Witaj
w Kr�lestwie Skarlandu
.
Zaloguj si�
lub
zarejestruj
.
Sobota, 24 Lut 2024, 10:24:53
Aktualno�ci:
Rejestracja wyłączona. Państwo Skarlandzkie w dniu 8 marca 2017 roku zakończyło swe istnienie, dziękujemy za wspólnie spędzony czas.
Strona g��wna
Pomoc
Zaloguj si�
Rejestracja
»
Władze Federalne Królestwa Skarlandu
»
Wojska Imperium Skarlandzkiego
»
Wielka Armada
»
Główne Archiwum Indii
(Moderator:
Carlos de Médici
) »
II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
« poprzedni
nast�pny »
Drukuj
Strony: [
1
]
Do do�u
Autor
W�tek: II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej (Przeczytany 576 razy)
0 u�ytkownik�w i 1 Go�� przegl�da ten w�tek.
Felipe Miguel de Guzmán
Grand
Zasłużony mieszkaniec
Wiadomo�ci: 272
II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
«
dnia:
Czwartek, 8 Sty 2015, 01:46:22 »
VII Enero AD MMXV
DZIENNIK POKŁADOWY OKRĘTU LINOWEGO EL GRAN GRIFÓN
D
zień pierwszy, VII stycznia AD MMXV-rejs do Gdańska.
G
dy w Grudniu opuszczałem port Gdański, nie spodziewałem się, że będzie mi dane zawitać do niego ponownie w tak krótkim czasie. Minęły niespełna dwa miesiące od mojej poprzedniej wizyty w tym niezwykłym mieście, a ścieżki losu zaprowadziły mnie po raz kolejny w miejsce, którego nie spodziewałem się tak szybko ujrzeć. Tym razem, jako członek załogi okrętu flagowego El Gran Grifón mam zaszczyt uczestniczenia w wielkim rangą wydarzeniu, czyli w wizycie Jej Arcychreścijańskiej Mości Królowej Eleonory w Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
P
rzygotowania do wyprawy, głównie ze względu na rangę wydarzenia, przebiegały w sposób zorganizowany i nadzwyczaj skrupulatny. Nie było mowy o pominięciu najmniejszych szczegółów związanych z zaopatrzeniem oraz przygotowaniem okrętu do podróży- zadaniem El Gran Grifón było dostarczenie Jej Arcychrześcijańskiem Mości do celu bez najmniejszego uszczerbku na jej zdrowiu i godności. Ranga tej wizyty wymagała przedsięwzięcia szczególnych środków, i rzec można z pewnością, że cała załoga zrealizowała powierzone jej zadania perfekcyjnie. Podróż minęła bez większych przeszkód. Zawdzięczać to można nie tylko względnie spokojnym warunkom na morzu, lecz także doświadczeniu zdobytemu przez załogę podczas poprzednich wypraw.
M
imo przybicia do portu w godzinach późnowieczornych, Jej Arcychreścijańska Mość mogła liczyć na powitanie godne jej majestatu. Nie zawiódł entuzjastycznie witający swoją Królową tłum, salwy honorowe oddane przez okręty Eskadry Kolonialnej rozbrzmiały z należytą dumą, a przebieg wizyty uznać można bez wątpienia za udany. Cudowny strój Królowej wzbudzał powszechny zachwyt, a splendor związany z jej wizytą na długo pozostanie w pamięci Gdańszczan.
P
o powitaniu przez Królewskiego małżonka Jego Królewską Mość, Króla Polski i Wielkego i Księcia Litewskiego, Marka Pawła I , królewska para udała się konno ku centrum miasta, a pozostali członkowie Eskadry przystąpili do wypełniania obowiązków związanych z przygotowaniem okrętów do dalszej drogi.
Wszak wizyta przebiegać musi bez żadnych uchybień, od jej początku, do samego końca.
Felipe Miguel de Guzmán
Zapisane
/-/Don Felipe Miguel de Guzmán SJ,
hrabia Badajoz
Felipe Miguel de Guzmán
Grand
Zasłużony mieszkaniec
Wiadomo�ci: 272
Odp: II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
«
Odpowied� #1 dnia:
Czwartek, 12 Lut 2015, 23:14:27 »
XII Febrero AD MMXV
DZIENNIK POKŁADOWY OKRĘTU LINOWEGO EL GRAN GRIFÓN
D
ni, X.I - XII.II AD MMXV-rejs do Archipelagu Aztec.
