Człowiek wobec śmierci


<strong>Armin Mikos v. Rohrscheidt</strong>

CZŁOWIEK WOBEC ŚMIERCI. UMIERANIE NA PRZESTRZENI WIEKÓW.

Temat, który chcemy zarysować w niniejszym wykładzie, jest prawdziwie odwieczny. Tak jak konfrontacja z potrzebą jedzenia, ochrony od chłodu, potrzebą bezpieczeństwa, każdego człowieka spotyka także od zawsze problem końca życia. Tyle, że pozostałe potrzeby po pierwsze są skończonej natury, dają się opisać, zmierzyć, po drugie zaś znalazły one w ciągłym rozwoju cywilizacji i kultur jakieś mniej lub bardziej zadowalające rozwiązania, od jaskini do wieżowca, od jagód czy mamuciego mięsa do hamburgera i czekolady. Ta zaś – śmierć – pozostaje nieuniknioną, niepokonaną i nieprzeniknioną koniecznością. Można wprawdzie z nią walczyć, odsuwać ją na długi czas, można ją zaklinać i oswajać, uciec się przed nią ostatecznie nie da, oszukać zresztą też. Tak więc ostatecznie pozostają dwa fakty, które postawimy u początku naszych rozważań:

  • Nic nie jest w stanie oddalić od człowieka świadomości, że umrze
  • Wobec śmierci każdy człowiek ostatecznie staje osamotniony i bezbronny.

1. Potoczna percepcja śmierci i jej cechy.

Skoro już tak jest, skoro mali i wielcy, głupi i mądrzy muszą umierać, jest rzeczą oczywistą, ze myśli ludzi często wokół śmierci krążą, choć dla większości jest to temat niemiły. Niech tę ludową, wspólną wszystkim kulturom świadomość konieczności umierania zarysuje kilka przykładów: Arabska legenda. Pewien bogaty szejk był w sile wieku, zdrowy, bogaty. Którejś jednak nocy odwiedził go Anioł Śmierci i uprzedził go, że za trzy dni wieczorem przyjdzie po niego. Szejk nie chciał umierać, postanowił więc śmierci uciec. Wsiadł na swego najszybszego konia i wziął trzos ze złotem, pędem ruszył drogą w dalekie strony. Gdy koń się zmęczył, kupował u Beduinów następnego, zajeĽdził ich kilka. Jechał nieprzerwanie, nie jedząc i nie śpiąc. Pod wieczór trzeciego dnia był w nieznanej sobie zupełnie krainie. Kiedy zmęczony, lecz rozluĽniony i zadowolony z siebie podszedł do strumyka, spotkał tam spokojnie siedzącego mężczyznę. Był to Anioł Śmierci. Ten odezwał się do niego spokojnym głosem: „Kiedy mi Bóg powiedział, że znajdę cię o tysiąc mil od twego pięknego domu, na tym pustkowiu, zlanego potem, samotnego i padającego z nóg, bardzo się zdziwiłem. Ale ludzie są czasem bardzo dziwni, nie zawsze ich rozumiem.”Tyle ludowa mądrość. Nie próbuje ona ze śmiercią polemizować ani jej uzasadniać, nie przydaje jej żadnej logiki. Po prostu ją akceptuje.

Łaciński napis. W moim rodzinnym mieście stał stary dom, kamienica z XVI wieku. Ponieważ się rozpadała, w latach 70-tych postanowiono ją rozebrać. Przystąpiono do dzieła. I w ostatniej chwili, gdy już pozostał sam parter z portalem wejściowym okazało się, że kamienica jest pod konserwatorską ochroną. Prace przerwano. Do dziś z domu pozostał frontowy fragment muru z portalem, na którego łuku widnieje mały szkielet i łaciński napis: „Mors omnia aequat” „Śmierć wszystko wyrównuje”. To stara rzymska sentencja. Jej nieznany autor przyjął do wiadomości nieuniknioną konieczność śmierci. Dojrzał w niej nawet pewien rodzaj sprawiedliwości, element wyrównania ludzkich szans i losów. I prawda ta pozostaje aktualna: Magnat i żebrak, Rockefeller i bezimienny głodujący Somalijczyk, choć raz stają się sobie równi –w umieraniu. I choć może jeden z nich odchodzi stąd w luksusowej separatce znanej kliniki w otoczeniu medycznych sław i superdrogich aparatów, drugi zaś umiera na kupie wielbłądziego nawozu w towarzystwie obrzydliwych much, ten jeden moment, ten punkt przejścia lub może próg nicości wyrównuje wszystko. Bo wobec nieskończoności i wieczności (dla wierzących), tak samo jak wobec nicości i bezdennej pustki (dla niewierzących) ostatecznie wszystko to, co było udziałem człowieka w jego życiu zupełnie NIC nie znaczy, jest nieporównywalne w swej znikającej małości.

