Rzeczpospolita Sclavińska Strona Główna Rzeczpospolita Sclavińska
Kraj Korony Sarmacji

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Guedes de Lima
2008-02-09, 11:56
Landru, morderca kobiet
Autor Wiadomość
Guedes de Lima 
Weteran
Burmistrz :)


Prowincja: Eldorat
Imię: Guedes
Nazwisko: de Lima
ID: A9121
Pomógł: 17 razy
Wiek: 35
Dołączył: 27 Kwi 2007
Posty: 5600
Skąd: Nowy Kotwicz
Wysłany: 2008-02-07, 11:08   Landru, morderca kobiet

ROBERTO PERINELLI

LANDRU, MORDERCA KOBIET



Przełożyła Rubi Birden


„Niewątpliwie najłatwiej prawdziwie im dokuczyć błagając, by spełniły się ich życzenia. Sam diabeł lepiej ukarać ich nie może.”

„Cymbelin” – W. Szekspir


OSOBY:

Landru
Lola – zdobycz Landru
Noemi – służąca
Lukrecja – inna zdobycz Landru
Alvarez - kelner
Żona Landru
Komisarz - komisarz policji, Sosa
Sierżant Marta – policjantka
Laura – ostatnia zdobycz Landru
Letycja- żona Alvareza




PROLOG:


Magnacka rezydencja otoczona zadrzewionym parkiem. Główna sypialnia, na piętrze. Wielkie okno wychodzące na korony drzew. Obficie kwitnące pnącza prawie wdzierają się do pokoju. Poranne słońce rozświetla otoczenie łagodnie i wiosennie. Delikatny wietrzyk porusza firanką z lekkiego materiału.

Lola, kobieta przy kości, siedzi na środku swego ogromnego łoża. Zaniepokojona okrywa prześcieradłami obfite nagości, których nie zakrywa krótka koszulka.

Naprzeciwko niej – bardzo zdyszany Landru. Musiał biec, goniony przez psy i wspiąć się po pnączach, żeby móc wejść do pokoju przez otwarte okno. Otrzepuje ubranie. Ogląda nogawki spodni, próbując znaleźć ślady psich zębów. Pod oknem ujadają rozwścieczone psy.


LOLA: Cóż za nieostrożność, proszę pana...! (Landru się nie przedstawia) Wielka nieostrożność! Wspinać się jak małpa, podczas gdy…

LANDRU: (przerywa jej gestem) Proszę pani, proszę… (zadyszka nie pozwala mu dokończyć)

LOLA: Psy są spuszczone! Można wiedzieć co panu przyszło do głowy?

LANDRU: Powiem pani. (nie udaje mu się wyrównać oddechu)

LOLA: Co? Co mi pan powie? Że popełnił pan szaleństwo? Panie…?

Landru musi odpowiedzieć, przedstawić się. Wciąż nie może mówić. Podaje jej wizytówkę. Lola w pierwszym odruchu próbuje przeczytać co jest na niej napisane. Nie może. Szuka okularów. Wyciąga rękę i maca stolik nocny. Zapomina o prześcieradłach i się odkrywa. Zaniepokojona zaciąga je z powrotem. Wreszcie znajduje okulary i zakłada je, żeby przeczytać co jest na wizytówce.

LOLA: Pan… Renoir?

LANDRU: Renoir, tak, Paul Renoir.

LOLA: Pośrednik handlu nieruchomościami? (Landru potwierdza ruchem głowy) zajmuje się pan handlem nieruchomościami?

LANDRU: Tak jak jest napisane. Jak pani przeczytała. Nie mam zwyczaju przedstawiać się nieprawdziwymi danymi.

LOLA: (oddaje mu wizytówkę) Dom nie jest na sprzedaż. W żadnym razie. Był, owszem, ale natychmiast zmieniłam zamiar. Prawie od razu. Nie wiem jak pan się dowiedział.

LANDRU: (odmawia przyjęcia wizytówki, z eleganckim oburzeniem) Nie wiem po co miałbym mieszać interesy z... (milknie, pozostawiając niedopowiedzenie)

LOLA: (zaskoczona) Więc?

LANDRU: (nie chce odpowiedzieć) Piękna rezydencja.

LOLA: Rodzinne dziedzictwo.

LANDRU: Siedemnasty wiek.

LOLA: Pierwsza połowa siedemnastego wieku. Nieprzebrana ilość pokoi, jak dla samotnej kobiety..., panie… (zapomina nazwiska)

LANDRU: Renoir.

LOLA: Renoir. Wie pan, że moje psy mogły pana rozszarpać?

LANDRU: Biegłem bardzo szybko. Brrrrrrr, można wyzionąć ducha.

LOLA: Wystarczyło potknięcie, żeby się pan przewrócił i żeby… Są bardzo ostre!

LANDRU: Tak, ostre. Bardzo ostre bestie. I mają takie wielkie kły.

LOLA: A jak pan wszedł do mojego ogrodu? Furtki są zamknięte na zamki elektryczne.

LANDRU: Były otwarte.

LOLA: Do diabła! To niemożliwe!

LANDRU: Możliwe. Przekupiłem ogrodnika. Każdy ma swoją cenę.

LOLA: Płacę majątek!

LANDRU: Jakie granice ma chciwość? Zna je pani?

LOLA: Och, pańskie pytania są jak ciosy, panie… (zapomina nazwiska)

LANDRU: Renoir.

LOLA: Renoir. Jakie to powody sprawiły, że jest pan tutaj, a ja przyjmuję pana w tym stanie, nie wstawszy jeszcze z łóżka?

LANDRU: Serce, moja droga pani, ma swoje racje, których rozum nie zna.

Jak uderzenie obuchem w głowę. Lola zaniemówiła. Landru uśmiecha się triumfalnie, smakując swoje trafienie.