K
olejny już raz port Gdański stanowi początek wyprawy ku nowemu. Nowe morza i lądy, nowi ludzie i kultury. Gdańsk zaopatrzył nas w niezbędny prowiant, zapasy amunicji, prochu, broni palnej i koni- ekwipunku niezbędnego w miejscu, które przyjdzie nam odkrywać. Zdawaliśmy sobie sprawę z faktu, że czekająca nas podróż nie będzie ani łatwa, ani krótka.
P
oczątkowo nasza podróż nie różniła się od wcześniejszych, w których dane mi było uczestniczyć. Monotonię naszej podróży potęgował jedynie fakt, że nie dana nam była chwila wytchnienia od morskiej toni- płynęliśmy stale, bez zawijania do portu. Przyjazne wiatry prowadziły nas na zachód, dając wrażenie rychłego końca tej jakże odległej wyprawy. Jednak spokój naszej podróży po 8 dniach wyprawy zakłócił straszliwy sztorm, który napotkaliśmy niedaleko wysp Emiratów Chattyckich. Los nie był łaskawy dla naszej floty -3 okręty Skarlandzkie, oraz 2 polskie pozostały już na zawsze w morskich otchłaniach ….
T
rzy tygodnie podróży-dokładnie tyle czasu zajęło nam dotarcie do celu. Wyspa położona na zachód od dawnego miasta Tlaloc dała nam wytchnienie od niespokojnych wód .Stały ląd cieszył nas jak chyba nigdy dotąd. Ogromne wrażenie sprawiała bujna, tropikalna roślinność, oraz całe stada nieznanych w Skarlandzie zwierząt. Tropikalna dżungla oraz różnobarwne ptactwo nie były jednak najbardziej egzotycznym elementem wyspy, na której zatrzymała się nasza ekspedycja. Bardziej intrygujący byli miejscowi dzicy- Indianie. Początkowo nieufni wobec nas- nieznajomych, z czasem dali się poznać jako przyjaźnie nastawieni, pokojowi mieszkańcy wyspy.
N
ieodzownym elementem naszej wyprawy była konieczności poznania tego, co ukryte w głębi lądu. Początkowy entuzjazm, gnający nas ku coraz dalszemu zapuszczaniu się w tropikalną dżunglę musiał z czasem ustąpić niepodważalnym faktom- wyspa zdawała się nie do przebycia. Musieliśmy stawić czoła faktom i zrezygnować z dalszej eksploatacji. Rezygnacja z zapuszczania się w głąb dżungli pozwoliła natomiast na lepsze poznanie tubylców, którzy okazali się źródłem ciekawych informacji. Udało się nam doprowadzić do powstania relacji zbudowanej na wzajemnej sympatii i przyjaźni, co przyniosło wymierne korzyści. Starszyzna plemienna postanowiła obdarować nas, w geście dobrej woli, wyrobami ze szczerego złota. Oprócz oczywistej wartości materialnej przedstawiały one wartość historyczną- należały podobno do potężnego ludu, zamieszkującego niegdyś ogromną wyspę. Lud ten miał siać postrach wśród lokalnych plemion, a jego władcy słynęli ze wznoszenia monumentalnych budowli- miejsc kultu i świadectw oddania nieznanym nam bóstwom.
H
istoria opowiedziana przez Indian wzbudziła we mnie niedowierzanie, przeradzające się czasem w chęć dotarcia do miejsc opisywanych przez tubylców oraz zweryfikowania prawdziwości głoszonych historii. Moje ambitne plany spaliły jednak na panewce- miejscowy klimat nie sprzyjał niektórym członkom naszej załogi- część z nas doświadczyła nieznanych wcześniej dolegliwości, które osłabiły nasze szeregi tak istotnie, że konieczny był powrót części naszej załogi. Na zły stan zdrowia narzekali szczególnie Polacy i Litwini. Koniecznym więc było podjęcie decyzji o uzupełnieniu zapasów na statkach polskiej floty, oraz wyruszenie w drogę powrotną. Postanowiłem wyruszyć wraz z nimi, wioząc ze sobą dary od tubylców dla królowej Eleonory- patronki naszej ekspedycji. Ci, którzy uniknęli chorób pozostali na miejscu, by podjąć się zadania budowy osady, którą- na cześć i chwałę królowej -nazwano Porto Leonor.
