaty, poematy, prozę, cały ten wielki wstyd i tragedię. Zalecam pominięcie lektury tego ustępu (również metaforycznego, bo jakość jest miejscami mocno toaletowa).

Lamenty Insulijskie, listopad 2021
Lamenty Insulijskie












Lament I. Czyny nasze
Ach, złe czyny popełniliśmy i popełniamy, w imię bożka naszego – jaśnie aktywności! My to czciliśmy ją i czcimy, moralność i rozsądek, pracę i relacje nasze w ofierze jej złożyliśmy! Ona nam oddała natomiast niewdzięcznie ból, rozpacz, spory i niezgodę oraz pragnienie dalszego czcenia i darów składania wierząc, iż klątwę swą cofnie. Lecz to ona właśnie jest tą klątwą i zaślepia nas, ciemnością spowija i prowadzi na manowce, a my jej ufamy i przewodzić się jej dajemy! Przekleństwo to wiecznego niedostatku i choćby postów sto, milion utworzyć i tyle samo obywateli ściągnąć, podstępem do kultu tegoż zaprosić, nadal za mało dla nas to będzie. Nagana nam za to! Lecz i bez tego, samodzielnie również działając niekiedy, wtedy też niegodziwi byliśmy. Kumoterstwo rodowe w usta wcisnęło nam bezzasadne pochwały zamiast konstruktywnych rad udzielanych ku poprawie. A gdy więzy zostały zerwane wycofaliśmy komplementy te i obróciliśmy w obelgi rozliczne, i te fałszywe nierzadko, pchane złą wolą. I za to nam nagana! I za krzywoprzysięstwo, umów i obietnic łamanie! Za zbędnych nadziei czynienie! Za spiski i obelgi tchórzliwie za plecami czynione! Lecz nie ma kto tej nagany nam wymierzyć, a i my przewin swoich nie ujawnimy z rutyny to, z zaparcia czy charakteru, z przywiązania do nierzeczywistych naszych własności mikronacyjnych. Ja próbuję karać za to siebie, nie czynić niegodziwości takich więcej, lecz wszyscy w nich jesteśmy, jako w błocie zatopieni, a błoto to nas wciąga. Cesarz jeden nadzieją, on bowiem bez win takich! On ma wszystko, władzę co mu ją złożyliśmy uniwersalną j rozwagę swą, czystość! I my jemu niegodni przeszkadzać! On to jest ponad podziałami, on jest każdego narodu mikroświata! Dlatego my jego nakaz i jedynej słusznej królowej radę zdać się musimy, aby nas kierowała ku celom właściwym!

Lament II. Podziały
Cóżeśmy uczynili władcy naszemu! Na tron z woli naszej wszedł, a my oszukaliśmy go! Ukoronujemy, uradujemy się, betonówką upijamy, pokłócimy, dwa nierzeczywiste narody zostaną wyciągnięte przez tych, co przypisują sobie rangę ich posiadaczy! Czy słusznie? A z czym cesarz zostanie? Oszukany, ze smutkiem jedynie! Miał oto kraj, i dystans, i przyjaciół swoich. Pozostanie natomiast sam, jedyny! Lecz dzieje zrównają losy dwóch samotnych wysp oderwanych, okrętów pięknych, lecz z kapitanem jedynie i steru: zatoną w morzu zapomnienia prędko, blask ich zostanie w pośmiechach jedynie, gdzie był zawsze, rzadko kiedy zasadny. A gruzy ich pozostaną jako symbol żalu, który sprawiono rozsądnemu!

Lament III. Cesarz
Władzę objął on z woli ludu całego cesarz nasz, a zatem lud ten naturalnie powinien być rządzonym z wykonania swojej woli. Gdy jednak cesarz przez jednostki pojedyncze jest kierowany, które obskurantyzmu swego nie chcą zrzucić, a rozwijają go jedynie, to źle dziać się zaczyna! Wtedy starać się trzeba, by na nowo cesarz faktycznie cesarzem był i dawał rządzić jednostkom innym za siebie! Oświecić trzeba te jednostki i cel ich pierwotny przekazywania władzy przypomnieć. Inaczej kres tego nastanie i padnie to wszystko jako niebyłe, niegodne! A z winy to własnej, z przewin naszych, nie cesarza, w okowach wpływów obcych trzymanego!
Helmut Cezar Wydanie kompletne
PROLOG

Rok 65 przed naszą erą. Przed tysiącami lat na terenie Voximy rozciągało się wielkie imperium. Imperium Kirymskie, nazywane tak od metropolii Kirym, wzniesionej z rozkazu trzydziestego pierwszego Konsula, Arkadiusa Konsuma Germańskiego Starszego. Teraz oto na miasto spoglądał z pałacu konsularnego sto dwunasty Konsul, Jakus Nijakus Podpublikus Almerski. Miał on już przeszło siedemdziesiąt lat, a rządząc przez ćwierć wieku podbił Spartan dalekich i Woksów bliskich. Ciekawie mu się odpoczywało w zdobycznej wiosce w palisadzie wodza tego dzikiego plemienia. Tak dobrze, że nakazał jej nie burzyć, a zmienić nazwę, zmarsylizować ją. Dokonał też reformy i postawił fundamenty pod dom dynastii marsylijskiej. Jedynym teraz zagrożeniem był Chciwus Joahimusem zwany, generał i weteran kampanii spartańskiej. Zwany był czasem Psycholusem, od absurdalnych twierdzeń o kontynencie na południu. Na południu nic nie ma, to jasne. Z tych rozmyślań skorzystał sługa, przynosząc niespodziewanie złe wieści. Wygromadzenie Sionogatów chce wybrać Joahimusa następcą konsula. Ale tego nie zrobią. Jakus Nijakus miał już populistyczny plan...