LOLA: Panie…?

LANDRU: Renoir.

LOLA: Panie Renoir, jest pan poetą?

LANDRU: (z fałszywą skromnością) Pośrednikiem handlu nieruchomościami, Lolu. Tylko zwykłym pośrednikiem.

LOLA: (kolejne trafienie) Zna pan moje imię?

LANDRU: I pani upodobania. Przyniosłem dla pani czekoladki. (pokazuje pudełko)

LOLA: Szwajcarskie?

LANDRU: Szwajcarskie.

LOLA: Zna pan mój gust, panie…

LANDRU: Renoir.

LOLA: Umieram z miłości do szwajcarskiej czekolady.

Ale to za wiele dla Loli. Czuje się przyparta do muru i podatna na zranienie. Próbuje się przeciwstawić i zbudować dystans.

LOLA: Spodziewam się, że wie pan również, że dziś wieczorem wyjeżdżam.

LANDRU: Stąd mój pośpiech. Dlatego biegłem i wystawiłem się na niebezpieczeństwa, które… Ale to nic w porównaniu z nagrodą, która mnie czekała.

LOLA: Nagroda?

LANDRU: Nagroda.

LOLA: Jaka nagroda, panie…?

LANDRU: Renoir.

LOLA: Jaka nagroda, panie Renoir?

LANDRU: Pani. Rozmowa. Kontakt.

Nokautujące uderzenie. Lola zamyka oczy, poddaje się.

LOLA: Mamy wystarczająco dużo czasu, panie… (przypomina sobie nazwisko) Renoir. Na szczęście mój pociąg odchodzi dopiero po południu. O zachodzie słońca.

LANDRU: Wysłała pani bagaż?

LOLA : (zdziwiona) Mój bagaż? Przypuszczam, że tak. To nie moje zajęcie. Służba pewnie już się tym zajęła.

LANDRU: A kosztowności?

LOLA: (nowe zdziwienie) Co się dzieje z moimi kosztownościami?

LANDRU: Jak je pani przewozi? Podróżują z panią, czy wsadzili je do jakiejś walizy? Lepiej żeby miała je pani przy sobie. To moja rada. W tych czasach pociągi nie są bezpieczne. Kradzieżom nie ma końca, a kolej nie chce brać za nic odpowiedzialności.

Lola się śmieje. Landru zaniepokojony, nie rozumie co się dzieje.

Lola wkłada ręce pod poduszki i wyciąga małą szkatułkę, którą pokazuje z chytrym uśmiechem.

LOLA: Jadą ze mną.

LANDRU: Doceniam pani przezorność. Doceniam i oklaskuję (bije brawo)

LOLA: (opiera szkatułkę na swoim wielkim biuście, otwiera ją i rozbłyskują kamienie szlachetne) Tu jest wszystko, co najlepsze. I najdroższe.

Landru przybliża się, ogląda z miną znawcy.

LANDRU: Piękne piersi, Lolu.

Lola przerażona upuszcza pudełko i kosztowności wysypują się na łóżko. Zakrywa biust rękami i prześcieradłami.

LANDRU: Odsłoniła mi je pani. Nikt nie jest z kamienia.

LOLA: Niech pan nic więcej nie mówi, niech pan przestanie, panie…!

LANDRU: Renoir.

LOLA: Niech pan przestanie, panie Renoir. Niech pan przestanie, bo umrę ze wstydu. Nawet mój mąż, niech spoczywa w spokoju, nie widział mnie nigdy nagiej. A co dopiero w świetle dnia, z tym okropnym słońcem, które…

Lola przerywa patrząc na Landru, który z najwyższą ostrożnością zbiera klejnoty i wkłada je z powrotem do szkatułki.

LANDRU: Trzeba z tym uważać, moja kochana Lolu. To jest warte mnóstwo pieniędzy. Jedna perełka zagubiona w pościeli…

LOLA: Nie znam ich dokładnej wartości.

LANDRU: Miliony, Lolu. Zapewniam panią.

Landru podaje jej szkatułkę. Lola chowa ją na powrót pod poduszkami.

LANDRU: Moja droga pani, cóż za zabezpieczenie! Najlepsze! Ukryte w pani własnym łożu, świętym miejscu!

Wykrzykując to Landru cofa się, jakby nagle łoże stało się świętym miejscem, dla niego zakazanym.

LOLA: Przez chwilę myślałam… (zatyka sobie usta) Proszę nie zwracać na mnie uwagi.

LANDRU: Co? Co pani sobie pomyślała, Lolu?

LOLA: Nic. Proszę, żeby pan uznał, że tego w ogóle nie słyszał.

LANDRU: Wolałbym, Lolu, żeby między nami nie było żadnych tajemnic. One byłyby jak przepaść, jak mur, który…

LOLA: Cudownie się z panem rozmawia, panie…

LANDRU: Renoir.

LOLA: Mówi pan tonem, który przypomina mi mojego ojca.

LANDRU: Chcę, wiedzieć, Lolu!

LOLA: (śmieje się) Dokładnie jak on. Tak krzyczał, kiedy czegoś wymagał.

LANDRU: A co robił kiedy nie zwracano na niego uwagi? Dalej krzyczał? Czy wychodził trzaskając drzwiami?

LOLA: Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Nie musiał. Pytał jeszcze raz. Nalegał i odpowiadało mu się.

LANDRU: Nalegam więc. Pytam jeszcze raz. Chcę wiedzieć.
LOLA: Pomyślałam, że jest pan zwykłym oszustem, panie…

LANDRU: Renoir.

LOLA: Jak ten Landru, o którym tyle piszą w gazetach.

Landru daje do zrozumienia, ze to porównanie go obraża.