Dziecięcy strach i dorastanie do prawdy. Nie pamiętam, miałem wtedy pięć czy sześć lat. Chyba było to w któryś kolejny Dzień Zaduszny, gdy po odwiedzinach cmentarza pierwszy raz uświadomiłem sobie, że umrę. Bardzo wystraszyłem się śmierci. Płakałem, to dobrze pamiętam, nie chciałem umierać, choć przecież wiedziałem, że mam jeszcze dużo czasu. Moja mama zrozumiała to. Była przy mnie chyba dobre dwie godziny i pocieszała, tłumaczyła, aż zasnąłem. Nie wiem, czy mówiła mi wtedy o wiecznym życiu, choć jest wierzącą osobą. Wiem, że tłumaczyła mi śmierć na przykładach osób znanych mi choćby z opowiadań, które już odeszły. Mówiła, że oni też przez to przeszli, że wszyscy po kolei dojdziemy do tego momentu i że wtedy nie będziemy się już bać, bo tak to jakoś jest, że wszyscy się boją śmierci, tylko nie sam umierający, jeśli ma czas się do niej przygotować. Wreszcie powiedziała, że to takie porządne zaśnięcie, po którym, jeśli się obudzimy, to już pewnie zupełnie gdzie indziej. I to mnie ostatecznie przekonało. Przecież zasypiam codziennie i tego się nie boję. Po latach miałem okazję być przy umieraniu niejednego człowieka. I mogę powiedzieć, że dużo z tego prostego tłumaczenia się sprawdza: większość ludzi, schodzących z tego życia, wydaje się już pogodzonych ze śmiercią. Może tak samo, jak zapaśnik, który leżąc w kleszczach przeciwnika, sam podnosi rękę, że już dosyć, że walka jest rozstrzygnięta, i teraz chce już mieć to za sobą. Może tak, jak zmęczony droga wędrowiec, albo ptak, który przeleciał morze i niemal bez czucia pada na piasek lądu, w tym momencie obojętny, co się z nim stanie, chcący tylko zasnąć i odpocząć. A może tak, jak odjeżdżający, który już wszystko spakował, ze wszystkimi się pożegnał, i pozostaje mu już tylko zamknąć za sobą drzwi pociągu? Drzwi bez okna, tym razem… Może to jest ta przedziwna tajemnica, ten ludzki mechanizm oswajania śmierci.

2. Koniec życia w refleksji wybranych religii i szkół filozoficznych.

Nie ma chyba poważniejszej szkoły filozoficznej, nie ma też oczywiście ani jednej znanej religii, która nie zajęłaby się problemem śmierci i umierania. Rzecz jasna jednak, poglądy na wydarzenie w tak wysokim stopniu nieopisywalne musiały być różne. W tym krótkim wykładzie musimy ograniczyć się z konieczności do bardzo niepełnego wyboru. Przytoczymy tu więc tylko poglądy najbardziej wyraziste.

Mitologia babilońska: Gilgamesz jako nieudane poszukiwanie nieśmiertelności. Bohater najsłynniejszego mitu babilońskiego, Gilgamesz, król Uruku, i heros, po zwadzie z boginią Isztar traci swego najlepszego przyjaciela, Enkidu. Owładnięty chęcią przywrócenia mu życia, a jeszcze bardziej chyba wystraszony perspektywą własnej śmierci, wyrusza na poszukiwanie mędrca Utnapisztim, babilońskiego odpowiednika Noego, który, jak głoszą ludzkie podania, żyje od czasów potopu. Znajduje go i pyta o tajemnicę wiecznego życia, jednak dowiaduje się, że nie jest ono przeznaczone dla ludzi: Utnapisztim jest tylko wyjątkiem, któremu bogowie zechcieli podarować swój własny przywilej: życie. Gilgamesz nie poddaje się, żąda innej recepty na nieśmiertelność i otrzymuje ją: wystawiony jednak na próbę, w postaci nie ulegania snowi przez sześć dni i siedem nocy, zasypia natychmiast, zapewne pod wpływem złego demona. Ostatnią szansą jest znalezienie i zerwanie rośliny, przywracającej młodość. Jednak i ta szansa zostaje utracona: podczas kąpieli Gilgamesza porywa ją wąż, który natychmiast zmienia skórę. Przepiękny mit o ludzkiej walce z przeznaczeniem był pouczeniem dla współczesnych, że śmierć, jako definitywny koniec, jest przeznaczeniem wszystkich ludzi, a życie wieczne, jakkolwiek możliwe, jest tylko udziałem bogów i ich zazdrośnie strzeżoną tajemnicą. Bić się o nie i próbować odwrócić śmierć jest zatem bezsensownym przedsięwzięciem…

Egipska Księga Umarłych: śmierć jako początek wędrówki do nowego Świata. W dojrzałych już wierzeniach okresu Nowego Państwa odbija się wyraĽne przekonanie o istnieniu Dwóch Światów – tego widzialnego, kierowanego przez faraona i kapłanów, oraz tego drugiego, na Zachodzie, ku któremu co dzień dąży schodzące słońce. Tamten świat wydaje się Egipcjanom nawet bardziej godny pożądania, lepszy i pewniejszy. Dlatego to zmarły Egipcjanin wyposażany bywał bardzo pieczołowicie: Mumifikowano jego ciało, budowano mu grobowiec, w który wkładano wszelkie przydatne przedmioty i amulety, do trumny zaś wkładano Księgę Umarłych, prawdziwy przewodnik po krainie cieni i jednocześnie mowę obrończą, przeznaczoną na boski sąd nad jego uczynkami. Podczas całego ”procesu”i wkładania na szale wagi jego dobrych i złych uczynków, zmarły miał odmawiać odnośne fragmenty, aby przekonać swoich sędziów o cnotliwym życiu. Znając zapisane w księdze imiona sędziów mógł nawet wywierać rodzaj magicznego wpływu na nich, wymawiając je. W świetle tych tekstów i praktyk pogrzebowych, a także malowideł i reliefów, odkrytych w grobowcach i świątyniach, można stwierdzić, że starożytni Egipcjanie nie tylko śmierć akceptowali, ale wręcz widzieli swoje ziemskie życie jako rodzaj przedsionka do niej, jako wstęp do wielkiej podróży ku znacznie dłuższemu i bardziej prawdziwemu życiu. Z pewnością poglądy te miały znaczny wpływ na rozwinięcie się nowej refleksji i nowej postawy wobec śmierci i życia po niej, jaka stała się udziałem m.in. Hebrajczyków, sąsiadów i często wasali Egiptu.