Helmutus Bezrobotnus z Saganu imał się w ojczystym mieście wielu prac. Był na przykład gajowym w pobliskiej puszczy, której to pilnował, aby Sagani do lasu się nie zapuszczali, niedźwiedzi, lemurów złośliwych i dzikich kotów nie drażnili, ich unikali oraz by bożków leśnych nie czcili. Miał talenty liczne, niewykorzystane, lecz przez system w Imperium Saganowym, uważany za idealny i wspaniały, był dziełem niegodziwości nielicznych karierowiczy, na przykład Alfida z Teheny, arcynadhrabiego burgrabiego Eroikoczekanów, dzierżawcy Goplii. Ponoć dzięki znajomościom wśród rodu Haburów przekupił księcia Filiusa Saganowego, by ten nadał mu wiele tytułów szlacheckich. Ten natomiast pod groźbą pałowania nakazał królowi Barberobrudasów Laurowi I, zwanemu Gadem, by nadał ziemię lenną Goplę Alfidowi. Taki tam był system polityczny, że książę rządził królem, a faktycznie rządzili lennicy. Wielu się sprzeciwiało, lecz Izba Perfekcyjna skazała ich wszystkich na banicję. Helmutus nie mógł więc nic zrobić. W razie sprzeciwu wylądowałby w szalupie płynącej na północ, gdzie przecież nic nie ma. A jednak tego letniego dnia miał szczęście. Do Saganu przypłynęła galera z „ludźmi z końca świata”, z północy. Czyli tam jednak coś musiało być. Dowódca tej gwardii z okrętu zwał się Jakus Nijakus Podpublikus i przedstawiał się teraz jako Konsul Imperium Kirymskiego. Wśród jego załogi rozpoznano wielu wygnanych. Pałali oni zemstą. Słusznie zresztą. Jednak nie czynili nic złego, albowiem lennicy nie byli godni nawet obrabowania. Podpublikus szukał człowieka najzwyczajniejszego. Zauważył Helmutusa i nakłonił go, by powiedział, jak mu się żyje. – Źle, oj, źle, lennicy nas męczą i cisną – stwierdził, myśląc, iż Perfektura nie usłyszy. Błąd. Zaraz podeszli do niego dwaj mężczyźni w kapturach i długich czarnych szatach. Na szyi mieli medaliony z gliny ze znakiem ręki. Symbol Perfektury. – Nędzny gminie, zgodnie z artykułem 48 punktem 42 przypisem 2 spisu praw Przekupusa Piotra I, za obrazę stanu lennego zostaniesz wygnany! – wycedzili jak do nędznego robaka. Ale i oni byli w błędzie. Podpublikus, choć stary, był mistrzem broni białej. Zarąbał ich szable toporomotyką niewielą, którą władał znakomicie, a miał akurat ukrytą przy sobie, rozbroił, a załodze nakazał wrzucić ich pod pokład. Helmutus czuł wdzięczność, więc zgodził się opuścić parszywe to miejsce i prymitywne, i wyruszył z nimi w drogę powrotną na północ. Tam jednak coś jest... Dopłynęli o zmierzchu. Mróz i mroki tajemniczego terenu pojawiły się przed Helmutusem. - To już tutaj? - zapytał niepewnym głosem. Co prawda Perfektura była diabelska, ale co może kryć się tutaj? Jakie bestie bądź ludzie niegodziwością do nich zbliżeni? Podpublikus stał obok bez cienia strachu na twarzy, bez drgnięcia choć cząstki najmniejszej ciała. - Nie - zaprzeczył. - To jest Tfukraj. Tak zwiemy te ziemie. Droga tu do ojczyzny dłuższa, lecz i tak bezpieczniejsza niż przez wody dookoła - dodał. Załoga galery wyniosła z niej cały ładunek. Niektórzy z jej członków drżeli na ciele, innym udawało się to ukryć bądź faktycznie nie było to dla nich straszne. Jeden z nich nagle upuścił skrzynię i wpadł w panikę. Zaczął uciekać do wody, a za nim niósł się krzyk: - To ziemie Artera Karbida! Mattea Żmijowca! Tetrika Dykty! - Potem wskoczył do wody i zaczął intensywnie płynąć. Szybko zniknął w mroku i mgle. Słońce zaszło, na wszystko nasunął się cień strachu i niepokoju zawoalowanego czernią nadchodzącej szybko nocy. Podpublikus podszedł całkiem swobodnym krokiem do jakiegoś pakunku i wyjął stamtąd pochodnię zawiniętą w jakieś łachmany. Następnie podszedł powoli do łodzi i wszedł na nią. Tam wypuścił z rąk materiał i pozwolił mu upaść na ziemię. Helmutus i załoga razem patrzyli na to jak sparaliżowani. Wtedy Jakus Nijakus gwałtownie i silnie otarł czubek pochodni o maszt. Natychmiast z drewna wychynął płomień. Podpublikus zaczął się cofać tyłem, po czym rzucił pochodnię na pokład. Spadała szybko. Zeskoczył do płytkiej wody zalewającej piasek. Okręt stał się ogniskiem, a ciemności rozświetliły się. - Już nikt stąd nie ucieknie. Trzeba iść dalej - stwierdził oschle, podążając naprzód tak, jakby wkoło niego nikogo nie było. Szli naprzód w milczeniu, a światło gasło z czasem. Kadłub się dopalał, a może wszechobecne drzewa chwytały promyki dla siebie. Gdy wokół była już tylko czerń i drzewa, Jakus Nijakus obnażył szablę. Szedł przodem. Gdy jakaś roślinność stała mu na przeszkodzie, ciął ją. W końcu po licznych prośbach załogi, dobył kolejnej pochodni i zapalił ją. Skądś dobiegały dźwięki, jakby niezwierzęce, zakłócające siedlisko natury. Przybliżały się do nich albo odwrotnie. Stanęli. Dźwięki były coraz głośniejsze. Stojący na czele Podpublikus przekazał pochodnię Helmutusowi. Czekali. To byli ludzie. Oni nadchodzili. - Alebienowie - stwierdził - Ludzie Karbida - dodał.



