
Miało to na celu przygotowanie się do pełnienia nowej roli, wodza plemiennego... Jednocześnie skomunikowałem się ze swoim przedsiębiorstwem "Ronon Arms" oraz służbami logistycznymi Sił Zbrojnych Republiki Bialeńskiej oraz Sił Samoobrony Nan Di w celu przygotowania pewnych kwestii dotyczących przyszłych dostaw wyposażenia dla powstającej (miejmy nadzieję, że niebawem) Królewskiej Armii Samundy.
Wczoraj powróciłem do Samondy, tym razem droga morską... przywózłem swój wierny pojazd, małą terenową ciężarówkę typu UVL-A. Pojazd załadowany najpotrzebniejszymi rzeczami został dowieziony do brzegu niewielka barką desantową (należącą do przedsiębiorstwa "Ronon Shield" - prywatna firma zajmująca sie ochrona i usługami militarnymi, znana m.in. ze strzeżenia Wyspy Suderland w czasach gdy władze tego kraju były nieobecne w Miroświecie).


Po wyładowaniu pojazdu udałem się drogami i bezdrożami Samundy na spotkanie z plemieniem Membezi.


Po drodze zanocowałem w pięknej okolicy (już na terenie należącym do Membezi)...

... było wiele spraw do przemyślenia, a nocleg pod gwiazdami sprzyjał takim rozmyślaniom. W końcu przybywam do opuszczonego przez poprzedniego wodza plemienia, jako osoba obca... Moja obecność w Samundzie to raptem kilka dni. Trzeba zdobyć zaufanie wojowniczego plemienia, którego członkowie mają przecież stanowić trzon powstającej (czy raczej odtwarzającej się... wszak kiedyś podobno istniała tutaj siła zbrojna) armii Samundy. To duże wyzwanie...
Mieszkańcy Samundy, w tym Membezi cenią sobie tradycję, żyją wg reguł przodków itd. Trzeba będzie przekonać wojowników, że jednak będzie trzeba na co dzień korzystać z techniki (której ogólnie przeciwni nie są, ale żyją tradycyjnie w własnego wyboru) wojskowej oraz, że użycie jej w wojskowej służbie nie musi oznaczać odrzucenia dotychczasowego stylu życia w miejscu zamieszkania. Czas pokaże czy uda się tego dokonać... i z jakim skutkiem?