LANDRU: Gdzie mam położyć czekoladki? Przyniosłem je dla pani. Nie mam zamiaru zabierać ich z powrotem ze sobą.

LOLA: Wychodzi pan?

LANDRU: Tak jest. Chciałbym życzyć pani spokojnej podróży.

LOLA: Co złego zrobiłam?

LANDRU: Żaden gentelman nie może akceptować podobnych porównań.

LOLA: Myślałam, że to Landru, to prawda. To był ułamek sekundy. Jak nagły błysk.
Powiedziałam sobie: to nie żaden pośrednik handlu nieruchomościami, to Landru, który przychodzi żeby…

LANDRU: Nadal mnie pani obraża.

LOLA: Nie, nie! Proszę się nie obrażać. Mówiłam panu, że to było jak błysk. Proszę mi wybaczyć, panie…

LANDRU: Renoir.

LOLA: Panie Renoir, mój kochany panie Renoir, musi mnie pan zrozumieć. Jestem łatwą zdobyczą dla takiego Landru. Jak ranny jeleń w środku lasu, który nie może uciekać. Nawet śni mi się ta możliwość, panie…

LANDRU: Renoir.

LOLA: Panie Renoir. Śni mi się to. To sen który mnie nawiedza nieoczekiwanie, tak jak pan to zrobił dziś rano. Też goniły go psy i też wdrapywał się po ścianie, żeby wejść przez to okno. Dawał mi wizytówkę, na której nie było napisane Landru, tylko… Nie pamiętam teraz. Ale to było wymyślone nazwisko, fałszywe.

LANDRU: To koszmar.

LOLA: I przynosił m czekoladki. Duże pudełko czekoladek!

LANDRU: To tylko zły sen.


LOLA: Mimo to byłam bardzo szczęśliwa, panie… (przypomina sobie nazwisko) Renoir! Bardzo szczęśliwa! W którymś momencie, którego nie mogę dokładnie określić, poddałam się.

LANDRU: Zniewolił panią?

LOLA: Zupełnie. Byłam bezwolną istotą w jego rękach. Jak szmaciana lalka, która poruszała się zgodnie z jego wolą.

LANDRU: Mówią, że właśnie tak działa.

LOLA: Kazał mi stawać na czworaka (staje na czworaka), żebym udawała ropuchę: kroak, kroak.

LANDRU: Perwersyjny. (ledwo powstrzymuje się od śmiechu)

LOLA: On też nie mógł się powstrzymać od śmiechu, panie…

LANDRU: Renoir.

LOLA: Śmieszyło go oglądanie mnie takiej. Zupełnie jak pana, panie Renoir. Potem poprosił, żebym otworzyła usta. (otwiera usta, bardzo szeroko)

LANDRU: Żeby rzucać pani pożywienie. Jak zwierzętom w ZOO.

LOLA: (zamyka usta) Czekoladki. (otwiera znowu)

Landru rzuca czekoladkę, próbując trafić w otwarte usta. Pudłuje. Próbuje jeden, dwa, trzy razy, nigdy nie trafiając.

LOLA: On też nie trafiał, panie Landru.

LANDRU: Renoir!

LOLA: Przepraszam, jeszcze raz przepraszam. Miesza mi się, panie Renoir. Landru był we śnie. A teraz jestem obudzona. (znów otwiera usta i czeka na czekoladki)

Landru znowu próbuje. Mimo współpracy kobiety, która próbuje chwytać czekoladki w locie, nie trafia żadną. Landru daje spokój, Lola jest rozczarowana.

LOLA: Nie jestem jeszcze starym próchnem, panie Landru. Przepraszam, panie Renoir. Ciągle czuję się zdolna uszczęśliwić mężczyznę.

Landru, delikatny, zbliża się do niej, obejmuje ją i całuje,

LOLA: (przymilnie) Jestem gotowa oddać oko za oko, ząb za ząb.

Landru jedną ręką wyszukuje w pościeli czekoladki. Znajduje kilka i wkłada je do ust kobiety, jedna za drugą, bez żadnych przeszkód.

LANDRU: Jedz, moja kochana Lolu, jedz.

LOLA: (zadowolona, szczęśliwa) Mmmm… Mmmm…

LANDRU: Połykaj! Żuj! Smakuj! Ma pani duże upodobanie do tej czekolady!

LOLA: Mmmm… Mmmm…

LOLA: (prosi o oddech) Landru kazał mi jeść zatrute czekoladki.

LANDRU: Ja też, moja kochana Lolu. Zawierają silną aztecką truciznę.

LOLA: Obudziłam się zlana potem.

LANDRU: To złudzenie, moja kochana Lolu. Umrze pani. Zjadła pani dawkę, która zabiłaby hipopotama.

LOLA: Teraz to pan mnie obraża podobnym porównaniem.

LANDRU: Przepraszam. Po tysiąckroć przepraszam.

LOLA: Mogę umrzeć w pańskich ramionach, panie Landru?

LANDRU: Oczywiście, że tak. Proszę bardzo. Trzyma pani jeszcze gdzieś klejnoty?

LOLA: Błyskotki bez żadnej wartości. To co ważne, jest pod poduszką.

Landru wyciąga szkatułkę.

LOLA: Niezły łup, panie Landru.

LANDRU: Kosztował mnie sporo pracy. Była pani niedostępna.

LOLA: Nic podobnego! Niech pan nie przesadza. Moje psy nie są w najlepszej kondycji. Kazałam dosypać im do wody środki uspokajające. Stąd ich powolność i ogłupienie. I zawsze wiedziałam, że ogrodnik to sprzedawczyk. Pocałunek?

Landru ją całuje.

Lola uśmiecha się szczęśliwa i umiera w jego ramionach.