Za oknem szalała burza, tocząc się po pustkowiach Betoniki. Pioruny waliły w nieurodzajną ziemię. Żaden jednak nie ośmielił się uderzyć we wznoszącą się nad ubogim stołecznym Dzikogrodem siedzibę przywódcy ludu Betonowego – Zapasowego Kompana Kapera Walkmana. Ewidentnie powietrzni rabusie i niszczyciele, błyskawice, żywiły głęboki szacunek dla pirata i grabieżcy przewyższającego je wszystkie. Ale był też zarazem dobry charakterem. A grabież? Cóż, pozwala zakłócić wewnętrzny mrok. To nazwisko! Zawsze je mylili! Wszyscy, nawet on sam. Może stałby się bohaterem korsarzy, gdyby miał lepsze imię, przydomek? Taki Karlos Czarnoczarny z tej północnej wyspy, co mieszkańcy nazywają ją Południową. Toż to grabieżca nad grabieżców, bukanier nad bukanierów. Ale on ma też dobrą flotę, a Zapasowy Kompan miał tylko jedną przeszkodę na drodze do sławy. Tylko albo aż. W końcu Wschódkraina to miejsce złowrogie nawet dla własnych mieszkańców, ale potężne. Chociaż ich cesarz, Augustus Nowy, zwany tyranem, jest naprawdę szalonym autokratą. Rozmyślania te przerwał jakiś człowiek, który właśnie wszedł do komnaty. Równowagę powietrza zaburzył dźwięk. Słowa przybysza. – O Zapasowy Kompanie... Najjaśniejszy... Raperze Talkmanie... – Ładnie się zaczyna. Na start pomyłka. – Kaper Walkman! Jestem Kaper Walkman! – poprawił nieznajomego. Ten zląkł się, ale zebrał wszystkie siły na zawołanie – Chwała kalkaizmowi! Kalce naszej eksportowanej chwała! Jestem Gregory Alien... Rybak... Z Korybii...- Walkman wiedział dużo o Korybii, swoim lennie. Tam wszyscy są rybakami. Może poza królem Alertem Felerykiem de Szpadką... On zawsze utrudnia. Ale to nasz wróg, wewnętrzny. Własny. – Przysyła mnie Jego Arcymość de Szpadka... – kontynuował Alien – Ja... Herold. Zapowiedzieć mam... Jego Arcymość przyjechał. – Walkman się tego spodziewał. Wydał polecenia straży: - Wpuścić go. A tego Aliena wyprowadzić – rozkazał. Po chwili do pomieszczenia weszli dwaj ludzie obwieszeni rybami, z trąbami. Grali na nich jakąś melodię, co miała być majestatyczna, a wyszła kiczowata. Tak jak de Szpadka, który szedł za nimi. – To ja – powiedział i zaczął wymieniać swoje tytuły. Zapasowy Kompan przerwał mu pytaniem: - Po co przychodzisz? – Ten niezrażony odpowiedział: - Słudzy moi donoszą mi o niegodziwym ruchu. Augustus Nowy sprzymierzył się z Imperium Kirymskim... To nie geniusze, ale lepiej postarać się o wsparcie... Może z południa... – zasugerował nieśmiało. – Zastanowię się... Może... W takim przypadku... A teraz już idź – odpowiedział Walkman. De Szpadka usłuchał. Wrócił do swej lektyki. Tam nadal był on. Jego doradca, przewodnik, wódz. Oczywiście mniej ważny od niego. Skryty w cieniu Aleks Adamy Młodszy. Człowiek, który nie cierpiał Betoniki, ale jeszcze bardziej nienawidził Wschódkrainy. Jak dobrze, że jej współzałożyciel, zjednoczyciel Lech Różohardy ma już pięć sztyletów w ciele. A wszyscy myślą, że to Fred Długi, sługa Karlosa Czarnoczarnego. Tak, był mistrzem. Godnym swego ojca, Aleksa Adamego Starszego. Wysiadł z lektyki i wsiadł na konia, swój ulubiony środek transportu. Lektyka zawróciła do Korybii, a genialny manipulant de Szpadki i tym samym też Walkmana wyruszył na koniu na południe. Do Tfukraju, do reszty koterii.



Twarz Podpublikusa nie zdradzała strachu, a tylko to, co zawsze – populizm. By ludziom żyło się lepiej i inne tandetne hasła. Jedno z nich zeszło z jego czoła na usta i zostało niezwłocznie wyemitowane w postaci dźwięku: - Przybywamy w pokoju! Tylko tu przechodzimy! – Te dwie sprzeczne frazy były słowami nadzwyczaj pochopnymi, szczególnie, gdy zostały wypowiedziane do dwóch tuzinów wojów z dzidami i łukami, nieznających chyba żadnego języka poza głosem przemocy. Trwała konfrontacja, konkurs na mierzenie się wzrokiem: Podpublikus versus wojownik, Helmut kontra łucznik. Wreszcie z gromady barbarzyńskiej wyłonił się człowiek uosabiający na tle swych towarzyszy cywilizację ciałem, a degenerację wzrokiem. – Parzydłos udos naginanos niezastany przez was nieszczęśliwców, ale my zaprowadzić was do wodza – powiedział ów człowiek łamaną amatorszczyzną. Był jednak konsekwentny w swych słowach i czynach. Wojowie zaraz otoczyli Podpublikusa, Helmuta i ich kompanów w wyprawie. Potem zaczęli ich wręcz pchać dokądś. Droga upłynęła w milczeniu. Kilka kroków, kilkanaście, kilkadziesiąt. Monotonia lasu postanowiła ustąpić blaskom polany, uroczyska i dużego złoconego pawilonu na terenie tym osiadłego. W jego cieniu skryty był duży tron obłożony szmaragdami, lecz pusty. Nagle ze wszystkich stron naraz i każdej z osobna rozległ się piskliwy głos, zakłócający ciszę natury: - A więc to wy! Obserwowałem was z mymi ludźmi od dłuższego czasu – nastąpiła konsternacja, niemal popłoch: gdzie jest mówca? Czy kryje się w którymś z obwieszonych papierami, krótkimi poematami, utworami literackimi? A może jest ukryty w tronie? Co się dzieje? Tymczasem nieznajomy kontynuował: - Zakłóciliście czystość rasową i narodową Związku Alebongo i spokój jego księcia... Czyli mnie. Arcyjegowysokości Artera Karbida! – Po tych słowach nastąpiła długa przerwa. Z pytań zadawanych sobie przez Helmutusa odeszło to o Karbida. Teraz już się przekonał, kim on jest. A mimo to irytacja położeniem kipiała w nim. Czas ciszy minął. Zza jednego z drzew wyszedł człowiek nadzwyczaj niski o twarzy zaczerwienionej z oczami urodzonego władcy absolutnego. Helmutus nie wytrzymał. Nerwy mu puściły. Rzucił się na stojącego obok wojownika. Ten zaczął się szamotać, a kilku kolejnych ruszyło na walczących. Podpublikus wyciągnął szablę i ciął dwóch z nich. Rozległ się okrzyk: - Naprzód stażacy, wojownicy na stażu u władcy! – W tamtym momencie było już wiadomo, że nie mają szans ze sprawnym szermierzem jakim był Podpublikus. Zaczęli uciekać. Jego Arcywysokość uczynił to samo, co wojowie, nawet ich prześcigając. Tak właśnie przebiegł ten ciekawy incydent, w wyniku którego Jakus Nijakus z towarzyszami ruszyli dalej zaopatrzeni w spore ilości wierszy zdartych z drzew, do których były one przyklejone. Wiersze te miały zostać przeznaczone do spalenia zamiast patyków przy następnym postoju. Ich przeznaczenie spełniono, gdy ponure, zzieleniałe pustkowia Alebongo pogrążone w niezbadanych mrokach nocy i obskurantyzmu rozświetlił jasny płomień ogniska, które rozpaliła płomienna przemowa Podpublikusa za cenę oddania jego towarzyszy w wyprawie objęciom Chrapiosa, patrona znużenia, marazmu i snu postlibacyjnego z kiryjskich wierzeń. Wtedy to sam Jakus Nijakus, upewniwszy swój przenikliwy i nieprzenikniony umysł w słusznym przekonaniu o bezpieczeństwie swoim i pozostałych, wyjął z uszu swoich dwa wiersze Karbida, które miał tam wciśnięte, po czym kontynuował głoszenie swoich poglądów, póki nie zasnął i on, co stało się prędko. Nowy dzień obudził członków wyprawy bezdennym żalem Depresjossa, patrona błądzących, zagubionych, zasmuconych oraz nihilistów, zawartym w kroplach spadającego ku ziemi deszczu, rozbijających się w pół drogi o wysokie palmy z charakterystycznym odgłosem, jak również głośnymi okrzykami kierowanymi przez jednego z tragarzy, mokrego od wody spadającej z góry, jak i tej cieknącej z niego, do szeregowych członków załogi tej pozbawionej okrętu: - Towarzysze! Obywatele! Bez racy nie ma pracy! Dlatego ustalmy hierarchię, by jedni z nas niewolniczo pracowali, a inni na tym zarabiali! Stańmy się szlachtą, ultramegaarcynadhrabiami, oraz zaplutymi, niegodnymi chłopami! Podzielmy się! Budujmy mury, nie mosty! A potem na tych murach usiądźmy! – Tu nagle mówcę uderzyła najpierw fala gorącej wściekłości Jakusa Nijakusa, następnie natomiast rzucona przez niego toporomotyka, i padł niechlubnie. Jego towarzysze po pracy i poglądach opluli go i zaczęli przygotowywać się do dalszej drogi. Ruszyli zatem odważnie naprzód prowadzeni przez Podpublikusa, a za nimi Helmutus, z tyłu pozostający.