Buddyzm i śmierć: wyzwolenie z żądz i błogosławiona nicość. Śmierć jest dla buddysty naturalnym elementem kręgu wcieleń, dotyka go zatem wielokrotnie w długim szeregu ciągłej reinkarnacji. Być może właśnie ten fakt powoduje, że jej pojmowanie nie wyraża się w tak kategorycznych sądach, a ona sama nie zajmuje tak bardzo centralnej pozycji w filozofii czy może teologii buddyjskiej. Gdyby mierzyć naszymi kategoriami, to mielibyśmy tu do czynienia właściwie z DWOMA różnymi wydarzeniami śmierci. Pierwsza z nich, rozumiana podobnie do naszych pojęć, to śmierć jako kres materialnego życia jednostki, niemniej z powodu konieczności powtórnego wcielenia nie przybiera ona ani tak dramatycznej postaci, jak w naszej kulturze jednego życia, ani nie jest definitywnym końcem czy ostatnią bramą. Człowiek, z powodu swoich żądz i swojej spowodowanej nimi niedoskonałości, musi wcielić się powtórnie, przeżyć inne życie i znów cierpieć. Dopiero po wyzbyciu się tego, co trzyma go w łańcuchu wcieleń, może, poprzez kolejną śmierć (w przypadku samego Buddy był to rodzaj wniebowstąpienia przez medytację), wyjść z tego zaklętego kręgu (sansary) i osiągnąć stan nie-bycia, nazywany nirwaną. Jest to jednak mimo wszystko jakiś rodzaj bytowania, pozbawiony jednak wszelkich przywiązań, wszelkiego odczuwania, wszelkich żądz i wszelkiego cierpienia. Wolny od wcieleń, a zatem także od życia w naszym rozumieniu staje się człowiek przez swą ostatnią śmierć, śmierć oświeconego i wyzwolonego już człowieka, rozpływając się w nirwanie świadomości. To śmierć ostatnia, wynosząca niejako ponad życie, ale w naszym rozumieniu pozbawiająca też jednostkowej świadomości. Kto bowiem już nie odczuwa, nie cierpi, nie raduje się, nie oddziałuje, ten w istocie w naszym rozumieniu nie żyje. I dlatego tak trudno nam pojąć buddyzm i cały Wschód. To bowiem, co dla większości z nas byłoby największym nieszczęściem, absurdem, niespełnieniem, dla tamtej refleksji jest celem i najwyższym pragnieniem.

Izrael i religia Starego Przymierza: śmierć jest karą za grzech, a nie naturalnym człowiekowi zjawiskiem. Człowiek, mocą stworzenia go bezpośrednio przez Boga i to z użyciem Boskiego tchnienia życia (ruah, nefesz), jest istotą żywą i jako taka nie był pierwotnie przeznaczony śmierci. Dopiero jego nieposłuszeństwo i odejście od Bożej woli uczyniło go śmiertelnym. Śmierć jest bezpośrednią konsekwencją tego pierwszego grzechu, która dotknęła odtąd wszystkich ludzi. Tak więc odtąd człowiek pozostaje już tylko prochem, który zgodnie z naturą świata, ponownie w proch się obróci. Wbrew obiegowym opiniom Stary Testament nie daje żadnej recepty na śmierć, nie obiecuje życia wiecznego. Jego największą obietnicą, na przykład tą daną Abrahamowi, jest długie życie i wielka liczba potomków, w których ich praojciec będzie jakby kontynuował swoje życie. Z kolei po wyjściu z Egiptu przedmiotem obietnicy Boga utrzymania przy życiu nie był pojedynczy Izraelita, lecz cały naród. To on był nazywany Synem Człowieczym, którego Bóg będzie strzegł.. Król Dawid otrzymuje obietnicę, że jego potomkowie zasiądą na jego tronie. Stopniowo, w kolejnych wiekach powstawania ksiąg biblijnych sprawiedliwi, czyli dobrzy ludzie, uzyskują mglistą obietnicę zachowania ich życia w Szeolu, bliżej nie zdefiniowanym Królestwie cieni, Kraju zmarłych. Pan jednak jest władny odwrócić śmierć człowieka, zachować go przy życiu dłużej niż mu to było przeznaczone, jak robi to w przypadku króla Ezechiasza Dopiero ostatnie księgi Starego Testamentu, powstające już po niewoli babilońskiej, w konfrontacji z religiami hellenistycznymi, zaczynają rozwijać temat życia po śmierci, i to w wyjątkowych okolicznościach. Oto Księgi Machabejskie wspominają o modlitwie za poległych w bitwie z Syryjczykami Izraelitów, przy których odkryto potępiane przez judaizm amulety. Modlitwa ta ma ocalić ich dusze przed unicestwieniem, jest więc dowodem na powszechne już wtedy, choć dotąd nie oparte na księgach świętych, wierzenia, dotyczące kontynuacji w jakiejś formie życia po śmierci. NajwyraĽniejsza tu jest jednak Księga Mądrości, powstała prawdopodobnie dopiero jakieś 70, a może nawet 50 lat przed Chrystusem, która wyraĽnie stwierdza: „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga, i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, ze pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście, i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie”(Mdr 3). Księga Mądrości do dziś nie przez wszystkich Żydów uznawana jest za kanoniczną, to jest za prawowite Pismo Święte. Wiemy też, że nawet za czasów Jezusa żydowscy uczeni i starszyzna religijna byli podzieleni: Faryzeusze na przykład wierzyli w indywidualne zmartwychwstanie, saduceusze zaś, stanowiący większość, nie.

