Jutrzenka - przypowieść o życiu Janusza Żenady
Marceli Baldachim Khand, 13 listopada 2005
Przedwojenna Sarmacja pełna była: anarchistów, adwokatów,
akwizytorów, arystokratów, buchalterów, burżujów, cyklistów,
chłopów-rojalistów, drobnych rzemieślników, ekonomów, finansistów,
graczy giełdowych, hazardzistów, inteligentów, imperialistów,
junkrów, kapitalistów, księży, liberałów, łososiożerców, magistrów,
monarchistów, masonów, ministrów, ministantów, neokonserwatystów,
notariuszy, obszarników, oportunistów, prywatnych przedsiębiorców,
profesorów, rabinów, rentierów, rewizjonistów, specjalistów od
marketingu, sobiepanów, szlachty, turystów, ultrakatolików,
utracjuszy, windykatorów, znachorów, żurnalistów... słowem pełna
była wszelkiego najbardziej reakcyjnego elementu antyludowego.
Słońce (zupełnie nie przejęte tą imperialistyczną zgrają pasożytów)
wstało nad Grodziskiem. Promieniem porannym łaskawie obdarzyło
wszelkie dzieło Świeckiego Kreatora Świata.
- Obdarzyło? Skandal! - pomyślał piesek scholandzki zwyczajem swym
czmychający szybciutko z przedmiejskiego folwarku barona Wieńsko.
Futerko gryzonia straciło neutralną szarość. Teraz przybrawszy
czarno-złote barwy (układające się odwiecznym zwyczajem w kształt
szachownicy) zdradzało intruza trzymającego w pyszczku cenną
zdobycz – tłustego indyka tropicańskiego, przeznaczonego pierwotnie
na Książęcy Stół. Noc, której chytry zwierzak był bezspornym
władcą dobiegła końca. Dzień skazywał ssaka na bezproduktywną
wegetację w ukrytej na rogatkach norce.
Siostra przełożona Zakonu Cygaretek przeklnęła po trzykroć poranek.
Lodowaty podmuch kościelnego powietrza, mając sobie za nic cienki
lniany habit, otulił (młode jeszcze) ciało służebnicy kościoła.
Beznamiętny dotyk zimna niczym nie przypominał niedawnych rozkoszy.
Muskularny ogrodnik doskonale wywiązał się ze swych obowiązków z
opactwie. Myśl o wiejskim chłopcu sprawiła, że siostrę przeszedł
(tym razem gorący) dreszcz. Przeklęte dzwony wybiły jutrznię, jak
co noc, o wiele za wcześnie.
Kostki bruku pełne obaw powitały świt. Dzień - początek
nieprzebranego potopu intruzów. Automobil narusza godność ulicy.
Bruk bruka brudny but buchaltera. Bose stopy robotnika wyciskają
piętno na Szkolińskim Przedmieściu. I tak aż do zmierzchu. Elity i
motłoch. Witryny z sukniami po tysiąc libertów, obok dzieci
pozbawione opieki dentystycznej. Arystokrata karmiący wierzchowca
cukrem - cukier po libert czterdzieści. Drogie restauracje i
porzucone resztki z pożądaniem pożerane przez bezdomnych. Zapach
dreamlandzkich perfum zmieszany w idealną całość z fetorem
rynsztoka. Dźwięki hymnu Czadu współgrające z kapelą zza Narwi...
Kostki bruku pełne obaw powitały świt!
Blask nieśmiało zapukał do malutkiego okienka kamienicy czynszowej.
Nieśmiało, bo lukarna ukryta gdzieś na poddaszu straszyła brudem,
zaciekami podłej cieczy, mieszaniny wody i dymów fabrycznych.
Promień przecisnął się przez industrialną barierę i zaświecił
prosto w oczy mężczyzny.
Janusz Żenada szybko zerwał się ze słomianego posłania. Włożył na
siebie siedlisko pcheł ociekające lepkim potem, które w latach
świetności nazywane było uniformem fabrycznym.