Tak oto opuścili oni Alebongo, wkraczając w mętną codzienną rzeczywistość korybijskich rybaków zamieszkałych w wiosce zwanej przez nich mianem Schupack. Dżungla dookoła, trzy chaty na krzyż z widokiem na Morze Betonickie. A że ekspedycja była już zmęczona i nieco zasapana, to doszło do wdarcia się przez nich do tychże chat i zajęcia ich, a ludzi wypędzono. Jakus Nijakus, choć krzyczał, że wszystko jest własnością ludu, dostał chatę największą i nie odmówił. Z nim Helmut i przewodnicy najęci. Tragarze i towary w reszcie. Helmut nie był pewien, czy było to moralnie słuszne i etycznie właściwe. Jakus Nijakus imponował mu swym złotoustym darem, oczytanym krasomówstwem, lecz jego działania i poglądy to już co innego. Wszystkim rządzi lud, to pewne. Obcych wyzyskać. Trybut pobierać. Te dwa ostatnie punkty brzmią bardziej kontrowersyjnie. Tak rozmyślał, kiedy Podpublikus siedział na krześle bujanym i spał. Bo i co w tym dziwnego w godzinach późnych i po wędrówce ciężkiej. Podejrzanym był natomiast hałas odległy, tętentem kiepsko obutych w podkowy koni. Ucichł on, potem rozległ się róg, który zbudził wszystkich. Wybiegli oni prędko i ujrzeli konnych. – Oto najemnicy z plemienia Marzenioland. Bez obaw, język i maniery proste mają – Oznajmił wszystkim, niby omnibus, Podpublikus i przemówił w języku marzeniolandzkim: - Cuhva, fejk! Thvoja stharra ni ma garra? Ja jybije, ty jybijesz? – Na to najbardziej umięśniony z drużyny schował róg do sakwy i przemówił: - Ja jybije Łolek, uni jybiją Matiej Kopulantenus und Moskau Trymbacz. Wash fejfujs mi wysi y im tyż. Was baby nie nauczejły ży to pyrelelowska byznadzieja? Ja sem krollem jes, oni jyden były, drugi prymier – tu zakończył wywód, a Jakus Nijakus przetłumaczył: - To Łaleksander, król tej wioski, a z nim w siodłach są Matwiej Pruderyjny, poprzedni król oraz Antoni Trębacz, szaman wioskowy. Pewnie dostali te tereny za wierną służbę, gdy przyszło do płacenia im. W każdym razie chcą, byśmy się poddali albo oczernią nas najbardziej niewiarygodnymi oskarżeniami – Na reakcję nie trzeba było długiego oczekiwania. Marzeniolandców sprali, konie zabrali, szamana i królów odesłali pieszo. Sami również ruszyli dalej, tym razem już konno. Prędko dotarli i wkroczyli, górując dumnie nad tamtejszą ludnością, do miasta korybijskiego Portem Artyleryjskim zwanego.
Na pójście sobie prezydenta Republistanu, wrzesień 2022
Na pójście sobie Prezydenta Republistanu
Tragedia niewielka i mierna

Akt I
Siedziba saganowska, późna noc. SAGAN z dwoma pomagierami JANEM i MARIANEM naradzają się w ważnych sprawach państwowych, jednocześnie grając w karty na pieniądze (te z podatków).