Felipe Miguel de Guzmán
Zapisane
/-/Don Felipe Miguel de Guzmán SJ,
hrabia Badajoz
Felipe Miguel de Guzmán
Grand
Zasłużony mieszkaniec
Wiadomo�ci: 272
Odp: II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
«
Odpowied� #2 dnia:
Wtorek, 11 Sie 2015, 19:58:54 »
XI agosto AD MMXV
DZIENNIK POKŁADOWY GALEONU NUESTRA SEÑORA DE ATOCHA
N
adchodził wieczór, kiedy kończono przygotowania do wypłynięcia z portu w Mostoles. Delikatny wiatr i morska bryza złagodziły upał mijającego dnia. Jeszcze tylko dwie godziny i okręty będą gotowe, by wyruszyć w rejs.Port w Mostoles opuściliśmy po godzinie dwudziestej. Natura nie oszczędziła nam wysiłku, gdyż słaby wiatr ledwie poruszał żagle ociężałych okrętów. Właśnie dlatego większe jednostki holowane być musiały z portu na pełne morze przy pomocy mniejszych okrętów. Podróż do Lisboa zajęła nam pięć godzin, ale do samego portu przybiliśmy dopiero o godzinie trzeciej nam ranem.
Z
nużony kilkudniowymi przygotowaniami udałem się do tawerny by zjeść, napić się wina i udać na zasłużony spoczynek. Niestety niedane mi było zaznać zbyt wiele snu, ponieważ zmuszony byłem stawić się w porcie by doglądać ostatecznego załadunku. Priorytetem było uzupełnienie zapasów wody i żywności. W dalszej kolejności załadowano broń, proch strzelniczy i konie, oraz zwierzęta juczne i hodowlane, które są nam niezbędne, a których brakuje w zamorskiej osadzie.
C
zęść okrętów stało na redzie w pobliżu portu, a ich ładownie były już zapełnione. Okręty załadowane po brzegi wyruszyły popołudniem w długi rejs w kierunku dalekich i tajemniczych ziem, które kusiły śmiałków nieodkrytymi jeszcze bogactwami. Każdy z nas marzył o bogactwie, sławie i uznaniu. Mnie w udziale przypadło jednak istotniejsze i bardziej odpowiedzialne zadanie. W Sewilli złożyłem Najjaśniejszej Pani obietnicę. Poprzysięgłem dołożyć wszelkich starań, aby mała osada, którą wraz z moimi ludźmi wzniosłem na dzikiej wyspie, rozwijała się prężnie i była zaczątkiem powstania silnego ośrodka handlu.
P
ierwsze dni rejsu upłynęły pod znakiem znużenia. Zmienne wiatry kierowały nas powoli ku bezpiecznej przystani. Okręty o tak dużej ładowności skazane były na powolny rejs ku miejscu docelowemu. Pozostawała jedynie nadzieja, że los się do nas uśmiechnie i pogoda odmieni się na naszą korzyść. Nie mogę się doczekać ponownej wizyty w Porto Leonor, które choć bliskie mojemu sercu, leży wiele mil morskich od mojej ojczystej ziemi.
Felipe Miguel de Guzmán
Zapisane
/-/Don Felipe Miguel de Guzmán SJ,
hrabia Badajoz
Felipe Miguel de Guzmán
Grand
Zasłużony mieszkaniec
Wiadomo�ci: 272
Odp: II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
«
Odpowied� #3 dnia:
Czwartek, 13 Sie 2015, 20:11:22 »
XIII agosto AD MMXV
DZIENNIK POKŁADOWY GALEONU NUESTRA SEÑORA DE ATOCHA
D
aleko za linią horyzontu pozostawiliśmy ziemię Skarladu, gdy nasze okręty podążały ku nowej ziemi. Ziemi, która ma być naszym przeznaczeniem. Monumentalne ,niczym górskie pasma okręty, mozolnie sunęły po bezkresnej tafli morza. Wiatr w ciągu dnia nam nie sprzyjał, lecz z nadejściem wieczoru los miał się odmienić. Kłębiące się nad naszymi głowami chmury przyniosły upragniony wiatr. Taki dar on niebios należy właściwie wykorzystać!.