Zjadł śniadanie. Czerstwy chleb. Dwa ugotowane ziemniaki. Gruby
plaster żółtego sera. Ser był wyśmienity.
Ta barwa! Złoto tak szczere, że nie powstydziłby się go nawet
bajecznie bogaty sułtan Precelkhandy. Ten sam, o którym wieści
kumoszek z Athos niosą, że jada wyłącznie na talerzach lśniących
drogimi kamieniami, używa kąpieli w winnickim szampanie, żony z
haremu obdarza strojami ekorzyńskich projektantów a zagranicznych
gości potrafi (ot tak, proszę jaśnie pana) obsypać dwoma tuzinami i
jednym talarem, z których każdy wart jest nie mniej niż dziesięć
procent z tysiąca libertów.
Ser. Prawdziwy skarb. Janusz zdobył trzydzieści deko wczoraj na
Starym Mieście. Całkiem darmo (a w sklepie kosztuje dziewiętnaście
pinów za kilogram).
Szedł ulicą. Ujrzał zbiorowisko ludzi. Weseli, ubrani w mundury.
Pewnie ci od hetmana. Już on takich zna. Spiją go, a rano obudzi
się (jako ochotnik) na pokładzie pancernika Kefas - kurs
Internetia.
Brak biało-czerwono-niebieskich barw. To nie wojsko.
Przyjazny transparent: "Pracy i chleba". Kilka kroków bliżej -
sztandar czerwony. Janusz z trudem wydukał: "Wszechsarmacka
Komunistyczna Partia (bolszewików)". Kobieta o rysach Łotysza,
studentka, pewnie zza granicy, wręczyła ulotkę. Poklepała po
ramieniu.
- Jestem z Wami towarzyszu. Głodni pewnie jesteście. Poczęstujcie
się grochówką.. Nie mamy dużo ale tym co mamy dzielimy się. Tak
każe Wanda. Weźcie sobie mleka, sera.
Wziął. Ser był wyśmienity.
Srebrna taca księcia Sarmacji rozbiła się z hukiem o drzwi.
Kryształowy kielich z resztkami whisky roztrzaskał się o złotą
klamkę. Kawior ociekał powoli po drewnie mieszając się z łososiem.
Nie lepiej miały się: parmeńska szynka, awokado, ananas, jaja
kukuła inkaskiego, deserowy marcepan i oliwki.
- Do stu tysięcy wielkich elektroników - książę zaklnął szpetnie -
zapomniałem wyzerować Syriusza!
Janusz, tego dnia pracował szesnaście godzin. Dokręcał śruby w
samochodach marki Innuendo.
Produkcja seryjna. Model Khand-126 palił dużo. Silnik (nie wiedzieć
czemu umieszczony w bagażniku) szwankował po przejechaniu raptem
pięciu tysięcy mil wirtualnych. Cena wcale nie najniższa. Mimo to
automobil schodził jak świeże bułeczki. Ostatnio dodano w
podstawowym wyposażeniu koło zapasowe. Konkurencja wyśmiała ten
pomysł. "Piąte koło u wozu&" - drwili. A jednak znów strzał w
dziesiątkę! Klienci uwielbiali Innuendo. Jedna wariatka kazała
nawet przenieść silnik Precelika do bagażnika swojej limuzyny.
Janusz Żenada zakończył pracę. Zmęczony, odebrał tygodniową
wypłatę. Libert dwadzieścia pięć. Kamienicznik ściągnie z tego
trzy ćwierćlibertówki. Za pięćdziesiąt pinów Janusz z trudem zwiąże
koniec z końcem.
Pytany po latach, czemu tam się znalazł, Żenada odpowiada bez
zastanowienia, po żołniersku:
- To Duch Świecki.
- Janek od rana był zupełnie nie sobą - relacjonuje Jan Borys,
robotnik fabryki Innuendo - Szliśmy z chłopakami na drugą zmianę...
prawda... Patrzymy Janek taki zamyślony czy coś... wyjął taką
ulotkę tego... kapeesu co to ją dostał dzień wcześniej,
że spotkanie jakieś czy coś. Mówi... prawda... że po robocie tam
pójdzie czy coś... no i poszedł zdaje się. To... od razu
było widać, że coś z tego będzie. A potem my wszyskie chłopaki na
fabryce takie dumne czy coś, że on taki sławny, że poseł do tej
rady książęcej... prawda... że bohater ludu.