Jezus i Jego Nowina: Bóg jest Bogiem Żywych! Nie będziemy na tym miejscu długo analizować poglądy pierwszych chrześcijan na śmierć i życie po śmierci –wszak żyjemy w kraju o silnych tradycjach chrześcijańskich i poglądy te są wszystkim doskonale znane, większość zaś z nas tu obecnych przynajmniej formalnie je nawet podziela. Niemniej, żeby zilustrować i tę rewolucyjną zmianę postawy wobec śmierci, która dokonała się w wystąpieniu Jezusa, przypomnijmy spośród wielu fragmentów Nowego Testamentu choćby tylko trzy, opisujące fakty z ewangelicznych opowiadań: Pierwszym z nich jest wskrzeszenie Łazarza, opisane w Ewangelii Jana. Jezus każe wyjść z grobu człowiekowi, którego ciało już zaczęło się rozkładać. Jest to oczywiste świadectwo nie tyle odwracalności samej śmierci, co raczej Jego władzy nad śmiercią. Jezus jest tu Panem Życia, działa mocą Boga, tego samego Boga, który człowieka stworzył do życia właśnie, a nie do umierania. Podniesienie z grobu Łazarza, przyjaciela Jezusa, ma stanowić orędzie do wszystkich wierzących: jeśli będziesz przyjacielem Boga, będziesz żył nie z powodu nie istnienia śmierci, lecz pomimo niej. Jeszcze bardziej wyrazista jest ta idea w scenie ukrzyżowania Jezusa: otóż sam umierając, gwarantuje życie wespół z Nim ukrzyżowanemu łotrowi, który się nawraca. Mówi mu: „Jeszcze dziś będziesz ze Mną w raju”. Albo więc jest to obietnica natychmiastowego wskrzeszenia, jak myślą jedni, albo zanegowanie istnienia jakiegokolwiek upływu czasu po tamtej stronie, stronie wieczności i nieprzemijalności, jak twierdzą inni. I w jednym, i w drugim przypadku wyraĽna jest jednak obietnica życia i spotkania po śmierci. Wreszcie moment trzeci: Żywy Jezus na tle pustego Grobu. Zwycięski, posyłający swoich uczniów na cały świat Jezus jest dowodem, symbolem i obietnicą życia pomimo śmierci dla swoich uczniów wszystkich czasów.

Chrześcijaństwo a śmierć: Brama do życia. Jezus oferuje, a właściwie narzuca w ten sposób chrześcijaninowi inną zupełnie perspektywę życia i inny obraz śmierci, zgodnie z którym pierwszy wielki teolog, święty Paweł może zawołać w jednym ze swoich listów: „Gdzież jest, o śmierci, oścień twój? I gdzie jest twoje zwycięstwo?” Stąd i unikalny w tamtych czasach stosunek pierwszych chrześcijan do śmierci: nie tęsknota, lecz jednak afirmacja! Śmierć nie jest przecież żadnym końcem, lecz początkiem nowego, wiecznego życia. W życiorysach świętych moment śmierci staje się nawet właściwym dies nativitatis, dniem narodzin dla nieba. Ta wiara zupełnie zmienia perspektywę życiową chrześcijanina, odbiera mu już za życia naturalny przecież strach przed śmiercią. Postawa te przetrwała wieki, choć przybierała różne postacie: odpychającej śmierci (a właściwie i samego życia) Aleksego Rzymskiego, w którym przez chorobę i porzucenie rodziła się chwała świętości, poprzez bohaterską, konsekwentną w wierności śmierć doskonałego rycerza Rolanda do „Siostry Śmierć” u Franciszka z Asyżu. I żadne inne wzorce śmierci, masowej, jak podczas epidemii dżumy w XIV wieku czy indywidualnej, tragicznej, jak miłosne samobójstwo Romea i Julii, nie były w stanie przesłonić dominującej postawy, widzącej w niej przede wszystkim bramę do życia. Istotny w tej optymistycznej przecież wizji umierania ludzkiego staje się jednak ważny warunek: umierać trzeba z Bogiem w sercu, pojednanym przynajmniej z nim, jeśli już nie z ludĽmi. Z imieniem Bożym giną w czasie bitwy rycerze – znamienne to, że podczas na przykład grunwaldzkiej bitwy jedni ruszyli do szarży z pieśnią: „Christ ist erstanden”, drudzy zaś z „Bogurodzicą”na ustach. W krzyżem w ręku umierają chorzy, zaopatruje się ich w viaticum, sakrament drogi, czyli ostatnią Komunię świętą, a wokół nich odmawia się psalmy. Nowonarodzone dzieci chrzci się natychmiast, by uzyskać pewność ich wiecznego zbawiania, gdyby umarły. Nawet skazańcy otrzymują możliwość ucałowania krzyża, aby dać wyraz swojej wierze w pośmiertne powstanie z martwych i aby umierali z Jezusem.

Epikur i jego lekarstwo, czyli nie bójcie się! Zupełnie inną postawę wobec śmierci proponuje grecki filozof Epikur. Nie uznawał on życia po śmierci, nie wierzył w jakiekolwiek działanie bóstw w naszym świecie, jeśli w ogóle w nie wierzył. Nie widział więc miejsca dla nieśmiertelnej duszy w człowieku i z związku z tym musiał rozwiązać problem strachu ludzkiego przed śmiercią. Jeśli bowiem nie możemy wierzyć w pozagrobowe życie, jeśli nie umiemy powiedzieć, co nas czeka, zaczynamy się bać. Ten naturalny ludzki strach Epikur uśmierza bardzo prostym stwierdzeniem: Przecież nie ma się czego bać! Śmierć, największe jakoby zło, nic nam nie może zaszkodzić. Kiedy bowiem właściwie się z nią spotkamy? Nigdy! „Dopóki bowiem jesteśmy, nie ma śmierci, a odkąd jest ona, nas już przecież nie ma!” To przesądy są Ľródłem nieszczęścia i strachów, oświecony umysł jest warunkiem życia szczęśliwego. „Śmierć nas nic nie obchodzi, bo zło i dobro jest tylko tam, gdzie można coś odczuwać zmysłami, śmierć zaś jest końcem zmysłowego odczuwania”, Czyli, jak kto woli, nawet wyzwoleniem od wszelkiego cierpienia. Przy okazji niejako, wyzbywając się strachu przed nieskończonymi jakoby cierpieniami po śmierci, człowiek przestaje się bać i tego, i przez to jest mniej nieszczęśliwy. Do szczęścia zaś, według Epikura, człowiekowi niepotrzebna jest nieśmiertelność, tylko rozumne, umiejętne korzystanie z życia.