SAGAN: (przegrywa i przeto musi czym prędzej uwagę towarzyszy w rozrywce odwrócić, by użyć mniej uczciwych metod): A słyszeliście o Prezydencie? Ponoć sobie poszedł bez słowa nieomal.
JAN: Prawda to czy plotka zwykła?
MARIAN: Prawda najprawdziwsza. Bez słowa to uczynił.
JAN: Jak to możliwe?
MARIAN: Arbiterowi przekazał, że odchodzi i rzuca to wszystko.
JAN: To marnie, marnie. A do gry wracając...
SAGAN: (przerywa Janowi): Lecz co my teraz zrobimy? Odchodzi bohater...
MARIAN: I zbrodniarz zarazem...
SAGAN: Racja, racja.
JAN: Przywódca...
MARIAN: I dyktator.
JAN: Że postać dwoista to pewne. Ale czyż autokratą nie stał się z przypadku...?
MARIAN: Z chciwości, pazerności i nielojalności.
JAN: (zmieszany) No tak, właśnie o tym mówiłem. Czy chciwość jednak nie jest rzeczą ludzką? Toż w mikroświecie wszędzie ją widzimy.
SAGAN: Z hipokryzją, jej towarzyszką. Czcził je, statuły kultu ich postawił wyżej niż te Harlina, bo i zawsze pragmatyzm wolał od idei...
JAN: Może dlatego się nie dogadaliście? Toż drobną to sprzeczka ledwie była, lekkie starcie...
SAGAN: Wygnanie, przejęcie władzy, represje na ludności amatorskiej, okupacja, obsmarowanie reputacji: zwiesz to drobną sprzeczką?
MARIAN: (rozbudzony z drzemki drobnej) Co, co?
JAN: A śpij ty już lepiej, kolaborancie muratycki!
MARIAN: (wyraźnie wzburzony) O ty antyamatorze! Do STAREJBUDY go! Na badania prewencyjne!
SAGAN: Słusznie, słusznie.
JAN: Jego brać tam trzeba, bo chyba rojeń betelowych doznał! Toż ja sam byłem w trybunale, gdy on stwierdzał, że kalkilizm zły! Kalkilizm sio! A prezydent Republistanu nas ocali!
SAGAN: Prawdą to, w istocie tak orzekł.
MARIAN: (złością kipiący) I oni zdrajcy! Oni kolaboranci!
JAN: (drżąc z irytacji) Bierzta wariata!
MARIAN: (donośnie) Straże! Straże! Jego bierzta!
Akt II
Taka sama sceneria. Karty zrzucone ze stołu. Wchodzi STRAŻNIK.
STRAŻNIK: (do JANA i MARIANA) Któż to gwałtu zadać chce? Drżyjcie, gęb swych nie drzyjcie!
(do SAGANA) O ostojo świeżości, o patronie smogu nadmiejskiego! Ocalę cię odeń!
(Bierze JANA i MARIANA za uszy i wychodzi)
Akt III
Taka sama sceneria. Sagan siedzi samotnie na krześle przy stole.
SAGAN: (od teraz mówi wysokim głosem, z trudem powstrzymując śmiech) Doskonale – uwierzyli! Plan mój zatem działać będzie! Kraj ten sam się rujnuje, ja go jeno dobiję i zdobędę!
(wstaje, uderza otwartą dłonią w czoło, jakby salutował) Chwała Republistanowi i prezydentowi jego, geniuszowi Nordaty! Chwała mnie!
(zdejmuje maskę z twarzy, ujawniając oblicze prezydenta Republistanu, z diabolicznym zadowoleniem odwraca się i wychodzi)
KURTYNA W DÓŁ
KONIEC
Wędrowiec, październik 2022
Spalana nieustannie przez słońce ziemia nie krzyczała z bólu, jaki u żywej istoty wywołałby taki stan poparzenia. Nie trzeszczała nawet, nie skrzeczała w złorzeczeniu, ale trwała w niemym bezruchu, niczym konający, pozbawiony nadziei, może chowający urazę w ostatnich chwilach, może tylko zobojętniały. Tak, bierność jest tu najlepszym określeniem, gleba jest zawsze taka. Czy rozpalana do gorącej czerni czy też spulchniona i gotowa do przyjęcia nasion, by uczynić z nich plon, choć takiej w tym rejonie nie było, bowiem dobrobyt nie tyle o niej zapomniał, co nigdy nie pamiętał, może nie wiedział o istnieniu. Zresztą nie on jedyny. Tu przybysze byli zwykle albo tymi, co już zbrodni się dopuścili, albo tymi, co dopiero mają się jej dopuścić, choćby przed nią właśnie uciekając, nie wiedząc, iż to droga bezcelowa. Czy właściciel konia nieustannie dobijającego przykładnej okutymi, uposażonymi w żelazne podkowy kopytami grudy popękanej ziemi, niby suchej skały należał do którejś z tych grup? Nie uciekał, nie zdawał się pierzchać, czy to jak bydło przed wilkami z gór, czy jak wąż przed orłem. Lejce trzymał pewnie, stabilnie, nieustannie. Nie czynił tego niedbale, ale też nie ściskał z przestrachem ani determinacją bądź okrucieństwem, a tu zwykle tak się działo. Stąd wierzchowiec nie dreptał, nie gnał, nie znając celu, lecz szedł tak, jak jeździec go trzymał. Nie wlekł się, lecz i nie spieszył. Jakby i on wiedział, że dotrze tam gdzie dotrze bez żadnych przeszkód, jakby jego pan mu to wcześniej powiedział, a on zrozumiał. Chociaż... Jego pan? Powiedział? Och, nie, zdecydowanie nie wyglądał na człowieka, który po prostu coś mówił, jak każdy inny. Nie. Usadowiony w skórzanym lub też skórą wyścielonym siodle, nogi trzymał tak pewnie na twardych powierzchniach obu strzemion, tak jak lejce pewnie dzierżył w rękach. Cały był pewny, dumny, wzniesiony ponad otoczenie ciałem i duchem. Bo i może był widmem? Wynurzał się zza horyzontu i z płynnością zjawy przekraczał pustkowia i bezdroża, jakby niezależny od otoczenia, nie zwracając z wzajemnością uwagi na naturę, otaczającą go przecież zewsząd. Jego koń był ciemny, czarny. I on pogrążony w czerni, skryty w cieniu szerokiego ronda ciemnego kapelusza, który to mrok skutecznie zamazywał rysy jego twarzy, czyniąc