- Powiedział mi: „Marysiu idę wieczorem na spotkanie. Wiem, że tak
trzeba” – wspomina Maria Krochmal (w latach 1927-1931 pracownik
Korporacji Innuendo, od 1929 działaczka KPS, kurier Sarmackiej
Armii Ludowej w latach 1941-1944, w latach 1945-1956 kwiaton
Churału Ludowego Sarmackiej Republiki Ludowej) - Janusz był zawsze
szarmancki, ułożony, grzeczny. Tego dnia aż promieniował wewnętrzną
radością. Jakby nam wszystkim chciał wykrzyczeć: "Nadchodzi
wolność! Ludu zrzuć kajdany! Koniec z wyzyskiem! Socjalizm albo
śmierć!".
Wanda miał zjawić się o dziewiątej wieczorem. Komuniści
przepełnieni Duchem Wszechczasu gromadzili się w lokalu KPS już od
kilku godzin.
Przestronna, mroczna, pełna papierosowego dymu sala na co dzień
pełniła funkcję karczmy. Zresztą także teraz większość obecnych nie
była bolszewikami. Kilku robotników sączyło piwo po pracy. Panienki
lekkich obyczajów (z których każda uważała się za aktorkę,
piosenkarkę a w najgorszym wypadku za artystkę) wyszukiwały
wzrokiem sponsora ich (aktorskiej, piosenkarskiej a w najgorszym
wypadku artystycznej) kariery. Kelnerki biegały z tacami
uginającymi się pod ciężarem podłych alkoholi. Bramkarze wyrzucili
od czasu do czasu pijanego kloszarda. Typowy Grodzisk lat
dwudziestych!
Obecność bolszewików zdradzała jedynie rozstawiona, prowizoryczna
scena przybrana w czerwone barwy.
Właścicielem karczmy był baron Bonawentura Winnicki. Bajecznie
bogaty. Cóż z tego, skoro dorobił się na szmuglerce ze Scholandii w
latach prohibicji. Pierwszy lepszy rodowy szlachcic bez liberta w
kieszeni, który kłaniał się w pas Winnickiemu (kiedy przyszło
pożyczać pieniądze) w głębi duszy pamiętał, że dziadek barona
odrabiał pańszczyznę pod batem jaśniepana.
Winnicki zjawił się w karczmie. Nie lubił bolszewików. Brzydził się
nimi. Kochał za to doglądać interesu a zebranie KPS przyciągało z
tygodnia na tydzień coraz więcej gości - ubogich ale skłonnych
oddać ostatni pin baronowi w zamian za kefasolitr zjełczałego piwa.
Bonawentura zasiadł w loży (na uboczu). Towarzyszyła mu młoda
gwiazda kina niemego. Atrakcyjna ale zapomniana nieco, odkąd weszły
filmy z dźwiękiem. Winnicki obejmował dziewczynę prawą ręką dość
jednoznacznie. Lewą dłonią masował udo dwudziestokilkuletniego
chłopca. W trójkę bawili się doskonale.
- Komuniści to żadne zagrożenie - Winnicki uśmiechnął się do
aktorki - to tylko nieznośni marzyciele, których z łatwością da się
ukrócić. Pamiętasz jak było w suodowacami. Stępowicz wszedł do rady
książęcej, dostał dobrze płatną posadę i Tir na Drog odwidział mu
się z dnia na dzień.
- Wanda jest mocno przystojny - gwiazdka zatrzepotała rzęskami.
- Boni - odparł młodzieniec patrząc prosto w oczy barona zupełnie
ignorując aktorkę - masz trochę racji, co innego krzyczeć na wiecu
a co innego zasiąść w ławach rządowych... ale widzisz, bolszewicy
to jednak co innego. Słyszałem, że ten ich Wanda, to człowiek w
pełni oddany sprawie, prawdziwy ideowiec. Mówiłem ci, że moja
kuzynka miała wesele. Mąż w KPS, więc zjawił się Przepżechowicz.