W tym momencie wchodzi służąca. Niesie wielki bukiet świeżych kwiatów. Żeby widzieć, którędy idzie, zerka z boku bukietu.

NOEMI: (gadatliwa) To moje zajęcie każdego ranka: przynieść do pokoju pani wielki bukiet świeżo ściętych kwiatów. Muszę wyrzucić te wczorajsze i wstawić nowe do wszystkich wazonów.

Noemi obserwuje Landru szarpiącego się ze zwłokami Loli.

NOEMI: (zaczyna znów mówić, tym samym tonem) Nienawidziła sztucznych kwiatów, oczywiście, i białych goździków. Jeśli przyjrzy się pan, zauważy że w tym wielkim bukiecie, który mam w rękach, jest tylko jeden biały goździk, jak na lekarstwo.

Noemi widzi, że Landru ma trudności i nie radzi sobie z tak ciężkim ciałem.

NOEMI: Pomóc panu?

LANDRU: Byłbym wdzięczny. To jest jak poruszanie kukłą wypełnioną piaskiem a ważącą tysiąc kilo.

Wspólnymi siłami umieszczają trupa na łóżku. Głowa na poduszce, ciało przykryte prześcieradłem. Lola zdaje się spać, z uśmiechem prawie jak wymalowanym.

NOEMI: Doskonale! Jak pan uważa?

LANDRU: Słucham pani opinii. Zawsze będzie trafniejsza od mojej.

NOEMI: Jeśli ktoś wejdzie, będzie myślał, że pani śpi.

LANDRU: Świetnie.

NOEMI: Wie pan, że wieczorem miała wyjechać?

Landru bierze szkatułkę i po kolei ogląda klejnoty.

NOEMI: Jechała szukać spokoju w górach. Zszarpane nerwy, panie Landru. Lekarze już nie wiedzieli co jej przepisać.

LANDRU: Znalazła ostateczny spokój. Proszę spojrzeć. Piękny obrazek.

NOEMI: Umarła z uśmiechem na ustach. To pańska wizytówka. W gazetach piszą, że wszystkie tak umierają. Co zrobić z czekoladkami?

LANDRU: Moglibyśmy nakarmić nimi te cholerne psy.

NOEMI: Dobry pomysł, jasne że tak! (podchodzi do okna) No, maleństwa! Chodźcie tu wszystkie, mamusia was woła. Sułtan, Toby, Karmelita! (szczekanie, Noemi rzuca czekoladki za okno) Jedzcie, jedzcie! Jedzcie moje maleństwa, jedzcie i zdechnijcie wreszcie! (opróżnia pudełko) Zachowywały się tak, jakby to one były panami ogrodu. Nie można było nawet wyjrzeć z domu, bo od razu pojawiały się przy ogrodzeniu, warcząc i obwąchując pręty klatki. Będzie pan mógł spokojnie wyjść. Nikt panu nie przeszkodzi.

LANDRU: (dalej zajęty biżuterią) Myślałem, żeby pójść do tutejszego kościoła.

NOEMI: Zabytek.

LANDRU: Renesansowy.

NOEMI: Nie, z czternastego wieku. Są tam freski Maraccia. Jak tylko wyjdzie pan na drogę, zobaczy pan dzwonnicę. Po prawej stronie. Nie musi pan zbaczać, to po drodze na stację.

LANDRU: Pójdę tam. Mam czas. Jeszcze długo do mojego pociągu. (bierze szkatułkę pod pachę)

NOEMI: Wszystkiego dobrego, panie… (podnosi wizytówkę i czyta) Renoir.

LANDRU: Paul Renoir.

NOEMI: Paul Renoir, jak tu jest napisane. Pośrednik handlu nieruchomościami. (mówi jednostajnie, odpowiadając wyimaginowanemu przesłuchującemu) Pozwoliłam mu wejść na pokoje, bo wydało mi się to zupełnie naturalne. Przedstawił się jako pośrednik handlu nieruchomościami. Myślałam, że to pani go wezwała. Narzekała na dom. Mówiła, że jest za duży i że najlepszym wyjściem byłoby wystawić go na sprzedaż. Interesy, o czymkolwiek innym nawet nie pomyślałam. Zostawiłam ich rozmawiających i wyszłam. Nie zdążyłam jeszcze ściąć kwiatów i… Co pan sądzi?

LANDRU: Bardzo przekonywujące.

NOEMI: (dziękuje uśmiechem i kontynuuje rzekome przesłuchanie) To wszystko, co mogę panu powiedzieć, panie komisarzu. Kiedy weszłam z kwiatami, zobaczyłam ją śpiącą, jak każdego ranka. Nie, nie zauważyłam niczego dziwnego. Poza uśmiechem. Pięknym uśmiechem, który miała wymalowany na twarzy. Oprócz tego nic innego nie zauważyłam. Odczytałam to jako odzwierciedlenie jakiegoś miłego snu. Że śniła o pięknym mężczyźnie, który wchodzi oknem i daje jej w prezencie czekoladki. Byłam cicho jak mysz pod miotłą. Wyjęłam stare kwiaty z wazonów. Ale skądże, panie komisarzu! Jak mogłam pomyśleć, że nie żyje!

Landru bije brawo, akceptując. Wyciąga ze szkatułki jeden klejnot i daje go Noemi.

NOEMI: Nie, nie, i tak zapłacił mi pan za dużo. Wystarczy, panie Landru.

LANDRU: To nie jest zapłata, w żadnym wypadku. To napiwek.

Noemi przyjmuje klejnot: broszę z inkrustowanymi perłami. Biegnie do lustra, podziwia broszę przypinając ją do ubrania. Dalej odpowiada przesłuchującemu.

