Autor W�tek: I. Dziennik pokładowy Armady Zakonnej  (Przeczytany 238 razy)

0 u�ytkownik�w i 1 Go�� przegl�da ten w�tek.

Offline Juan de Maykowski

  • Moderator
  • Zasłużony mieszkaniec
  • *****
  • Wiadomo�ci: 194
  • "Cierpliwość to największa cnota."
    • Status GG
    • Zobacz profil
I. Dziennik pokładowy Armady Zakonnej
« dnia: Niedziela, 13 Mar 2016, 12:48:58 »
Dziennik pokładowy Armady Zakonnej


Dzień Pierwszy, XIII marca AD MMXVI.


Po długim okresie przygotowań nadszedł czas aby wreszcie udać się na nieznaną wyspę zwaną Nową Katalonią. Dla stosunkowo młodej floty Braci Vandalskich zadanie to może okazać się trudne zważywszy na to, że droga do Nowej Katalonii jest długa, a oceaniczne wody bywają zdradliwe. Aczkolwiek kiedy spoglądam na kołyszące się w porcie, solidne karaki i karawele ogarnia mnie całkowity spokój.

Przygotowania do wyprawy, które w ostatnim czasie poczyniłem zostały przeprowadzone wyjątkowo skrupulatnie. Starałem się zadbać o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Poleciłem zgromadzić odpowiednie zapasy broni, lekarstw, wina, żywności i co najważniejsze wody pitnej. Każda, pojedyncza jednostka została sprawdzona centymetr po centymetrze aby zyskać pewność, że statki nie posiadają jakiś ukrytych wad, które umknęły oczom konstruktorów. Po otrzymaniu raportów upewniłem się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Największym problemem jaki zaistniał podczas przygotowań było znalezienie wykwalifikowanych żeglarzy, którzy znali rozległe, zachodnie wody. Na nasze szczęście znalazło się wielu takich śmiałków, którzy otrzymawszy z rąk Zakonu stosowną zapłatę zgodzili się poprowadzić vandalską flotę ku wybrzeżom Nowej Katalonii.

Dzisiaj zakończy się ostatni etap naszych prac przed wyprawą. Kiedy pracownicy portowi załadują ostatnie skrzynie z zaopatrzeniem, a kapelan odprawi Mszę Świętą za uczestników ekspedycji będziemy mogli rozpocząć naszą wyprawę w nieznane. Poleciłem także wyposażyć rycerzy zakonnych w lekki i przewiewny ubiór, oraz skórzane pancerze. Miejsce, do którego się udajemy jest wielce egzotyczne, a przedzieranie się przez dżunglę w stalowych zbrojach i grubych płaszczach mogłoby znacznie spowolnić eksplorację wyspy, oraz negatywnie wpłynąć na morale zakonników. Jestem dobrej myśli. Oby Bóg w Trójcy Świętej Jedyny otoczył Nas swoją opieką i wspierał w najcięższych chwilach. Que Dios nos bendiga!

Don Juan Dagobard de Maykowski
Książę Vandalii
Wielki Mistrz Zakonu Rycerzy Chrystusowych Ziemi Vandalskiej

Offline Juan de Maykowski

  • Moderator
  • Zasłużony mieszkaniec
  • *****
  • Wiadomo�ci: 194
  • "Cierpliwość to największa cnota."
    • Status GG
    • Zobacz profil
Odp: I. Dziennik pokładowy Armady Zakonnej
« Odpowied� #1 dnia: Pi�tek, 1 Kwi 2016, 18:42:38 »
Dziennik pokładowy Armady Zakonnej



Dzień Dwudziesty, I kwietnia AD MMXVI.


W ciągu ostatnich kilku tygodni Armada Zakonna przemierzała nieokiełznane wody Zachodu. Wyprawa vandalska szła bez większych oporów wprost ku wybrzeżom Nowej Katalonii. Jednak dnia szesnastego spotkało Nas coś czego nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi. Wydarzenie to lub raczej katastrofa spowodowała nagłe załamanie się ekspedycji. Korzystając z chwili wytchnienia postaram się tutaj opisać co konkretnie Nas spotkało...