go bezosobowym, niejako wyzutym z tożsamości. Czarny kubrak zaciskający się wokół torsu, za nim peleryna, której koniec, spuszczony, spływał nieco z konia, nieznacznie powiewając, choć nie wiało tu nigdy w takie dni. Odsłaniała w ten sposób pas i dwie kabury z dwoma rękojeściami, uchwytami do narzędzia, bo czymże innym jest broń? Prezentował się jak żałobnik – albo grabarz z dwoma tymi łopatami u pasa, grzebiącymi nie ziemią, a gradem twardego ołowiu. Wykonującymi wyrok i naraz sprzątającymi swoje dzieło, kryjącymi je pod amunicją, topiącymi ofiarę w jej własnej krwi, co też, niczym przepowiednia, oznajmiał szczęk twardego metalu podków o równie nieugiętą, nieczułą i bezlitosną ziemię. Zapowiadał jakby tragedię oraz przybycie urzędnika, wykonawcy tej zleconej woli i jej notariusza zarazem, który zabije i to zapisze, odznaczy człowieka, zmieniając go w kreskę, kropkę, może nawet i przecinek w swym rejestrze. Tak się prezentował przez swą drogę od horyzontu. Wiedzieli, że zmierzał, wiedzieli, że musi tu dotrzeć i to zrobi, ale mieli nadal nadzieję. Lecz to nie ona pokierowała ich ku drzwiom, na zewnątrz, nie ona nakazała im obserwować nadchodzące zjawisko, tą niby burzę, idącą bezmyślnie, z niewrażliwością, ale pewnie. Z zabójczym spokojem w tej bezwzględnej misji.
Przybysz dotarł. Zakończył przemierzanie pustkowia, a wkroczył w podróż po głównej i jedynej ulicy wsi, wzdłuż chatek, budynków, mieszkań, lepianek, stodół, ludzi stojących przed tymi miejscami. Wpatrywali się w niego, a on zwyczajnie ich mijał. Może czuł się lepszy? Był przecież wyżej od nich, a arogancja jest zawsze łatwiejsza do wyznawania z wysokości końskiego siodła i górowanie nad biedakami, polegającymi jeno na własnych nogach, tak przecież niepewnych. O tak, z pewnością tak było. Gdy dotarł do połowy ulicy, jakby na niesłyszalny, niewidoczny sygnał zsiadł z wierzchowca, a głuchy odgłos obutych kopyt został zastąpiony przez regularny szczęk ostróg, ułożony jakby w melodię. Balladę młotka wbijającego gwóźdź w deskę trumny, mającej skryć ponury sekret ukryty w tym następcy sarkofagu. Pieśń ostrzonego metalem noża, jakże istotnego rekwizytu w wątpliwej sztuce zbrodni. Wszystko zostało już ustalone, wykonane, udokumentowane i zapisane. Jednocześnie jednak nawet się jeszcze nie zaczęło. Czy można więc próbować to zmienić? Zaburzyć przeznaczenie? Tak, jesteśmy dobrzy w niszczeniu, zakłóceniu, wprowadzaniu chaosu i nieporządku. Doprawdy parszywym jesteśmy gatunkiem wobec natury, ale z pewnością niegodziwszym wobec swych bliźnich. Zbliżyli się do niego, otaczali go. Czy wiedział? Nie okazał tego w żaden sposób. Dalej ten sam spokój, odpowiedź na ich nastawienie, kpina z czynu, który ma nastąpić. Doprawdy, nie mógł on być przecież człowiekiem. Oj nie, zdecydowanie nie. Więc był zwierzęciem? I to chyba twierdzenie błędne. To jakiś bękart natury, siła ciemna, bez płci, tożsamości, bez praw. Mogli więc to zrobić, czyż nie? Ostatnia to była chwila zawahania. Obawy zwyciężyły, bo przecież nic tak nie motywuje człowieka do działania jak strach, groza. A najbardziej przerażające jest nieznanym, jest czymś nieludzkim. Tak wówczas przybysz był diabłem, demonem. Opadli go zewsząd z tym, co mieli koło siebie. Robili to jakby odruchowo, naturalnie, bezrefleksyjnie. Uderzali. Tłukli, było to zwykle i prozaiczne. Niczym rozbijanie jajka. Każdy to robi. Tak być powinno. Należy tak robić. Nie obserwowali już go, nie czekali na niego reakcję, nie on był już tu ważny. Jego zniknięcie, to było kluczowe. Padł. Robili to dalej. Skorupa pokryła się purpurą. Drgała. Pękła. Czerwone żółtko wyciekło. Oblało wszystko. Było wszędzie. Wtedy przestali, rozejrzeli się, jakby dopiero teraz świat zaczął dla nich istnieć. Rozchodzili się powoli, wracając do normalności po odniesionym szoku. Zostali tylko dwaj, najsilniejsi, najmężniejsi. Właśnie oni dopełnili straszliwej ceremonii. Swym płytkim, niedbałym rowem. Tam go zrzucili. Nikomu nie powiedzieli, co takiego miał przy sobie. Stąd może i mieszkańcy – wspólnicy w gwałcie na prawie nie wiedzieli, czemuż ginęli, wyłapywani przez żołdaków.
Był on poborcą. Zbierał daniny, haracze, pieniądze. Za tą konkretną zapłacił zemstą zza grobu, dokonaną rękami wyznaczonych do tego przez te odległe władze, nieobecne, a jednak wywierające wpływ, będące na ustach katów, wykonawców woli. Czy zatem ludzie tej wsi nie przegrali podwójnie, sprowadzając na siebie fatum, gdy właśnie zły los, który do nich przyszedł, próbowali wyeliminować dla dobra wszystkich i, przede wszystkim, swego?
Barcja, październik 2022
PROLOG
Poselstwo
Idzie, idzie poselstwo,
Do kraju bliskiego aż tak dalekiego,
I samo z bliskiej acz tak dalekiej krainy,
Nowej bartyjskiej.
Idą pewnie, bo i z wielką misją,
Przez rządy im pruskie zleconą,
Z Sambiji przybędą,
Do Losu Aleksos.
Noc już nastała,
Gdy niemal przybyli,
Nie wzdrygli się wcale,
O nie!
Szli w chwale dalej!
Dobrze!