NOEMI: Jedyne co wiem, to to, że był w tutejszym kościele. Wie pan komisarzu, że nikt nie oprze się takiej atrakcji turystycznej.

Landru zbiera się do wyjścia, pozdrawia ją gestem.

Noemi odpowiada mu innym gestem.

NOEMI: … Trzeba zapytać księdza, panie komisarzu. On go na pewno widział. Na pewno nawet rozmawiali. Nikt nie umknie temu księdzu gadule, szczególnie jeśli chodzi o obcych. Ja mu powiedziałam, że nasz kościół jest z czternastego wieku. To wie każdy, kto urodził się w tym spokojnym, błogosławionym miasteczku…







WYCIEMNIENIE
































SCENA I






Elegancka restauracja.

Okrągły stolik przykryty białym obrusem, oświetlony świecami. Kwiaty w wazoniku. Drogocenne futro na poręczy krzesła.

Półmrok.

W tle muzyka: świetny saksofonista gra „Smutnego motyla” , cicho i delikatnie akompaniuje mu perkusista.

Jakaś para tańczy, blisko przytulona. On to Landru, ona to Lukrecja. On ubrany na czarno, ona w długiej sukni z odkrytymi plecami i wielkim dekoltem, który z trudem utrzymuje okrągłe piersi. Obwieszona biżuterią aż do przesady.

Ręce Landru pieszczą kobietę. Bez pośpiechu, mądre i precyzyjne wprawiają ją w drżenie. Przy każdej fali dreszczu ona śmieje się histerycznie, a precjoza brzęczą.


LANDRU: (słodki, do niej na ucho) Jak tam pani migrena?

LUKRECJA: Migrena? (przestrasza się i zatrzymuje) O jakiej migrenie pan mówi, panie…?

LANDRU: Dupont. Michel Dupont, moja droga Lukrecjo.

LUKRECJA: Ach, tak… Nie rozumiem pańskiego pytania, panie Dupont. Migrena? Co to takiego?

LANDRU: Bolesne ukłucia jakby igłą w potylicę, rozżarzone gwoździe, które przeszywały pani…


LUKRECJA: (chichot) Pssst! To było kiedyś, panie…

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Panie Dupont. Kiedyś, dawno temu. Zanim poznałam pana.

Landru odwdzięcza się za pochlebstwo: przyciska ją mocniej do siebie, tańczą.

LANDRU: (słodki, do niej na ucho) Został jakiś ślad pani depresji?

Lukrecja ponownie się przestrasza i zatrzymuje. O czym on jej mówi???

LANDRU: Pani sama wyznała mi, że wpadała w głębokie doły. Do tego stopnia, że myślała nawet o popełnieniu głupstwa.

LUKRECJA: (chichot) Pssst! Pan się pojawił w moim życiu, żeby odstraszyć śmierć, panie (przypomina sobie nazwisko) Dupont. Już nie myślę o odbieraniu sobie życia. Absolutnie. To już poza mną. Pan to sprawił. Zamknął pan wrota nocy.

LANDRU: Och, Lukrecjo! Protestuję. Przypisuje mi pani zbyt wielkie zasługi. Śmierci nikt nie pokona.

LUKRECJA: (odrywa się od niego i staje rozkładając ramiona) Proszę więc popatrzeć! Zmartwychwstała! Niech pan na mnie popatrzy, panie… (chwila wahania) Dupont! Jestem pańskim dziełem! Nic już nie zostało z tamtej zdesperowanej kobiety, która szlochała po kątach swego pałacu na odludziu. Zmartwychwstałam, panie (chwila wahania) Dupont! Znowu żywa!

Landru przerywa ekstazę kobiety obejmując ją bardzo mocno. Lukrecja omdlewa w jego ramionach, zamyka oczy.

LUKRECJA: Żałuję tylko jednego, panie…

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Panie Dupont.

LANDRU: Proszę mi powiedzieć, Lukrecjo. Niech mnie pani weźmie na spowiednika. Czego pani żałuje?

LUKRECJA: Czemu wcześniej pana nie poznałam! Co pan robił, gdzie był, czemu nasze drogi się nie spotkały!

LANDRU: Komu przypisać za to winę, moja kochana Lukrecjo?

LUKRECJA: (waha się) Na… na… na przeznaczenie, panie (chwila wahania) Dupont, które pozwoliło mi być bogatą, trwonić to co odziedziczyłam, na pięciu kontynentach, ale nigdy nie dało mi szczęścia poznać takiego mężczyzny jak pan, w którym mogłabym zakochać się do szaleństwa, jak teraz, kiedy zachowuję się jak pensjonarka, która, ach, panie…

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Mam szaloną ochotę płakać. Nie mogę się opanować.

LANDRU: Proszę to zrobić tu, na moim ramieniu.

Lukrecja szlocha w ramię Landru.

LUKRECJA: To ze szczęścia, panie… (nie może przypomnieć sobie nazwiska). To ze szczęścia i proszę nie myśleć, że to z innego powodu.

Dłonie Landru ześlizgują się po plecach kobiety i pieszczą jej pośladki.

LUKRECJA: (wzdryga się) Ktoś na nas patrzy, panie…!

LANDRU: Co to ma za znaczenie, moja kochana Lukrecjo! Chcę mieć tysiąc świadków naszego szczęścia. Tysiąc oczu, które…

LUKRECJA: Mówię panu prawdę, panie… Ktoś na nas patrzy. (wyrywa się z jego objęć i pokazuje palcem) Tam stoi mężczyzna i patrzy na nas.

Rzeczywiście, przy stole stoi Alvarez – kelner, który czeka z profesjonalną dyskrecją, trzymając w rękach tacę, na której przyniósł szampana.

ALVAREZ: (kłania się) Pański szampan, panie…(chwilka wahania) Dupont. Bien frappe.