Ludwig Feuerbach: Wiara w życie po śmierci jako okrężna droga do samego siebie. Według ateisty i krytyka religii Feuerbacha śmierć jest oczywiście naturalnym wydarzeniem, kresem definitywnym ludzkiego życia. Wiara zaś w nieśmiertelność lub wskrzeszenie jest zjawiskiem typowym dla nauki chrześcijańskiej, złączonym oczywiście z wiarą w osobowego Boga. Feuerbach je nawet utożsamia: Jeśli wierzyć w Boga, także śmierć jawi się zupełnie inaczej, wiara bowiem w Boga, który jest osobą, otwartą na człowieka i działa w świecie, pociąga za sobą w sposób oczywisty wiarę w życie w Nim lub przez Niego, na ile zaś sam Bóg ma być nieśmiertelny, życie w nim także takie musi być. Według Feuerbacha sama idea Boga, zwłaszcza zaś chrześcijańskiego, jest tworem wynikającym z chęci urzeczywistnienia się człowieka poza swoją ograniczonością: Oto człowiek tworzy pojęcie nieograniczonego, nieśmiertelnego, darzącego takimż nieśmiertelnym życiem Boga, aby tym łatwiej śnić swój sen o nieskończoności własnej egzystencji. Skoro prymitywna wiara pierwotnych ludzi w kontynuację życia na TYM świecie (czy to w nowym wcieleniu, czy w postaci ducha, zwierzęcia itd.) umarła, zastąpiła ją nowa wiara: nie mniej naiwna, ale za to mniej wrażliwa na krytykę, bo przesuwająca punkt sprawdzalności poza moment śmierci: w życie pozagrobowe. Wiara w tamten świat jest dla człowieka okrężną drogą do samego siebie! Niezadowolony i wewnętrznie rozdarty człowiek chwyta się idei wymarzonego drugiego świata i czyni z niego nawet swoją właściwą ojczyznę, swoje powołanie i swój główny cel. W takim kontekście śmierć jest oczywiście może nieco strasznym, ale koniecznym i akceptowanym przejściem do tego raju. Niestety, twierdzi Feuerbach, za tymi drzwiami nic nie ma, i człowiek, wierzący tak, oszukuje sam siebie co do istoty śmierci. Przez to nie potrafi jej właściwie pojąć i nie czuje się dobrze w swojej doczesności. Człowiek zaś naturalny, rozsądny, który przezwyciężył swoje rozdarcie, pozostaje w swej ojczyĽnie prawdziwej, to jest doczesności, i w niej znajduje pełne zaspokojenie. Tą droga poszedł póĽniej jeszcze dalej Marks i jego zwolennicy, dla których religia była opium dla zniewolonego człowieka, nieśmiertelność zaś czczą obiecanką, mającą utrzymywać go w stabilnym posłuszeństwie wobec systemu.

Martin Heidegger: życie jest wybieganiem ku śmierci. Dwudziestowieczni filozofowie nurtu egzystencjalnego najbardziej chyba zajęli się problemem ludzkiej śmierci. Byli to winni swojemu przedmiotowi: człowiekowi, widzianemu przez nich właśnie od strony warunków jego istnienia. O ile zaś śmierć jest niekwestionowanym kresem przynajmniej pewnego etapu ludzkiego istnienia, jeśli nie kresem w ogóle, musieli ją zauważyć w swojej refleksji. Heidegger nazywa całe istnienie człowieka nie inaczej, jak tylko „Bytem ku śmierci”. Człowiek, uwikłany w swoją codzienność, to jego bycie-tu-właśnie, żyje troskami tego świata, porzucony jakby na jego pastwę. Zasadniczym jednak jego przeznaczeniem, podstawowym doświadczeniem życia jest konfrontacja z niepewnością jego własnego istnienia, a zatem z nieuchronnością śmierci. Zatem człowiek określony jest już z góry przez swoją czasowość, skończoność, przez właśnie ten fakt, że rzucony jest w życie na pastwę śmierci, wystawiony na ryzyko możliwego nie-bycia. Człowiek żyje więc w stanie ciągłego niedokończenia, nie jest właściwie nigdy całością, ponieważ nosi w sobie własny koniec, który od początku jego życia już się w nim rozpoczął, ale jeszcze nie nadszedł ostatecznie. Ale życie człowieka, jako samoświadome, samo-ukierunkowane, nie może być postrzegane wyłącznie jako zdychanie, umieranie jak wszystkie zwierzęta. Czymże jest więc śmierć, ten koniec człowieka, nie będący ani prostym zdychaniem, ani też prawdziwym spełnieniem? Otóż umieranie jest pewną formułą bycia, którą człowiek przyjmuje nieświadomie, już w chwili swoich narodzin: już wtedy, rosnąc i żyjąc, rozpoczyna też proces własnego umierania. Nie dopiero w chwili śmierci, o której i tak nie wiemy, jaka i gdzie ostatecznie będzie jej postać, lecz już teraz jesteśmy jakby wystawieni na śmierć. Sama zaś śmierć, ta ostatnia chwila czy może i dłuższy proces umierania u kresu życia, nie jest tylko procesem biologicznym, lecz pewną także formą bycia, dopiero teraz aktualizującą się w całej pełni, a jednocześnie przynoszącą tego bycia kres. Paradoksalnie więc: w śmierci chodzi o możliwość zwyczajnej niemożliwości dalszego bycia, która wywołuje w nas zasadniczą trwogę i lęk, strach przed czymś bliżej nieokreślonym, lęk o samą, „gołą”egzystencję. Jednak trwoga i śmierć nie powinny być wypierane i omijane w naszej codzienności, jak się to zwykle dzieje. Przed śmiercią, jako realną możliwością, nie należy uciekać, skoro nie możemy jej zlikwidować, to raczej należy oswoić ją, zawładnąć nią na swój sposób, zdecydowanie wyjść jej naprzeciw. I nie chodzi tu oczywiście o samobójstwo, lecz o proste przyjęcie swej ludzkiej egzystencji wraz ze śmiercią, jako jej naturalnym końcem. Z gotowym na śmierć zdecydowaniem, aby żyć, podjąć próbę spełnionego istnienia: wiedząc, że ludzkim Jutro jest śmierć, należy pojąć ludzkie Dzisiaj, współczesność, jako możliwość bycia samym sobą (ja steruję moim życiem) i jednocześnie całym sobą (żyjąc świadomie kroczę ku śmierci, akceptuję ją, jako zawarte w moim życiu już teraz umieranie). Przypomnijmy jeszcze, że u Heideggera kwestia życia po śmierci pozostaje otwarta, jego analiza życia i śmierci widzi śmierć jako koniec bycia-w-świecie, nie rozstrzygając, czy możliwe jest jeszcze bycie-poza-światem, życie innego rzędu czy rodzaju. Inni egzystencjaliści zajmowali tu bardziej zdecydowane stanowisko: Jaspers skłaniał się ku filozoficznej wierze w możliwość dalszej egzystencji w Jednym (czyli Absolucie), Sartre taką możliwość zdecydowanie negował.