-Napiąć żagle!
D
opiero teraz nasza podróż nabiera właściwego tempa. Okręty, niczym morskie lewiatany, mkną przez spokojne wody.
-Bóg się nad nami zlitował -oświadczył nabożny duchowny-ojciec Juan Jose de Villagómez.
Wyruszył on wraz ze mną w podróż do nowych ziem. W imieniu Ich Arcyrześcijańskich Mości, miał on przynieść tubalną nową wiarę, która oczyści dusze z grzechu i uchyli bram raju. Ale czy tubylcy będą chcieli poznać Boga i jego nauki? Gdy pierwszy raz ujrzałem ludy żyjące na wyspie gdzie powstało Porto Leonora, pomyślałem, że właśnie tak wyglądał rajski ogród Adama i Ewy. Ludzie żyją tam tak jak stworzył ich Bóg. Nie przywiązują uwagi do szat, ani też do innych rzeczy materialnych. Żyją w chatach w głębi lasu, w zgodzie z przyrodą, która to obecnie jest ich Bogiem.
D
ni mijały, a dobry wiatr i spokojne wody nam sprzyjały. Dzięki takiej łasce podróż mijała bez zbędnych uciążliwości. Korzystając z dużej ilości wolnego czasu wnikliwie analizowałem wcześniej sporządzone mapy oraz notatki i opisy, jakie wykonałem podczas mojej wcześniejszej misji. Dzięki łasce moich możnych protektorów uzyskałem dostęp do archiwum królewskiego. A dzięki księgom i dokumentom, jakie pozyskałem, moja wiedza stała się bardziej rozległa. Postanowiłem, że muszę skupić swą uwagę na zagadnieniach z budowy fortyfikacji. Na nowych ziemiach musi powstać fort.
Dobry los nas nie opuszcza. Pomimo dwóch sztormów, które napotkaliśmy po drodze nie ponieśliśmy żadnych strat. Bóg jest bardziej litościwy niż podczas ostatniej ekspedycji. Czuję, że jesteśmy już blisko. Wkrótce znów ujrzę dziewicze lasy otaczające malutką osadę, jaką jest Potro Leonor.
Z
apadł zmrok, a ludzie udali się na spoczynek. Postanowiłem przejrzeć jeszcze parę ksiąg siedząc przy blasku świecy. Zacząłem już odczuwać znużenie i ogarniała mnie senność, gdy poczułem ugryzienie. To był moskit. Wybiegłem z kajuty i spostrzegłem, że wokół palących się lamp latają owady. To znak, że jesteśmy blisko lądu.
Gdy nastał poranek gęsta mgła spowijała wody otaczające nasze okręty. Nakazałem podnieść żagle i płynąć naprzód. Tego dnia była bardzo gorąco i parno. Marynarz sprawdzając głębokość, głośno obwieszcza
- dwadzieścia pięć sążni, dwadzieścia czarty sążnie, dwadzieścia trzy, dwadzieścia dwa, dwadzieścia jeden.
Z
a mgły wyłania się ląd! Ziemia na horyzoncie! Okręty stanęły na redzie, a my w szalupach opuściliśmy pokłady statków i ruszyliśmy ku lądowi. Ostatecznie dotarliśmy do Porto Leonor, które zastałem w stanie dużo gorszym niż pozostawiłem przed wyjazdem. Wielu ludzi zmarło z głodu i chorób. Podobno również tubylcy nie są zadowoleni z naszej obecności. Na dziesięciu okrętach przypłynęło ze mną tysiąc dwieście ludzi, w tym żołnierze oraz rzemieślnicy. Czas więc zabrać się do pracy. Nie możemy pozwolić by zła passa zniszczyła efekty naszej pracy. Postanowiłem, że wzniesiemy fort obronny, oraz odbudujemy podupadające Porto Leonor . Nastał czas by zakończyć eksplorację wyspy i wreszcie sprawdzić czy opowieści tubylców o starej cywilizacji i jej bogactwach są prawdą. Musimy wysłać ekspedycję w kierunku największej wyspy, gdzie według przekazów istniała niegdyś wielka cywilizacja. Lecz na początek musimy odebrać dżungli Porto Leonor.