LUKRECJA: Szampan! Co za wspaniała niespodzianka! Zamówił pan szampana, panie…? Co świętujemy?

LANDRU: Coś bardzo ważnego.

LUKRECJA: Ważnego? O czym mogłam zapomnieć? (myśli) Czyżby o naszej rocznicy? Nie, nie, znamy się przecież dopiero parę miesięcy.

LANDRU: Kilka tygodni, droga pani. Nie więcej. Okazuje się, że wszystko jest tak intensywne, że…

LUKRECJA: Wieczność! Znam pana całą wieczność, panie…!

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Wypełnia pan moją teraźniejszość i moją przeszłość.

LANDRU: (patrzy na zegarek kieszonkowy i przelicza coś w myśli) Dwadzieścia dziewięć dni. Trzy godziny. I dwanaście minut upłynęło od momentu, w którym wymieniliśmy pierwszy pocałunek.

LUKRECJA: Pierwszy pocałunek. Cóż za piękne wspomnienie.

LANDRU: Nie liczyłem sekund, bo uciekają tak szybko. Raz, dwa…

LUKRECJA: (przeżywa znów ten pierwszy pocałunek) Och, panie… (małe wahanie) Dupont! Objął mnie pan…

LANDRU: Trzy, cztery, pięć…

LUKRECJA: I dał pan powód niewypowiedzianemu szczęściu, oddaniu…

LANDRU: Sześć. Siedem. Osiem.

LUKRECJA: Mojej duszy wraz z moimi ustami…

LANDRU: Dziewięć. Dziesięć.

ALVAREZ: Nokaut.

Uwaga kelnera wyrywa ich z ekstazy i przywraca do rzeczywistości.

LANDRU: (do kelnera, sucho i stanowczo) Proszę postawić wszystko na stole i odejść stąd!

ALVAREZ: (mimo to zbliża się do Landru i mówi mu na ucho) Dla pańskiej wiadomości chciałbym poinformować, że dysponujemy pokojami dla klientów. Bardzo komfortowymi. Wystarczy szepnąć słówko… Będzie pan zadowolony, zaręczam. Wchodzi się schodami na pierwsze piętro, a tam spotka się pan z…

LANDRU: Precz!

ALVAREZ: (usprawiedliwia się) To należy do moich obowiązków. Niektórzy są mi wdzięczni za podobną informację. Dają większy napiwek.

LANDRU: Powiedziałem wynoś się pan!

Alvarez zostawia szampana i znika

Landru bierze zmrożoną butelkę i wkłada ją Lukrecji za dekolt, pomiędzy nagie piersi.

LUKRECJA: (pisk) Aia!!!

LANDRU: Odrobinę powściągliwości, Lukrecjo. Niech się pani ochłodzi. Co pani proponuje? Mamy się rzucić tu na podłogę i parzyć jak króliki? Propozycja godna zwykłego łajdaka, pani…

LUKRECJA: (bardzo zawstydzona) Niech mi pan wybaczy, panie…

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Proszę mi wybaczyć, panie Dupont. To dlatego, że czułam, że płonę. Jak wulkan! I potrzebowałam uwolnienia od tego ognia, który…

Landru – gentelman przysuwa jej krzesło.

Lukrecja przyjmuje gest z uśmiechem, siada.

LUKRECJA: Przyznaję, że straciłam maniery wielkiej damy, panie… (chwila wahania) Dupont. Ale od wczesnej młodości na mojej drodze była tylko samotność. Wie pan, że miałam kontakt tylko z masą służby, która… To dobrzy ludzie, ale myślą tylko o jedzeniu, spaniu i… Chcę sobie to wszystko powetować, panie…!

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Znów będę wielką damą. Będę wspaniałą towarzyszką, na jaką pan zasługuje. (Landru podaje jej kieliszek szampana) Dziękuję. Wypijmy za to, z moje odrodzenie, za…

Lukrecja przerywa zainteresowana.

Landru wyjmuje maleńką buteleczkę z wewnętrznej kieszeni marynarki. Wpuszcza krople, dwie, trzy do szampana Lukrecji.

LUKRECJA: Co to za krople, panie (pamięta) Dupont?

LANDRU: Afrodyzjak, Lukrecjo.

LUKRECJA: Afro…? Naprawdę pan sądzi, że ja tego potrzebuję?

LANDRU: Noc jest długa, moja kochana Lukrecjo. Bardzo długa. Może pojawić się jakaś niechęć, nagłe zmęczenie, które… Lepiej temu zapobiec.

LUKRECJA: Dawka będzie wystarczająca?

LANDRU: Nawet dla hipopotama.

LUKRECJA: Piękne porównanie, panie… Obraża mnie pan.

LANDRU: (podnosząc kieliszek do toastu) Za co chce pani wznieść toast?

LUKRECJA: (podnosi kieliszek) Za naszą miłość.

LANDRU: Niezbyt oryginalnie, pani.

LUKRECJA: (niepewnie) Więc… Za miłość wszystkich ludzi na świecie.

LANDRU: Trochę lepiej, ale…

LUKRECJA: Niech mi pan pomoże, panie… (małe wahanie) Dupont! Proszę zrozumieć, że moja wyobraźnia jest zwiędnięta jak kwiat pozostawiony bez wody.

LANDRU: Właśnie, kwiaty. W tym kierunku szukałem.

LUKRECJA: Kwiaty? Chce pan wznieść toast za…?

LANDRU: Za wiosnę, za tę nową wiosnę, która wydała już kwiat! (teatralna pauza) Kwiat naszej miłości!

LUKRECJA: (zachwycona) Niech zadźwięczą nasze kieliszki, panie…

LANDRU: Dupont.