3. Umieranie jako proces i wydarzenie

Sami umierający akceptują śmierć. E. Kübler-Ross, profesor psychiatrii, w ramach swoich badań, dokonanych w latach 60-tych i 70-tych, przeprowadziła ponad 2000 wywiadów z osobami, bliskimi śmierci i przedstawiła następnie ich postawy wobec nadchodzącej śmierci. W świetle tego materiału śmierć jawi nam się jako proces przyjmowany naturalnie. Autorka, analizując cechy wspólne, które dostrzegła w postawach i zachowaniach umierających ludzi, doszła do wniosku, że u osób, które umierają w sposób naturalny i mają szansę przygotować się do własnej śmierci, proces ten rozwija się, z różnymi wahaniami, w bardzo podobny sposób i można rozróżnić jego poszczególne fazy. I tak na przykład pierwszym etapem tego procesu, po uświadomieniu sobie rychłej śmierci, jest prawie zawsze szok i niedowierzanie. Faza ta może, w zależności od osobowości umierającego, trwać sekundy albo nawet długie miesiące. Charakteryzuje ją najpierw nie przyjmowanie oczywistego faktu do wiadomości, a także samoizolacja. Osoba umierająca chce wtedy być sama z sobą, nie chce widzieć się z nikim, nawet z najbliższymi. Potrzebny jest jej ten czas i ta samotność, aby zrozumieć w całej rozciągłości prawdę o własnym odejściu. Druga faza to czas złości, gniewu, pretensji i zawiści, często skierowanej ku osobom najbliższym albo personelowi medycznemu. Umierający, już świadomy własnego stanu i nieodległej śmierci czuje się skreślony z życia tych pozostałych ludzi, ich gesty i słowa interpretuje negatywnie, oskarża ich o planowanie życia bez niego, ma do nich o to żal. Jeśli otoczenie jest w stanie zrozumieć pacjenta i wykazuje cierpliwość wobec jego czasem nieuzasadnionej agresji, może on w miarę szybko przejść do fazy trzeciej: to etap, który autorka nazwała fazą targowania się. Umierający liczy swoje dni, analizuje symptomy własnej choroby, dokonuje stronniczych interpretacji i próbuje we własnych kalkulacjach przedłużyć pozostały mu okres. Wyobraża sobie, że te czy inne czynności lub zaniechania przedłużą jego życie. W ostatnim etapie tej fazy chory, zrozumiawszy bezowocność takich wysiłków, popada w depresję. Wówczas może nie chcieć nawiązywać kontaktów, a nawet unikać przyjmowania pożywienia, nie reaguje wobec podejmowanych prób terapii. Dopiero po tym etapie nadchodzi piąta faza: faza pogodzenia się z losem, zaakceptowania konieczności śmierci, kapitulacja. Jest to jednocześnie czas uwolnienia się od wszelkich obowiązków wobec otaczającego świata, rodziny, przyjaciół, przekazania ich innym, czas pożegnań. Jakkolwiek mogą one być bolesnym wspomnieniem dla bliskich, a nawet w samym ich momencie wywołują w nich nawet fizyczny ból, osobie umierającej są potrzebne dla spokojnego odejścia. Czasem właśnie po takim zachowaniu osoby umierającej, która wyraża potrzebę uregulowania swoich spraw i pożegnania z najbliższymi, można rozpoznać zbliżającą się śmierć, nawet, jeśli medyczne symptomy na nią nie wskazują. Co najciekawsze i może najbardziej pocieszające, według Kübler-Ross osoby, które przeszły przez te wszystkie fazy, umierają zazwyczaj bardzo spokojnie, często nawet z uśmiechem na ustach. W świetle powyżej powiedzianego widać, że samo życie dopisuje własny rozdział do całej historycznej refleksji i do naszych teoretycznych rozważań o śmierci. Okazuje się, że współczesne badania psychologiczne mogą nawet w tak drażliwym punkcie dostarczyć nowego materiału do refleksji. Jednakże w świetle niniejszego jeszcze bardziej jaskrawo widać niesłychaną niesprawiedliwość, jaka dzieje się każdemu człowiekowi, który z różnych przyczyn nie odchodzi z tego świata w sposób naturalny. Być może ta jego krzywda wyrównywana jest w inny sposób w samym momencie przejścia, ale tego przecież nie możemy stwierdzić. Tego domaga się jednak nasze poczucie sprawiedliwości. Z pewnością jest to temat godny dalszych rozważań, idących jednak poza ramy niniejszego referatu. Z drugiej strony, w świetle powyższych faktów nasuwa się jeszcze inny problem: stosunku nas wszystkich do tak zwanej wolnej śmierci, czyli świadomej decyzji ludzi, chcących skrócić swoje życie, zwłaszcza z powodu nieuleczalnej choroby, jak również daleko jeszcze nie rozwiązany etycznie problem eutanazji, rozumianej tu jako umożliwienie godnego umierania.