B
ędąc w centralnym punkcie osady, w otoczeniu żołnierzy, marynarzy i osadników ogłosiłem;
-Z łaski Boga, w imieniu Najjaśniejszych Królów Imperium Skarlandu, mocą powierzonej mi władzy nadaję tej wyspie nazwę, San Carlos! Oświadcza również, że wyspa San Carlos staje się częścią Imperium Skarlandu!
Teraz czas zabrać się do pracy i odbudowy osady oraz wzniesienia fortu. Kolejnym celem jest ekspedycja i eksploracja największej wyspy archipelagu, którą mam zamiar włączyć do ziem Imperium. Równocześnie z odbudową Porto Leonor trwać będą przygotowania do kolejnej ekspedycji. Nakazałem już przegrupować siły. Czas rozpocząć największą przygodę w życiu śmiałków, którzy u mego boku wyruszyli w tą odległą wyprawę.
Felipe Miguel de Guzmán
Zapisane
/-/Don Felipe Miguel de Guzmán SJ,
hrabia Badajoz
Felipe Miguel de Guzmán
Grand
Zasłużony mieszkaniec
Wiadomo�ci: 272
Odp: II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
«
Odpowied� #4 dnia:
Czwartek, 13 Sie 2015, 20:17:53 »
XIV agosto AD MMXV
DZIENNIK POKŁADOWY GALEONU NUESTRA SEÑORA DE ATOCHA
D
ni mijają, a efekty naszej pracy stają się bardziej widoczne. Drwale wyruszyli do lasu, padają kolejne drzewa. Wśród przywiezionych rzemieślników są również kamieniarze. W głębi wyspy odkryliśmy wąwozy będące źródłem kamienia. Z okrętów przetransportowano narzędzia, broń, zwierzęta juczne, muły, woły i konie. Praca wre, a z upływem czasu las ustępuje oddając naszej osadzie dawną świetność. Postanowiliśmy, że nieopodal Porto Leonora wzniesiemy fort obronny. Jego budowa idzie całkiem sprawnie. Musimy się postarać by jego konstrukcja byłą stabilna. Na flankach mają spocząć działa, które zdemontujemy z okrętów przeniesiemy na ląd. Pozwoli to efektywniej bronić fortu.
G
dy prace w osadzie i porcie wciąż trwają, postanawiam wraz z częścią wojska przygotować się do wyprawy na dużą wyspę archipelagu. Musimy być gotowi do zbadania ziem nieznanych. Jedynym źródłem informacji o nich były opowiadania tubylców. Pora zatem przekonać się, jakie skarby kryje duża wyspa.
W
yruszyliśmy następnego dnia, jeszcze przed wschodem słońca. Pięć okrętów dobrze wyposażonych i zaopatrzonych podniosło kotwicę i ruszyło w kierunku dużej wyspy. Jestem bardzo podekscytowany, ponieważ zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiem, że za każde me poczynanie, sukces czy niepowodzenie, będę rozliczany przez moich władców. Pozostaje Mi jedynie wierzyć, że w sposób zadawalający dla Ich Majestatów wywiążę się z powierzonego mi zadania.
Boże proszę Cię byś mi dopomógł tak jak czyniłeś to wcześniej.
Po czterech godzinach z porannej mgły wynurza się ląd. Na horyzoncie rozciąga się widok nieprzebytej i ogromnej dżungli. Powietrze niesie woń roślin. Słychać odgłosy dziczy, która oczekuje naszego przybycia.
-Osiemnaście sążni-oznajmia głośnio jeden z marynarzy.
-Rzucić kotwice!- głośno zawołałem.
O
kręty stanęły na redzie, a my w szalupach udajemy się na ląd.