LUKRECJA: Pan musi być poetą, panie Dupont. Nie mówię, że nie wierzę w to co pan powiedział, ale zdałam sobie sprawę, że pan…

LANDRU: (uderza swoim kieliszkiem w jej kieliszek) Na zdrowie!

LUKRECJA: Na zdrowie! (upija łyk)

LANDRU: Do dna, Lukrecjo.

LUKRECJA: Alkohol mi…

LANDRU: Proszę.

LUKRECJA: Jaki pan ma piękny uśmiech. Poruszyłby nawet głaz. Kiedy mój ojciec czegoś ode mnie chciał, prosił z takim uśmiechem jak pański. (wypija całą zawartość kieliszka) Co pan ze mną zrobi, kiedy będę… (nie ma odwagi dokończyć)

LANDRU: Pijana?

LUKRECJA: (na granicy zerwania się z krzesła i objęcia Landru) Pijana z namiętności, pożądania!

LANDRU: (delikatnie ją przytrzymuje) Niech się pani powstrzyma. Jeszcze nie nadszedł właściwy moment na utratę zmysłów. Zamówimy kolację?

LUKRECJA: Bardzo dobrze, oczywiście. Jestem głodna.

LANDRU: (klaszcze) Kelner!

Pojawia się kelner z dwoma egzemplarzami pięknie oprawionego menu. Podaje je gościom i czeka, dyskretny i pełen szacunku.

Lukrecja nie może czytać. Wytęża wzrok. Nie udaje jej się jednak przezwyciężyć trudności.

ALVAREZ: Pani wybaczy… (ochryple) Zapomniała pani okularów?

LUKRECJA: Nie używam okularów, nigdy ich nie potrzebowałam.

ALVAREZ: (do Landru) Może pani przebrała miarę…(robi gest pt.: za dużo wypiła)

LANDRU: Jeden kieliszek. Nikt nie upije się taką ilością.

LUKRECJA: Litery są bardzo małe, to dlatego.

ALVAREZ: Eee, proszę pani. Czcionka rozmiar 12. To jest menu, a nie ulotka konspiracyjna. (do Landru) Pan wybaczy, ale muszę dbać o dobre imię firmy.

LUKRECJA: A teraz podrygują. Litery tańczą. (menu wysuwa się jej z rąk i upada na podłogę) Zgasili światło!

ALVAREZ: (podnosi menu) Przeczytać pani, jakie mamy dania z czerwonego mięsa?

LUKRECJA: Wszystko zrobiło się ciemne. Nie widzę. Proszę coś do mnie powiedzieć, panie Landru! Muszę pana usłyszeć!

LANDRU: Dupont, moja kochana Lukrecjo, Dupont.

LUKRECJA: Dobrze, to logiczne, że mnie pan zwodzi, Dupont! Chcę umrzeć w pańskich ramionach. Niech mnie pan obejmie!

Landru podchodzi i obejmuje ją.

LUKRECJA: Dziękuję, panie Landru. (gestem odrzuca jego protest) Proszę mnie nie okłamywać, panie Landru. Pan to Landru.

LANDRU: Nie upieram się. Nie okłamuję pani.

LUKRECJA: Dziękuję.

Lukrecja umiera.

ALVAREZ: Wyzionęła ducha?

LANDRU: Mhm, już nie żyje.

Landru kładzie zwłoki na podłodze. Alvarez mu pomaga.

ALVAREZ: Uśmiecha się.

LANDRU: Ze szczęścia, Alvarez. Cóż innego mógłby wyrażać ten uśmiech.

Landru zaczyna ograbiać trupa z kosztowności.

LANDRU: (daje naszyjnik kelnerowi) To dla pana.

ALVAREZ: W żadnym wypadku, panie Landru. Zapłacił mi pan już krocie. W zupełności mi wystarczy.

LANDRU: Proszę to wziąć. (wkłada mu naszyjnik do kieszeni) Jest pan człowiekiem przyzwyczajonym do przyjmowania napiwków. Ile mam czasu, Alvarez?

ALVAREZ: Z przykrością muszę panu powiedzieć, że niezbyt dużo. Ten stolik należy do najczęściej zamawianych.

LANDRU: (dalej zdejmuje precjoza) Muszę przejść przez całe miasto. Mieszkam daleko stąd.

ALVAREZ: Pół godziny?

LANDRU: Wystarczy.

ALVAREZ: Będzie pan je miał, panie Landru. Proszę mi zaufać.

Landru z wypchanymi kieszeniami zbiera się do wyjścia.

ALVAREZ: Panie Landru… (Landru zatrzymuje się) Co to za biały płyn, który nosi pan w buteleczce?

LANDRU: Trucizna.

ALVAREZ: Trucizna.

LANDRU: Bardzo silna aztecka trucizna.

ALVAREZ: Chcę zabić moją żonę.

LANDRU: Niezawodna! (daje mu buteleczkę) Dwie krople do jakiegokolwiek płynu. Będzie pan miał okazję?

ALVAREZ: Najlepszą. Kiedy wracam z restauracji do domu, podaję jej śniadanie do łóżka.

LANDRU: Wspaniale! Dwie krople do kawy. Albo trzy jeśli chce pan być bardziej pewny. Przedtem niech jej pan to da. (na widok Alvareza wyciągającego naszyjnik z kieszeni) Prawdziwe perły. A do tego pocałunek. Niech zobaczą pana całującego ją. Jak największa liczba świadków. Później będą zeznawać w pańskiej obronie. To będzie najlepsze alibi. Mąż, który daje prezent żonie całując ją, nie może być mordercą.

ALVAREZ: Pan jest mistrzem, Landru. Mistrzem! Powinien pan wykładać na uniwersytecie.

LANDRU: (poprawia) Dupont. Michel Dupont.