Impreza przednia. Goście pili na umór. Zabrakło wódki. Pan młody
przerażony. Co to za wesele, na którym brak alkoholu. Udaje się
więc po radę do Wandy. Przepżechowicz spokojnie każe mu postawić na
stole butelki z wodą mineralną. Pan młody posłusznie wykonuje
polecenie. Przepżechowicz wstaje. Zaczyna przemawiać do gości. Z
jego słów bije niesamowity blask. Wyobraźcie sobie, że w pięć minut
przekonuje stu pięćdziesięciu pijanych biesiadników o szkodliwości
spożywania alkoholu. Wesele trwa do rana. Klimat niesamowity.
- A słyszałeś co zrobił tym ze skarbówki...? - opowiadanie wyraźnie
zaciekawiło aktorkę - Wanda przemawiał na spotkaniu naszych
związków zawodowych w Coyaba Pictures. Ktoś musiał donieść bo
przyjechał czarny, rządowy Fenix z którego wyszło czterech drabów w
dobrze skrojonych garniturach. Pytają się Wandy czy jego zdaniem
należy płacić podatki. Tako rzecze Wanda: "Przewrotność wasza jest
jak wąż wyzysku. Dajcie mi banknot dziesięciolibertowy". Dali.
Przepżechowicz wręczył w zamian cztery bilety na mecz piłki
wirtualnej. "Zaprawdę powiadam wam", dodał, "Idźcie na mecz i nie
grzeszcie już więcej przeciw Ludowi. Zwróćcie uwagę także na V-
Semiego bo sławne będzie jego imię". Urzędnicy skorzystali z okazji
bo bilety kosztowały u koników o wiele drożej.
Janusz Żenada pełen nadziei przekroczył próg lokalu Komunistycznej
Partii Sarmacji.
- W trójkę zwiedzimy każdy zakątek Leblandii - rozmarzony Winnicki
dawno już zapomniał o politycznej dyspucie - Te niesamowite zachody
słońca, stada kukułów inkaskich latające nad sawanną, bawół
baridajski z impetem gnający przez bezdroża, powietrze przepełnione
symfonią zapachów...
Baron podniósł kieliszek szampana wznosząc toast:
- Za Leblandię
- Za Leblandię - odpowiedzieli radośnie.
Na podium zjawił się postawny mężczyzna. Zenon Przepżechowicz.
Wanda.
Postać Jego górowała nad Grodziskiem. On - Posąg Wszechczasu,
którego imię zostanie zapamiętane przez pokolenia pokoleń
przemawiał nie do tłumu, nie do motłochu jak Książę - lecz z
ojcowską czułością do każdego z obecnych z osobna.
- Miałem sen - rozpoczął - Ujrzałem osadę Acjo skrytą w gąszczu
historii. Pramatka sarmackich grodów tętniła życiem. Rolnik dzielił
się plonami ziemi z drwalem, który dostarczał mu co rok drewna.
Hodowca owiec z chęcią oddawał wełnę korzystając z hojności
pozostałych mieszkańców. Rybak pozwalał cieszyć się wszystkim
codziennymi połowami. Starożytni Acyjczycy sprawiedliwie
wymieniali się owocami swej pracy. Byli szczęśliwi.
- Pewnego dnia - twarz Wandy przybrała wyraz zaniepokojenia i
troski - do osady na czarnym, wychudłym koniu (niczym śmierć
przybywa do starców) wjechał mężczyzna. I jak zaraza usidla ciała,
tak on zdobył panowanie nad duszami acyjczyków. A imię jego było
Kapitalista.
Towarzysz Przepżechowicz zrobił pauzę by po chwili kontynuować:
- "Staruszko czym się zajmujesz?" - zapytał Kapitalista
przewrotnie. A kiedy usłyszał odpowiedź, natychmiast dodał - "Po
cóż masz trudzić się, by kupić buty na zimę? Przecież szewc, który
sam ma własny drób nie chce jajek twoich kur. Musisz więc iść do
drwala i kupić drewno, a za drewno nabyć upragnione trzewiki".