Historyczne postawy społeczne wobec śmierci. Niezależnie od śmierci w szczególnych okolicznościach, jaką była zawsze śmierć na polu bitwy za ojczyznę, śmierć w trakcie kataklizmu czy podczas epidemii albo śmierć ludzi skazanych, czyli wykonywanie zasądzonych i oczekiwanych egzekucji, różne społeczności wykazywały także zbieżne postawy wobec śmierci. Jeśli pominąć obyczajowe różnice, we wszystkich niemal okresach i społecznościach daje się zauważyć dominujący wzór zachowań: pojmowanie i „organizowanie” umierania, śmierci i pochówku indywidualnego członka społeczności jako swego rodzaju wydarzenia publicznego i „święta pożegnania”przez bliskich oraz pozostałych współplemieńców czy też współobywateli. Pierwszy zauważalny element tej naturalnej i powszechnej obrzędowości to towarzyszenie osobie umierającej w jej ostatnich chwilach. Dla osób bliskich to wręcz obowiązek, którego spełnienie jest kwestią nie tylko przywiązania, ale wręcz honoru. Czuwanie przy umierającym nie było więc sprawą medyków czy duchownych, lecz ich rodzin i przyjaciół, rozmowy z nimi, o ile możliwe, miały szczególną wagę, słowa przez nich wypowiadane słuchane szczególnie uważnie, zaś polecenia, wydawane „w godzinie śmierci”były dla większości bliskich bardzo poważnym zobowiązaniem. Kolejnym elementem takiego „świętowania odejścia”był wybór miejsca śmierci. Ludzie umierali więc w swoich domach, przy otwartych drzwiach, przez które wejść mógł każdy mieszkaniec miejscowości, aby się pożegnać. Znane są sceny śmierci wielu monarchów, i wielkich tego świata, do których śmiertelnego łoża mógł podejść dworzanin, każdy żołnierz a często nawet każdy żebrak z ulicy, aby pożegnać króla, księcia czy papieża. Tak umierał Wielki Aleksander, tak samo Filip VI Francuski, czy Ludwik XIV. Często też spełniano wolę umierających, aby mogli pożegnać się z tym światem w miejscu, które szczególnie ukochali. Wieziono ich czasem, nie zważając na trudy, w dalekie miejsca, aby uczynić zadość ich pragnieniu. Osobę zmarłą otaczano szacunkiem, jakiego czasem nie dostępowała za życia. Zwłoki ubierano w najlepszą możliwą odzież, do trumny czy grobu kładziono wiele przydatnych przedmiotów, nawet biżuterię, kondukt żałobny miał szczególne przywileje w ruchu drogowym, miejsce pochówku zawsze było otaczane czcią żyjących. Ze zmarłym żegnano się często wspólną ucztą na jego cześć, w różnych kręgach kulturowych bardzo rożnie organizowaną. Także póĽniej, po samym pogrzebie, za pomocą różnych form upamiętniano zmarłego: przez publiczne okazywanie żałoby po nim, wyrażającej się w stroju, odwiedzinach cmentarza lub grobu, odwiedzinach przyjaciół w domu zmarłego na tzw. wspominki, obchodzenie rocznic lub innych wspomnień dnia śmierci. Także stawianie epitafiów, nagrobków, mauzoleów, malowanie obrazów zmarłego, przynoszenie kwiatów i stawianie świateł na grobach wyrażało nie tylko i niekoniecznie wiarę w życie pośmiertne, co raczej poczucie solidarności z tymi, którzy odeszli, czy też poczucie wdzięczności wobec nich. W taki sposób człowiek, nie mogąc usunąć śmierci, starał się poza grób okazać swym zmarłym pamięć i bliskość, sobie zaś przez takie quasi-spotkania ulżyć w bólu rozstania.