ALVAREZ: Dupont, oczywiście. (uderza się w głowę) Nie mogę o tym zapomnieć. (zeznaje przed wyimaginowanym przesłuchującym) Stolik był zarezerwowany na jakiegoś pana Duponta. Rezerwacja na telefon, panie komisarzu. Sprawdziliśmy, że chodziło o ważnego kupca z branży tekstylnej, ma fabrykę w samym centrum. Nic poza tym nie chcemy wiedzieć.

LANDRU: (wychodzi zabierając futro wiszące na poręczy krzesła) Powodzenia, Alvarez!

ALVAREZ: (pozdrawia Landru gestem, nie przerywając „zeznawania”) Nie lubimy się zbytnio wtrącać w życie naszych klientów. Musimy wiedzieć tylko tyle, żeby utrzymać hierarchię w restauracji i zaoferować odpowiedni stolik.

Alvarez bierze za kostki zwłoki Lukrecji i wywleka je po podłodze.

ALVAREZ: (dalej „zeznaje”) Wystrzegamy się parweniuszy, panie komisarzu. Tylko tego. I dlatego nasza restauracja utrzymuje swoje dobre imię.

(…)
_________________
Minister Kultury i Promocji
Burmistrz Nowego Kotwicza

"Walczyliśmy o Orła, teraz – o koronę dla Niego, hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor."
 
 
     
Poziom: 53 HP   9%   1028/11426
   MP   100%   5455/5455
   EXP   65%   199/304
Wieniawa 
Weteran
Ulubieniec Cezara


Prowincja: Eldorat
Imię: Emil
Nazwisko: hrabia Potocki
ID: A9344
Pomógł: 6 razy
Wiek: 113
Dołączył: 12 Mar 2007
Posty: 1308
Wysłany: 2008-02-07, 13:05   

Brawo Guedziu. Może pokusisz się o własną sztukę :-)
_________________
Zawsze dumny z szefa swego,
To szwoleżer Piłsudskiego.

Z adiutantów i lekarzy,
Ma Warszawa pułk gówniarzy.

Lance do boju, szable w dłoń
Bolszewika goń, goń, goń
Żuraw, żuraw, żurawia
Żurawiejka ty maja!
 
 
     
Poziom: 31 HP   2%   50/2536
   MP   100%   1211/1211
   EXP   26%   28/104
Guedes de Lima 
Weteran
Burmistrz :)


Prowincja: Eldorat
Imię: Guedes
Nazwisko: de Lima
ID: A9121
Pomógł: 17 razy
Wiek: 35
Dołączył: 27 Kwi 2007
Posty: 5600
Skąd: Nowy Kotwicz
Wysłany: 2008-02-07, 13:27   

Cytat:
Może pokusisz się o własną sztukę


Pracuję nad jednym projektem - lecz to wymaga czasu,
a gotowe sztuki wystawiając mam pewność, że są profesjonalnie
napisane. ;-)
_________________
Minister Kultury i Promocji
Burmistrz Nowego Kotwicza

"Walczyliśmy o Orła, teraz – o koronę dla Niego, hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor."
 
 
     
Poziom: 53 HP   9%   1028/11426
   MP   100%   5455/5455
   EXP   65%   199/304
Iontz 
Administrator
baron


Imię: Mateusz
Nazwisko: von Lichtenstein-Iontz
ID: A9149
Pomógł: 15 razy
Dołączył: 22 Maj 2007
Posty: 3941
Wysłany: 2008-02-07, 14:28   

Tylko gdyby jeszcze były w całości :mrgreen: Wystaw jakiegoś klasyka, co już praw autorskich nie ma.
_________________
(—) szer. Mateusz bar. von Lichtenstein-Iontz h. Sztandar
 
     
Poziom: 47 HP   6%   477/7965
   MP   100%   3803/3803
   EXP   48%   113/234
Guedes de Lima 
Weteran
Burmistrz :)


Prowincja: Eldorat
Imię: Guedes
Nazwisko: de Lima
ID: A9121
Pomógł: 17 razy
Wiek: 35
Dołączył: 27 Kwi 2007
Posty: 5600
Skąd: Nowy Kotwicz
Wysłany: 2008-02-07, 14:31   

Klasyk - dobry pomysł, jestem otwarty na takie propozycje - coś się pojawi znanego.
Natomiast - te fragmenty są obszerne i według mnie w zupełności wystarczają - no a nie chcę by państwowa instytucja łamała prawa autorskie. ;-)
_________________
Minister Kultury i Promocji
Burmistrz Nowego Kotwicza

"Walczyliśmy o Orła, teraz – o koronę dla Niego, hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor."
 
 
     
Poziom: 53 HP   9%   1028/11426
   MP   100%   5455/5455
   EXP   65%   199/304
Jan D-P 
Weteran


ID: A9884
Pomógł: 5 razy
Dołączył: 26 Sie 2007
Posty: 2364
Skąd: Kraków/ NK
Wysłany: 2008-02-07, 17:50   

Super jest. Bardzo dobra gra aktorska. ;-)
_________________
I swear, i didn't know she was 3!
 
 
     
Poziom: 39 HP   3%   140/4676
   MP   100%   2232/2232
   EXP   39%   63/160
Sobieszek 
Weteran


Prowincja: Trizondal
ID: A9001
Pomogła: 7 razy
Wiek: 28
Dołączyła: 04 Sty 2008
Posty: 2306
Skąd: Gdzieś w v-świecie...
Wysłany: 2008-02-07, 19:07   

Wspaniałe! Z niecierpliwością czekam na kolejne sztuki!
_________________

 
 
     
Poziom: 39 HP   3%   140/4676
   MP   100%   2232/2232
   EXP   3%   5/160
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0.1 sekundy. Zapytań do SQL: 13