Tajemnica Kellera I
Arkadij Magov, 22 grudnia 2007
Był chłodny wrześniowy wieczór. Życie w Wandystanie biegło jak na tę porę roku wyjątkowo szybko. Może dlatego, że sporo się działo w polityce? Może dlatego, że gospodarka powoli podnosiła się z czerwcowego upadku? Może dlatego, że jeszcze było ZA ciepło jak na tę porę roku? Może... Jego to nie obchodziło.
Siedział na cholernie niewygodnym fotelu i obserwował mały kawałek papieru leżący na jego biurku. Spokojnie zdjął okulary, odłożył je na biurko, aby po chwili przetrzeć zmęczone po nieprzespanej nocy resztki oczu. Nie był zdenerwowany, ani zły. Jego profesja wymagała nerwów ze stali, wyzbycia się emocji i bezgranicznej lojalności. Trudno było wzbudzić na jego twarzy jakikolwiek nerw mogący wskazywać na odczucie jakiejś emocji.
Ponownie przetarł twarz, a po chwili założył okulary i westchnął. Na biurku poza przyborami i berettą 9 mm z tłumikiem leżała tekturka z napisem. Mimowolnie go przeczytał: „Aleksander Keller – Szef Służby Bezpieczeństwa MW”. Tia... Uśmiechnął się nieco cynicznie i spojrzał na papierek. Dopiero teraz dostrzegł na nim małą czerwoną plamkę. Krew? Tak. Łatwo poznać. Po tylu latach...
Ponownie odetchnął i wziął kartkę do siebie. Plamka na papierze to pierdoła. Pomoże co najwyżej ustalić nadawcę wiadomości. Bardziej zastanawiała go jej treść. „Howaj xiencia. Koń pendzi drogom i sra pot siebię.”. Wiadomość czytelna? Tylko na pierwszy rzut oka. W ogóle nie miał pojęcia o co biega, kto jest nadawcą kartki i po ki kefas mu ją przyniesiono.
Nigdy w życiu, jak wtedy, tak bardzo nie żałował, że SB w całej procedurze rekrutacyjnej nie uwzględnia kryterium „ortograficznego pisania”.
Znał różne szyfry, ale ten go rozpierdalał, bo ni chuja nie dało się go rozszyfrować. No nic. To nie jego problem. Wiedział przecież, że go już nie będzie.
Podniósł się z miejsca co poskutkowało przeciągłym skrzypnięciem fotela. Wstając odruchowo chwycił berettę i wykręcił tłumik. Uwielbiał go. Przy sprzyjających warunkach wystrzał z wyciszonej tłumikiem beretty był słyszalny jak pierdnięcie komara z odległości 2 km.
Powoli podszedł do okna omijając ostrożnie leżące na ziemi ciało. Nawet nie spuścił na nie wzroku. Nie jego to biznes. Patrząc przez okno w milczeniu nagle uświadomił sobie, że ktoś za nim oddycha. Poza uświadomieniem sobie tego nie zdążył już nic zrobić.
Rodzyny
Komentarze
Arkadij MagovERRATA (khandziu popraw jeśli możesz)
JEST: "No nic. To jego problem. Wiedział przecież, że go już nie będzie."
POWINNO BYĆ: "No nic. To nie jego problem. Wiedział przecież, że go już nie będzie."
Prawda, że jest różnica?
Zenek Łod BenkaCiekawy tekst :)
Aborcjusz StruszynskiKrótko i się czyta. Gratul.
Ivo Danuta Karakachanow Śrładny tekst:)
Daniel RawińskiFajny tekst, dramatyczny :)
Aleksander KellerTekst literacko bardzo ładny, jednak nie ma nic wspólnego z rzeczywistością - każdy kto wchodzi do gmachu SB w Genosse jest prześwietlony do 3 dziadka wstecz, także o zamachu nie ma mowy. Tym bardziej jeżeli chodzi o dywersje, bo ortografii nie sprawdzamy, za to postawę legalizmu, ślepej lojalności i miłości wobec ustroju socjalistycznego, Ukochanych PrzyWódców, Drogiego Lidera i takie tam pierdoły...
Arkadij MagovGeneralnie ośmielę się zauważyć tow. Keller, że:
a) nigdzie nie jest powiedziane gdzie rozgrywa się akcja
b) kim jest bohater
c) nikt nie mówi o zamachu
d) mam zamiar napisać kilka części - zamach byłby zbyt prosty, nie miałbym wtedy o czym pisać kolejnych ;)- [żeby komentować zaloguj się]