(Pustkowie, po ścieżce idą dziarsko trzej posłowie)

Pierwszy poseł
Noc już zapadła, góry minęliśmy,
Doliny i rzępole obaczyliśmy.

Drugi poseł
I słusznie robimy,
Idźmy śmiało dalej.
Istotne przesłanie niesiemy.

Trzeci poseł
I rząd z jego starczenia do kongresów,
Tych cudzych zadowolony będzie.

Pierwszy poseł
W istocie
INNE
Dzieła nieprzyporządkowane: praca na temat historii internetowej i deklaracja Neukrajiny, państwa mającego powstać na ziemiach Westlandu z wyłączeniem Republistanu.


Ideologia na ziemiach insulijskich, grudzień 2021
Podobnież żaden system nie może istnieć bez ideologii. Obecnie jest ona w Insulii dość szczątkowa, ale może wzór do jej stworzenia daje nam przeszłość, wskazująca trafne koncepty i ujawniająca błędy, jak również udowadniająca, że mikronacje z rozwiniętymi ideowymi podstawami są aktywniejsze i zwyczajnie trwalsze.
Podróż naszą proponuję zacząć od pierwszego państwa związanego z Insulią, Demokratycznej Republiki Rzymu. Była ona tworem interesującym choćby ze względu na niestandardowy ustrój. Republika, w której rządził cesarz wyraźnie nawiązywała do realnego starożytnego Rzymu, momentami aż – moim zdaniem – za bardzo, co widać w nazwach miast. Oryginalniejsze w tej kwestii było Księstwo Baradu, jednakże oba te twory nie wykazywały nazbyt dużej rozbudowy kwestii ideologicznych podstaw państwa i jego ustroju, co też przekazały na utworzoną z ich połączenia I Republikę Voxlandu. Twór ten szybko przemienił się zatem w I Królestwo, które przetrwało dłużej, ale nadal było związkiem niezbyt aktywnych regionów.
W listopadzie 2019 roku pojawiła się Ruba, która swój krótki niepodległy żywot spędziła na tworzeniu zrębów tymczasowej autokracji naczelnego wodza oraz niby kubańsko – wyspiarskiego klimatu, by następnie pod koniec miesiąca dokonać kolonizacji Nordaty Rubijskiej i ostatecznie zostać inkorporowaną do Voxlandu, gdzie jej aktywność szybko zanikła.
Miesiąc później zaistniał nowy twór, Secesyjna Republika Westland. Tu robi się ciekawiej, bowiem w kraju szybko zaistniał system – na swój sposób – ideologiczny. Opierał się on na silnym patriotyzmie westlandzkim, a zarazem współdziałania trzech założycieli i ich frakcji, Bandytów, Indian i Republikanów. Po słabo poznanym z powodu braku źródeł (pierwsze forum Westlandu, tak jak Voxlandu, uległo destrukcji) narracyjnym konflikcie, którego kulminacją była bitwa o Sillerhills, doszło do rozpoczęcia procesu przekształcania się frakcji w narody.
6 stycznia 2020 roku rozmowy prowadzone na dawnym forum Republiki Ruby przyniosły skutek w postaci utworzenia I Zjednoczonego Państwa Voxlandu i Westlandu. Powody jego powstania były dość pragmatyczne – zwiększenie aktywności i dołączenie do Federacji Nordackiej, co przekładało się na cokolwiek prowizoryczny ustrój państwa – diarchię. Wykształciło to jednak prędko ideologię dla całego ZP, opartą właśnie na kompromisie Voxlandu i Westlandu, współwładzy króla i prezydenta, mającej zapewniać państwu zbawczą równowagę dzięki ich równym uprawnieniom. Po tragicznych wydarzeniach z 20 i 21 stycznia dołączyło do tego, męczeństwo Harlina, dobrego prezydenta doprowadzonego do dramatycznego kroku przez obywateli własnego kraju. Wtedy właśnie, w okresie konfliktu i niestabilności doszło do ideologicznych narodzin ZP.
Wielki wpływ na to miał też okres istnienia Ulenu Voxlandzko-Westlandzkiego, który, mimo krótkiego okresu istnienia, miał dość wyraźnie zarysowaną obecność kalkilizmu, chęci oparcia się przeciwnikom zewnętrznym i wewnętrznym, przyjaźni narodu wobec Muratyki oraz woli pozostania w FN, która to, niczym ironia tragiczna, doprowadziła paradoksalnie do jego wystąpienia z Federacji, gdzie jednak szybko powrócono w momencie powstania mocno wątpliwego od strony prawnej II ZP.
Zachowano w nim prodiarchiczną agitację, lecz połączono ją z antymuratykanizmem i antykalkilizmem. Istotny wpływ miało też przekazanie urzędu prezydenta Aleksandrowi Novakowi. Kult Harlina uległ pewnej redukcji, na co wpływ miało inspirowane przez władze FN ogłoszenie niepodległości.
Tak oto piąte z kolei Zjednoczone Państwo było na powrót niepodległe i kontynuowało wyżej wymienioną politykę. Voxland pozostawał w cieniu, tak jak jego monarcha i zarazem król ZP, natomiast w Westlandzie wraz z dominacją Republikanów kształtował się ich nacjonalizm, koegzystujący z trwającą już od końca marca nominalną rewolucją socjalistyczną. Wywołało to ukształtowanie się opozycyjnego amatorskiego ruchu patriotycznego, a Północne Kentucky zaczęło stawać się Amatorią. Znaczącym wydarzeniem była rewolucja 4 maja, która doprowadziła do rozpadu V ZP.
Stała się ona mitem założycielskim II Królestwa Voxlandu, państwa nastawionego na odrodzenie, rozwój i rywalizację z Westlandem (z którym doszło nawet do wojny). Budujące dla wizji imperium voxlandzkiego było również zniszczenie Republiki Związkowej Barcji. Kraj nie miał jednak nazbyt wielu obywateli i w swojej ówczesnej formie wytrwał miesiąc, do wprowadzenia na tron królowej Aleksandry I.
W tym czasie jeszcze bardziej ubogi w obywateli Westland trwał jako dyktatura oparta na republikańskim nacjonalizmie, wyrażonym w zwiększeniu roli elementów republikańskich w strukturach państwowych, co ukazywało poświęcanie większości aktywności na rozwój tradycyjnej domeny tegoż narodu – Południowego Kentucky, militaryzmie – rozbudowanych służbach mundurowych i narracji wojennej
Deklaracja Neukrajina, grudzień 2022
My, wierni poddani Cesarskiego Majestatu Cesarza Insulii z terenów Exodoctriny, Winkulii Westlandzkiej i Amatorii, złączeni wspólnym reformistycznym zapałem i chęcią zmian wprowadzenia w westlandzkiej republice, na mocy kompromisu łączymy się razem i współpracę uroczyście zawieramy, postanawiając niniejszym, co następuje:

Primo
Deklarujemy połączenie regionów naszych unią, tworząc jednolitą prowincję, której nadajemy nazwę Księstwa Neurajiny.
Secundo
Unia ta rozumiana jest poprzez utworzenie i poddanie swych terenów nowej, równej pozostałym, jednostki administracyjnej o wspomnianej uprzednio nazwie.
Tertio
Zobowiązujemy się obrać władcę tejże prowincji w osobie Księcia, przy powszechnej zgodzie w drodze publicznej elekcji i jemu powierzyć zadanie przewodzenia nam i reprezentacji interesów naszych przed osobą Jego Cesarskiej Mości Cesarza Insulii oraz całym mikroświatem.
Teoria wojny i pokoju, październik 2019
TEORIA WOJNY I POKOJU




Czyli luźne przemyślenia na temat wojskowości

August von Hippogriff de La Sparasan


CZĘŚĆ PIERWSZA: Siły Zbrojne i wstęp do teorii

Jak wiadomo, siły te istnieją od wiek wieków i są one powodem do rozmyślań. Komu służą? Ochronie władcy czy poddanych? Jednak rozczarowanie to będzie dla tych, co liczyli, że będzie to tutaj rozważane. Co zatem? Taktyka. Zawsze strategów nękało przed bitwą pytanie: jak działać? Nie ma jednak strategii idealnie dopasowanej do każdego starcia. Istnieją zagony, okrążenia, ataki znienacka, rewanże. Lecz i tu rozczarowanie spotka czytelników. Nie powiem im, co powinni zrobić. Nie zrobię tego. Ponawia się więc pytanie: o czym tu napiszę? To proste. Tu, w niniejszej publikacji przedstawię swoją doktrynę wojny.
Biuletyn "Prawda", październik 2019
PRAWDA

Manifest Scholandczyków na emigracji

Scholandczycy na emigracji! Dziś ogłaszamy swoje niezadowolenie z haniebnych działań kolaborantów z rządu w Scholopolis. Wygłaszamy swe poparcie dla Ostatecznej Krucjaty.