Współczesna postawa wobec śmierci –kłamstwo i medykalizacja

Tradycyjna postawa społeczności wobec śmierci, jakkolwiek jeszcze dość rozpowszechniona, nie jest już jedyna. Współczesna cywilizacja, która wierzy w nieustanny postęp, uprawia swoisty kult młodości i zdrowia. Wystarczy spojrzeć na telewizyjne reklamy, zniżki i promocje (nawet ubezpieczeń zdrowotnych), skierowane do młodych, zdrowych ludzi, prospekty firm turystycznych, oferty pracy. W tym świecie nie ma miejsca na tematy nawet takie, jak starość i choroba, a co dopiero kres, odejście, umieranie. Słowo „śmierć” jest prawie tabu, a sam proces odchodzenia z tego świata (a więc i z konkretnej społeczności) przykrywany jest zasłoną niedopowiedzeń i milczenia. Symptomem tego przepędzania śmierci jest choćby tylko fakt, że znikły z naszych ulic czarno-srebrne karawany, będące niegdyś nieomylnymi znakami obecności śmierci, zamiast nich zaś pojawiły się szare, neutralne, nie wpadające w oko limuzyny. Dzieciom nie mówi się już wyłącznie prawdy, jak dawniej: „babcia umarła, i nigdy jej już nie zobaczysz”, teraz im się oszczędza szoku, mówi się: „babcia wyjechała daleko”, albo nawet: „Jezus ją wziął do siebie”. Abstrahując już od faktu, że przez to dziecko może znienawidzić Jezusa, który „zabrał mu babcię”, takie półprawdy ostatecznie są kłamstwami, służącymi złej sprawie, a mianowicie oszukiwaniu siebie i innych w istotnej dla życia i dla samookreślenia się każdego człowieka sprawie. Przecinamy w ten sposób naturalny bieg rozwoju refleksji człowieka nad własnym życiem i śmiercią, która ostatecznie pomogłaby mu zrozumieć i zaakceptować fakty nieodwracalne, a przez to żyć bardziej świadomie – po prostu żyć w prawdzie o sobie i świecie. W ostatecznym rozrachunku nic tym nie uzyskujemy, gdyż szok, spowodowany śmiercią bliskich osób prędzej czy póĽniej dopadnie każdego, nieprzygotowanego zaś ze zdwojoną siłą. Pogrzeb i żałoba bliskich także usuwane są poza zasięg wzroku szerszej społeczności: na uroczystościach żałobnych bywa coraz mniej ludzi, krewni nie przyznają się do niedawnej utraty kogoś bliskiego, co dodatkowo utrudnia im życie i funkcjonowanie w społeczności, nie mają bowiem okazji nie niepokojeni przez innych w pełni uświadomić sobie swojej nowej sytuacji i spokojnie dojść do równowagi. Osoba, nosząca publicznie żałobę, wydaje się być w jakimś sensie „nieprzyzwoita”, jakoby narzuca innym nieprzyjemne myśli, nie czujemy się dobrze w jej towarzystwie. Czy lepiej wobec tego, by będąc wśród tłumu cierpiała w samotności, tylko po to, byśmy my zachowali luksus niewiedzy? Drugim problemem dzisiejszych społeczności jest tak zwana medykalizacja śmierci. Szybki rozwój medycyny bezdyskusyjnie przedłużył średnią długość życia, śmierci jednak, co oczywiste, nie usunął, natomiast ma także negatywny wpływ na naturalny proces umierania. Dosadnie wyraził to pewien beznadziejnie chory francuski polityk, który swemu przyjacielowi, odwiedzającemu go w szpitalu, wskazał na otaczające go ze wszystkich stron aparaty i powiedział krótko: „Zabrali mi moją śmierć”. Tak, i to dosłownie, bo władze szpitala nawet nie przyznają się, że są w nim ludzie umierający: „proszę pana, tu się leczy, tu się nie umiera”! W szpitalu, gdzie teraz umiera większość ludzi, nie są możliwe naturalne fazy odejścia: pełne pożegnanie ze społecznością, uroczyste przekazanie ostatniej woli. Przecież nikt nie będzie zezwalał na spektakl umierania w pięciołóżkowym pokoju szpitalnym, by nie wystraszyć innych chorych i ich rodzin! Lekarze wzdragają się odegrać tradycyjnej roli „nuntius mortis”, zwiastuna śmierci, którą ostatecznie w domu zawsze ktoś na siebie brał. Ich obecność, mnogość aparatów medycznych wywołuje nawet często fałszywe złudzenie dalszej walki o życie pacjenta, choć oni sami zdają sobie sprawę z faktycznej sytuacji. Jednak w imię Ľle rozumianego humanitaryzmu nie mówią często pacjentowi, jaki jest prawdziwy jego stan, rabując go przez to z możliwości naturalnego przygotowania się na śmierć, faktycznie „kradną mu jego śmierć”, a przynajmniej jego umieranie. Osoby towarzyszące umierającemu przez ogromną większość czasu są mu obce, krewni odwiedzają go tylko, i trwa to z reguły niedługo. Nie mają więc szansy dobrze określić, w jakim stanie ducha się on znajduje, odpowiednio reagować, okazać mu swoje przywiązanie i solidarność w tych momentach, których on najbardziej potrzebuje. Dodatkowy, może najbardziej tragiczny aspekt tego umierania w szpitalu, to fakt, że duża część chorych umiera w rzeczywistej samotności, bo w krytycznym momencie rodzina nie zdążyła się pojawić. Jakaż makabryczna drwina losu, gdy ktoś, założywszy rodzinę, wychowawszy wielkim wysiłkiem kilkoro dzieci, pomagawszy przy wnukach, nagle przekonuje się, że w chwili ostatniej i decydującej nic to nie znaczy, że pozostaje ostatecznie sam w najtrudniejszym momencie, otoczony najwyżej personelem medycznym. Śmierć przychodzi, jak dawniej, tylko bocznymi drzwiami, a domownicy i dalsze otoczenie nie chcą jej zauważyć.

Śmierć ma swój czas i swoją godność. W świetle powyżej powiedzianego łatwo będzie postawić wniosek końcowy: Nie zmieniła się sama śmierć, zmieniło się umieranie. Kres życia dotyczy wszystkich, niezależnie od tego, czy widzimy go jako definitywny, czy też mamy nadzieję życia przyszłego. Śmierć jest faktem ważnym, może nawet najważniejszym wydarzeniem ludzkiej drogi. Ludzie jednak, którzy dawniej lepiej zdawali sobie z tego sprawę, w środowisku nowej, technologicznej i segmentującej społeczeństwo kultury postępu, wydają się rezygnować ze swojej prawidłowej świadomości śmierci i szansy na umieranie. Koszty tego ukrywania śmierci są bardzo wysokie, przede wszystkim dla samych umierających. Musimy stwierdzić przy zamknięciu naszych rozważań: także śmierć ma swoje prawa w naszym życiu! Ona musi mieć swój czas i musi mieć swoją godność.

BIBLIOGRAFIA: Eliade M., Historia wierzeń i idei religijnych, t 1 i 2, Warszawa 1988 Kueng H., Ewiges Leben? Feuerbach L., O istocie chrześcijaństwa, Warszawa 1959 Heidegger M., Sein und Zeit, Tuebingen 1953 Leeuw van der, G, Phaenomenologie der Religion, Tuebingen 1956, IV, wyd. Muenchen 1998 Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu (Biblia Tysiąclecia), Warszawa, 1971 Witzel L., British Medical Journal, 1975, nr 2 Kuebler-Ross E., On Death and Dying, New York, 1969 Copleston F., Historia filozofii , t. VII, Warszawa 1996 Keown D., Buddyzm, Warszawa 1997 Rahner, K., Grundkurs des Glaubens, Muenchen 1972 Hearing F., Trauern heisst neu Anfangen, Augsburg, 2001