Ojciec Villagómez, podał mi zwój papieru. całując krzyż rzekłem „ Z łaski Boga ,w imieniu Najjaśniejszych Królów Imperium Skarlandu, na mocy nadanej mi władzy zajmuję tą wyspę czyniąc ją częścią Imperium .”
Po oficjalnym podpisaniu odpowiedniego aktu ruszyliśmy w głąb lądu. Czeka nas długa przeprawa przez dżunglę. Na szczęście mamy ze sobą miejscowych przewodników. Tubylcy mają nam wskazać lokalizację wielkich miast z kamienia, wzniesionych przez dawną cywilizację.
Felipe Miguel de Guzmán
Zapisane
/-/Don Felipe Miguel de Guzmán SJ,
hrabia Badajoz
Felipe Miguel de Guzmán
Grand
Zasłużony mieszkaniec
Wiadomo�ci: 272
Odp: II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej
«
Odpowied� #5 dnia:
�roda, 19 Sie 2015, 18:31:08 »
XIX agosto AD MMXV
DZIENNIK POKŁADOWY GALEONU NUESTRA SEÑORA DE ATOCHA
P
rzybywając na ogromna wyspę, nikt z nas nie wiedział, co czeka w głębi nieprzebytej i dzikiej dżungli. Postanowiłem, że rozbijemy obóz i przeczekamy noc, by kolejnego dnia wyruszyć w głąb lasu tropikalnego. Część ludzi wróciło na okręty by dostarczyć zapasy żywności oraz broni.
N
astał wieczór. Słońce chyląc się ku zachodowi ustępuje pola nocy, która wkrótce ciemnościami okrywa horyzont. Z głębi lasu słychać odgłosy dziczy, objawiające się wyciem nieznanych nam zwierząt. Siedzę w swym namiocie, cały czas rozmyślając o ekspedycji. Martwiłem się czy podołam temu wyzwaniu. Czy dane mi będzie okryć się sławą? A może przepadnę wraz z moimi ludźmi w głębi tych nieprzebytych lasów i słuch o nas zaginie? Myśli te nie dawały mi spokoju i całą noc kotłowały się w głowie budząc niepokój, a zarazem podniecenie.
W
raz ze wschodem słońca, nadeszła pora na wyruszenie w drogę. Wspólnie z moimi ludźmi rozpocząłem przygotowania. Ruszamy po porannej mszy, którą na plaży odprawi Ojciec Juan Jose de Villagómez. Po otrzymaniu rozgrzeszenia przyjęliśmy komunię oraz błogosławieństwo. Uformowaliśmy szyk i ruszyliśmy w głąb lasu. Potężne drzewa gęste niczym zarośla, liany, odgłosy dzikich zwierząt –to wszystko wzbudzało w nas trwogę. Wyprawa przypominała tę z wyspy Soledat, lecz była bardziej emocjonująca, bardziej dzika i imponująca.
P
anował tak silny upał, że ledwie mogłem złapać dech w piersi. Powietrze było bardzo parne. Już dwie godziny z wielkim trudem przedzieramy się przez gęste zarośla. Nad naszymi głowami latają egzotyczne ptaki, a po ziemi i na drzewach pełzają wielkie węże. Nasz indiański przewodnik objaśnia nam, jakich gadów mamy się wystrzegać. Ukąszenie niektórych powoduje natychmiastową śmierć. Mijają kolejne trzy godziny, a końca dżungli nie widać. Powietrze staje się coraz gorętsze i coraz bardziej parne. Modlimy się już do Boga, aby wreszcie opuścić te nieprzyjazne lasy. Ludzie są coraz bardziej zmęczeni, ale nasz indiański przewodnik informuje, że do celu naszej podróży pozostało jeszcze minimum cztery godziny marszu. Upał staje się coraz bardziej nieznośny. Liczne owady, niczym krople deszczu spadają na nasze ciała. Moskity i pijawki to chleb powszedni podczas naszej wędrówki. Moi ludzie z coraz większym trudem maszerują, przedzierając się za pomocą maczet przez gęste zarośla.
