Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

R.Czekański, "Cytadela" odc. 1

Raul Urban III, 15 kwietnia 2008


Dokonuję przedruku, bo to kolejne dzieło literackie Czekana które warto zauważyć.

Od autora:
Moi drodzy! Postanowiłem ożywić nieco Bramę Sarmacką prezentowaniem w niej swojej nowej, opartej o sarmackie realia, powieści sensacyjnej pt. Cytadela. Jestem pewien, że znajdziecie w niej wielu swoich ulubionych bohaterów. Zbieżność nazwisk i sytuacjinie jest przypadkowa. Działałem z premedytacją i w afekcie. Zapraszam Was na pierwszy odcinek Cytadeli i proszę w komentarzach do niego o wszelkie uwagi, sugestie (pomysły co do rozwoju akcji) i konstruktywną krytykę.

-----

Niedzielny poranek w domu Koniasów nie różnił się niczym od wszystkich innych niedzielnych poranków w ich domu. Sypialnia pachniała snem, dzieci radośnie hałasowały, dopiero co obudzone, przekrzykując się wzajemnie i opowiadając co im się śniło. Edyta z uśmiechem przeciągnęła się w łóżku i spojrzała na męża.

- Dzień dobry Krzysiu - gorący pocałunek na lekko nieogolonym policzku wyrwał Prezesa PASI z zamyślenia.
- Programujesz, a miałeś tego nie robić - z udawanym wyrzutem powiedziała Edyta.
- Wybacz kochanie, tak sobie myślę... jak spałaś?
- Dobrze, wiesz jak dobrze wpływa na mój sen Twoja obecność. Jestem jednak diablo głodna.
- Już, już, idę zrobić jajecznicę.

W tym momencie sielankowy obraz przerwał płacz dzieci i przerywany łkaniem krzyk - Mamo, maamo, w telewizji nie ma Teleranka! Krzysztof Konias zerwał się z łóżka i pobiegł do jadalni. Rzeczywiście zamiast kolorowych obrazków i dziecięcych piosenek na ekranie telewizora widać było ubranego w polowy mundur wojsk KSZ Kanclerza Czekańskiego. W tym momencie rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Danielek, sześcioletni syn Koniasów pobiegł by otworzyć drzwi. Kiedy to uczynił stanął jak wryty - Witaj maluszku, jest tatuś? - sprzed drzwi rozległ się zimny i nienaturalny głos.

Krzysztof nie czekał dłużej. Podszedł do uchylonych drzwi i zobaczył dwóch, ubranych w czarne, długie skórzane płaszcze osobników z przyciemnianymi okularami na nosach. Szybkie machnięcie bliżej niezidentyfikowaną odznaką i mrożące krew w żyłach słowa - Pan pójdzie z nami panie prezesie. Proszę się nie obawiać.

Piętnaście minut jakie otrzymał na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy wykorzystał na pożegnanie z żoną.

- Edytko, pamiętaj, cokolwiek się stanie ja zawsze będę cię kochał. I nie martw się, pewnie jeszcze dziś wrócę.
- Dokąd cię zabierają? Dlaczego? - łzy płynęły po twarzy żony.
- Nie wiem, to gwardia Czekańskiego, coś się popieprzyło...muszę już iść, dbaj o nasze skarby.

Konias ucałował kolejno swoje pociechy - najmłodszą Gosię, Danielka, oraz najstarszego Maciusia. - Opiekujcie się mamą, kocham was. Ostatnie pięć minut zamierzał porozmawiać z Skarbnikowem. Kiedy wybrał jego numer w telefonie usłyszał jedynie szybki sygnał nieczynnej linii. Zimny pot wystąpił na kark. Podszedł do drzwi. Kilka minut później jechał już czarną limuzyną Namiestnikov One w kierunku pałacu Rady Ministrów.

W wielkim gabinecie z oknami wychodzącymi na park i kanały rzeczne były tylko trzy osoby. Książę Piotr Mikołaj zajmował centralne miejsce, obok siedział Kanclerz Czekański, a pod oknami przechadzał się szef służb bezpieczeństwa Mateusz Cezar. Drzwi do gabinetu otworzyły się i stanął w nich Prezes PASI.

- Siadaj Krzysiu... - słodkim głosem rzucił Książę.
- Musimy pogadać... - dodał Kanclerz z chytrym uśmiechem.
- O Twoich wakacjach w naszym kurorcie. - zimny głos Cezara zakończył sielankę.
- Krzysztofie Konias, w imieniu Kontrrewolucyjnej Ochrony Narodu, w skrócie KON, zostałeś uznany wrogiem Narodu Sarmackiego i skazany na osadzenie w Cytadeli Grodziskiej. O dalszym twoim losie zdecyduje Trybunał Honorowy. Czy chcesz coś powiedzieć?
Konias przyglądał się przez chwilę twarzom Trójki a następnie cichym szeptem rzucił - Walcie się na ryje szuje!

Szyderczy śmiech Cezara odbił się echem po pomieszczeniu - Zupełnie jak Skarbnikow. - zataczając się ze śmiechu podszedł do drzwi i wpuścił swoich ludzi - Zabrać go. - w rozkazie nie było już cienia śmiechu.

- Myślisz, że dobrze robimy?
- Oczywiście, a co? Spękałeś?
- Nie, nie o to chodzi. Po prostu znam ich tyle czasu...
- Daj spokój, za chwilę by Cię zdjęli z fotela, wyrzucili na ulicę, byłbyś nikim. Nie możemy na to pozwolić.
- Masz rację, dzięki że mnie w porę ostrzegłeś. Chodź, zjemy coś dobrego, w sumie to niedzielny poranek i czas na jajecznicę.
Książę z Kanclerzem wstali i udali się do pałacowej kuchni. Cezar poszedł za nimi, wiedział, że uczestniczy w czymś wielkim, w tworzeniu się nowego sarmackiego porządku. A on będzie jego ikoną. Nareszcie. I dobrze zje. Lubił kanclerskie jajecznice.

[cdn...]

Rodzyny

Komentarze