Dnia szesnastego panował niemiłosierny upał. Nasza karaka szybko przecinała błękitną taflę wody, gnana wschodnim wiatrem. Wreszcie nadeszła jakaś zmiana po okresie bezwietrznym, co na Oceanie Ławicowym jest rzeczą rzadko spotykaną. Prawdziwe wilki morskie wiedzą jednak, że tak nagła zmiana nie wróży nic dobrego. Na zachodzie pojawiły się małe chmurki, ciśnienie nagle zaczęło się podnosić. Cała załoga z niepokojem wpatrywała się w niebo. Strefowy wiatr coraz bardziej się wzmagał. Mijały długie minuty. Grotmaszt wyginając się spychał Nas z kursu na południowy zachód wprost ku wybrzeżom Solardii. Zaczęliśmy płynąć niebezpieczną parabolą. Robiło się coraz ciemniej. Na twarzach marynarzy i zakonników malowały się strach, oraz niepewność. Pierwszy oficer, do tej pory spokojny, a nawet lekko ospały wydawał mi się coraz bardziej zdenerwowany. Jego komendy stały się nerwowe i nieskładne. Minęła godzina. Na zachodzie całkowicie się ściemniło. W oddali z potężnych już grzyw fal wynurzył się jakby potwór, niesamowity żywioł, łącząc wodę z chmurami ogromnym wirem, jakoby sam Bóg Ojciec zamierzał właśnie stoczyć walkę z Szatanem ukrytym w bezkresnych głębiach oceanu. Nasze serca ścisnęła trwoga. Uczucie, które odczuwa każdy marynarz od wieków, kiedy obcuje z potęgą natury. To wyzwanie jest jednakowe od wieków. Jednakowo przeraża, jednakowo fascynuje. W końcu to tajfun.

Ciśnienie z każdą sekundą stawało się coraz wyższe, a powietrze zaroiło się od ostrej woni wilgoci. Fokmaszt był napięty do granic wytrzymałości. Moje komendy były tłumione rykiem fal i szumem zbliżającego się tajfunu. Zbaczaliśmy coraz bardziej z kursu. Rozkazałem zwinąć wszystkie żagle. Woda zaczęła wdzierać się na pokład. Pięciu marynarzy przy sterze próbowało zachować pozycję. Bez skutku. Egipskie ciemności spowiły otoczenie. Niebo przecinały błyskawice, rozświetlając nasze twarze bladym blaskiem. To potęgowało jeszcze naszą zawziętość i pompowało nasze mięśnie adrenaliną. Karaka skakała na falach niczym zabawka w rękach samego Belzebuba. Tajfun wreszcie nadchodził. Czułem to po potwornym ryku. Cały pokład skrzypiał i trzeszczał pode mną. Wiedziałem, że za chwilę zostaniemy zgnieceni jak łupina od orzecha przez potężny, nieznający litości żywioł. To były ostatnie minuty. Nagle wszystko nieco przycichło. Jeszcze jeden błysk rozświetlił ocean. Wyglądając za burtę widziałem na jego środku kilkunastu śmiałków walczących o życie z niezwyciężoną siłą wody. Obróciłem głowę i ujrzałem maszt zginający się jak zapałka, poczułem jakbym unosił się do góry. Jakieś białe, olśniewające światło zabłysło mi przed oczami. Gorzało coraz promienniej. Rozległ się długi przeciągły grzmot, jakbym spadał z wielkich, niekończących się schodów. Gdzieś u ich dna runąłem w mrok, nakryty zimną, wodną pierzyną. Moje ostatnie spojrzenie padło na załzawionych, błagających Boga o miłosierdzie, marynarzy, którzy ostatkiem sił zdołali przywiązać się do masztu. Tyle jeszcze pamiętam. W tamtym momencie straciłem przytomność.

Kiedy się ocknąłem miałem nad sobą błękitne niebo. Sponiewierany i przemoczony wstałem przytrzymując się resztek poręczy od schodów. Wciąż znajdowałem się na karace "De Maykowski", a jednak miałem wrażenie jakby było to cmentarzysko. Po całym pokładzie walały się strzępy statku, resztki zaopatrzenia, oraz ciała tych, którzy odeszli do Domu Pana za sprawą tajfunu. Wszedłem na mostek. Pierwszy oficer dojrzawszy mnie posadził rannego zakonnika i zdał raport o stanie okrętu, oraz załogi. Straty były ogromne, a po znamienitej Armadzie Zakonnej pozostały tylko ochłapy w postaci uszkodzonych trzech karak i dwóch karawel. Ocean pochłonął połowę vandalskiej floty. Tyle ludzkich istnień spoczęło w mrocznych głębinach. Okazało się, że prądy zepchnęły Nas niedaleko wschodnich wybrzeży Solardii. Zdesperowani postanowiliśmy przybić do brzegu i na pozostałych Nam szalupach zejść na ląd w celu uzupełnienia zapasów żywności i wody pitnej. Wkrótce wyruszymy ku Porto Leonor. Stan naszej Armady nie pozwala nam na nieprzerwany rejs ku Nowej Katalonii. Na miejscu postaramy się naprawić uszkodzone okręty i kontynuować tą jakże tragiczną wyprawę.

Don Juan Dagobard de Maykowski
Książę Vandalii
Wielki Mistrz Zakonu Rycerzy Chrystusowych Ziemi Vandalskiej