J
uż dawno minęło południe, a celu naszej wyprawy nie widać. Jestem coraz bardziej poirytowany. Czyżby nasz Indiański przewodnik wywiódł nas w pole? Czyżby nie chciał, abyśmy dotarli do ruin ich świętych miast? Jedno jest pewne- nie możemy dopuścić by w tej nieprzyjaznej dżungli zastała nas noc.Wtem, po czterdziestu minutach marszu dżungla ustępuje, a za drzew wyłania się wielka kamienna piramida. Po niej ukazują się kolejne budynki, zarośnięte i opuszczone od lat. Niepewnym krokiem wkraczamy do zapomnianego miasta, będąc pod wrażeniem ogromu otaczających nas budowli.
Nasz przewodnik mówi, że to miasto bogów oraz dawna stolica imperium, które dawno już upadło. Miasto nosi nazwę Tlaloc. Jestem zdumiony, że z pozoru niecywilizowany naród potrafił wznieść tak wspaniałe i monumentalne budynki, które do dziś zapierają dech w piersiach i opowiadają o potędze i dokonaniach ludu, zamieszkującego niegdyś te ziemie. Rozpoczynamy eksplorację miasta, a z każdym krokiem jestem coraz bardziej zdumiony. Przewodnik opowiada, że to potężne miasto zamieszkiwało niegdyś pół miliona ludzi, którzy zwali się dziećmi słońca i byli wielkimi wojownikami.
B
yłem żywo zafascynowany legendą o ostatnim władcy tego wspaniałego miasta, który nosił imię Tlacatecuhtli Motecuhzoma III. Nikt nie wie, dlaczego tak wspaniała cywilizacja nagle przestała istnieć. Legendy głoszą, że lud który zwał się Aztec był ludem wojowników, krwawo i bezwzględnie obchodzącym się ze swoimi przeciwnikami. Wojownicy uprowadzali całe społeczności, czyniąc z nich niewolników. Kobiety i dzieci sprzedawano, a mężczyzn składano w ofierze wiecznie rządnemu krwi bogu słońca. W końcu lud Aztec podbił wszystkie okoliczne ludy i zabrakło niewolników by składać ofiary krwawemu bóstwu. Dlatego w świątyniach zaczęto składać ofiary z własnych wojowników. W końcu wybuchła wielka rebelia, która od środka rozsadziła imperium, a bóg słońca wyklął króla. Klątwa krwawego boga sprowadziła na lud Aztec licznie klęski żywiołowe oraz choroby, które doprowadziły do ostatecznego upadku tej wielkiej cywilizacji.
Powoli zapadał wieczór, co oznacza, że nie zdążymy wrócić do naszego obozu nad brzegiem morza. Zarządziłem, że rozbijemy obóz w ruinach tego tajemniczego miasta.
Z
apada noc. Siedzę przy ognisku i obserwuję otaczające mnie budowle. W mrokach zdają się być jeszcze bardziej tajemnicze i przerażające. Nie mogę zapomnieć o legendzie, mówiącej o karze boskiej i upadku cesarstwa Aztec. Imperia rodzą się i upadają, a te ruiny są tego najlepszym przykładem. Nic nie twa wiecznie. Układam się do snu- niespokojny i pełen obaw. Jutro wracamy do Porto Leonor. Ale obiecałem sobie, że wrócę tu ponownie by dokładniej zbadać ślady tej wielkiej cywilizacji, która pozostawiła po sobie tak wspaniałe budowle. Jeszcze nie wiem jak nazwę tę wielką i tajemniczą wyspie. Najpierw muszę poinformować Najjaśniejszych Królów Skarlandu o moich odkryciach i nowych ziemiach, jakie zająłem w imieniu Imperium Skarlandu.
Felipe Miguel de Guzmán
Zapisane
/-/Don Felipe Miguel de Guzmán SJ,
hrabia Badajoz
Drukuj
Strony: [
1
]
Do g�ry
« poprzedni
nast�pny »
»
Władze Federalne Królestwa Skarlandu
»
Wojska Imperium Skarlandzkiego
»
Wielka Armada
»
Główne Archiwum Indii
(Moderator:
Carlos de Médici
) »
II. Dziennik pokładowy Eskadry Kolonialnej