WIĘCEJ GRZECHÓW NIE PAMIĘTAM BĄDŹ DOSTĘPU DO NICH NIE MIAŁEM
August de la Sparasan de Harlin
Sagan Amatorii, przewodniczący Sądu Ludowego, prezydent ZPViW, piastujący obecnie bądź w przeszłości liczne inne stanowiska
Obrazek
Awatar użytkownika
Joahim von Ribertrop
Posty: 711
Rejestracja: 26 paź 2022, 16:30

OBYWATEL

ODZNACZENIA

Re: Pisma nieopublikowane

Post autor: Joahim von Ribertrop »

August dlS pisze: 19 lip 2023, 13:47 Zalecam pominięcie lektury tego ustępu
P R Z E C Z Y T A Ł E M .
August dlS pisze: 19 lip 2023, 13:47 również metaforycznego
No to bierzemy się do rozważań "co autor miał na myśli".
August dlS pisze: 19 lip 2023, 13:47 bo jakość jest miejscami mocno toaletowa
Czy to miała być zawoalowana sugestia że te dzieła, niczym największe spośród insulijskich postów powstały gdy autor siedział na kiblu?
August dlS pisze: 19 lip 2023, 13:47 Helmut Cezar Wydanie kompletne
W końcu, po wielu latach... Doczekaliśmy się (znaczy wciąż chyba nie, ale i tak jest tego więcej niż było).
August dlS pisze: 19 lip 2023, 13:47 Na pójście sobie prezydenta Republistanu, wrzesień 2022
A to chyba akurat już gdzieś publikowane było?
August dlS pisze: 19 lip 2023, 13:47 rozwój i rywalizację z Westlandem (z którym doszło nawet do wojny).
W ogóle jestem pełen podziwu do nas, że w 2020 potrafiliśmy nieironicznie iść na wojnę, bo "Novak mówił że Helmut to August". Podejrzewam że dziś już byśmy tak nie umieli... (Chociaż sądzę że wciąż bylibyśmy o to rozpętać inbę wszechczasów).
Obrazek
HM Joahim II, Konig af Voxland

But there's no sense crying
Over every mistake.
You just keep on trying
'Til you run out of cake.
Awatar użytkownika
Kamiljan de Harlin
Posty: 766
Rejestracja: 31 paź 2022, 15:41
Lokalizacja: MC Gaudium
Kontakt:

OBYWATEL

Re: Pisma nieopublikowane

Post autor: Kamiljan de Harlin »

Panie, na skalę Insulii to są arcydzieła. Czemuż nie opublikowałeś tego wcześniej? UJ z tym, że coś "nieaktualne", mamy tutaj wartość artystyczną i historyczną za razem...

Kamiljan de Harlin
Rodzic Doctriny, Prezydent Gaudium
Awatar użytkownika
August dlS
Posty: 249
Rejestracja: 31 paź 2022, 17:53

OBYWATEL

ODZNACZENIA

Re: Pisma nieopublikowane

Post autor: August dlS »

Joahim von Ribertrop pisze: No to bierzemy się do rozważań "co autor miał na myśli
Niestety można je łatwo rozwiać przy użyciu słownika i tamtejszej definicji słowa "ustęp".
Joahim von Ribertrop pisze:Czy to miała być zawoalowana sugestia że te dzieła, niczym największe spośród insulijskich postów powstały gdy autor siedział na kiblu?
Niestety, nie mogę pochwalić się takim osiągnięciem. Ale przyznam, że czasem mam popęd do pisania o sile porównywalnej z przymusem odwiedzenia toalety w czasie biegunki. No nie ma siły, po prostu trzeba, bo inaczej uleci.
Kamiljan de Harlin pisze: 20 lip 2023, 10:39 Panie, na skalę Insulii to są arcydzieła. Czemuż nie opublikowałeś tego wcześniej? UJ z tym, że coś "nieaktualne", mamy tutaj wartość artystyczną i historyczną za razem...
Zbytnia łaskowość... Choć dla mnie mają pewną wartość historyczno-sentymentalną, przypominają o różnych wydarzeniach... Swoją drogą, niejednokrotnie chciałem spisać pamiętniki mikronacyjne, ale jakoś zawsze ostatecznie nie dawałem rady... Smutek plus i ego w dół.



EDIT: coś coś się zepsuło z cytowaniem i nie było mnie czytać, kurczę
August de la Sparasan de Harlin
Sagan Amatorii, przewodniczący Sądu Ludowego, prezydent ZPViW, piastujący obecnie bądź w przeszłości liczne inne stanowiska
Obrazek
Awatar użytkownika
Kamiljan de Harlin
Posty: 766
Rejestracja: 31 paź 2022, 15:41
Lokalizacja: MC Gaudium
Kontakt:

OBYWATEL

Re: Pisma nieopublikowane

Post autor: Kamiljan de Harlin »

August dlS pisze: 24 lip 2023, 13:27 EDIT: coś coś się zepsuło z cytowaniem i nie było mnie czytać, kurczę
Naprawiono przy użyciu mocy adminowskich.

Kamiljan de Harlin
Rodzic Doctriny, Prezydent Gaudium
Awatar użytkownika
August dlS
Posty: 249
Rejestracja: 31 paź 2022, 17:53

OBYWATEL

ODZNACZENIA

Re: Pisma nieopublikowane

Post autor: August dlS »

Dziękuję serdecznie.
August de la Sparasan de Harlin
Sagan Amatorii, przewodniczący Sądu Ludowego, prezydent ZPViW, piastujący obecnie bądź w przeszłości liczne inne stanowiska
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Co słychać w Insulii?”