Przyznała mu rację. Przemawiał więc do wszystkich, tłumacząc jakie
niedostatki wynikają z wymiany towaru za towar. Usłyszawszy to
acyjczycy prosili o radę. Kapitalista pokazał im bezwartościowe
kawałki papieru. Nazwał je banknotami. Namówił mieszkańców Acjo by
oddali mu wszelkie produkty a w zamian otrzymali pieniądze. Teraz w
każdej chwili mieli wymieniać u niego banknoty na potrzebne
produkty.
Każdy poczuł, że wzrok Wandy skrzyżował się z jego wzrokiem.
Przepżechowicz przyciszył głos:
- Nadeszła noc. Rano mieszkańcy Atos zbudzili się. Szukali
Kapitalisty ale nie było po
nim śladu, podobnie jak po owocach ich wielomiesięcznej pracy.
Pozostały bezwartościowe świstki papieru.
Spotkanie KPS zakończyło się sukcesem. Tłum wiwatował na cześć
Wandy. "Śmierć kapitalistom" - dało się słyszeć - Obalmy
monarchofaszystowski rezim Księcia - Towarzysz Przepżechowicz
wiedział, że każdy z obecnych odtąd wiernie będzie walczył u jego
boku. O Pokój v-światowy. O równość. O socjalizm.
- Nadal uważasz, że możecie ich ukrócić? - zapytał z przerażeniem
kochanek Bonawentury Winnickiego.
Baron z pogardą machnął ręką.
Życie Janusza Żenady odmieniło się.
Słońce (przepełnione Duchem Wszechczasu) wstało nad Grodziskiem.
Promieniem porannym łaskawie obdarzyło wszelkie dzieło Świeckiego
Kreatora Świata.
Piesek scholandzki z radością przeżuwał ostatnie kęsy sytego jak
nigdy indyka.
Młoda kobieta w rozpuszczonych włosach pełna uwielbienia całowała
swojego mężczyznę. Jej pożądliwy wzrok zdawał się zaprzeczać, że
jeszcze wczoraj była przełożoną Zakonu Sióstr Cygaretek. Wybrała
miłość zamiast nienawiści. Nie wiedziała, że za kilkadziesiąt lat
wraz z markizem Kowalczykowskim, późniejszym Ojcem Świeckim Sami
Urbanem I założy odbuduje Zgromadzenie w duchu wandejskim.
Kostki bruku pełne nadziei powitały Jutrzenkę Postępu.
Rodzyny
Komentarze
Aleksander KellerPo prostu Pierwyj sort
Takaris AltharinWspaniałe! Powiem więcej: monumentalne! A ten sułtanat Precelkhandy będę musiał opisać w "Kurierze". Tak samo jak żywot Bonawentury Winnickiego :D
Swoją drogą, to chyba lepiej byłoby dać to w formie kazania na LD albo opublikować w Kurierze. Jakoś średnio mi pasuje zamieszczanie przypowieści w Bramie... Pamiętajcie, towarzyszu, że mamy wolność wyznania. Taka publikacja w oficjalnym medium może zostać odebrana jako prowokacja ;)
Marceli Baldachim KhandCzekam na opinie Ojca Swieckiego Sami Urbana I.
Marceli Baldachim KhandKomentarz...
Marceli Baldachim KhandCos mi sie pomylilo. Dziekuje za pozytywne komenty tow Kellerowi i Asmodeuszowi
Marcin AntczakPodobało mi się to opowiadanie, mimo że nie jestem koneserem socrealizmu. Gratuluję inwencji, Szanowny Towarzyszu Krupiński!
Defloriusz Dyman WanderCudowne! Uczta lingwistyczna! Publikować dalej!

Kiedyś świetnie potrafiłem układać klocki lego. Niestety z wiekiem mi przeszło. Teraz odnosze wrażenie, że mój kunszt układania klocków przeszedł na Towarzysza w postaci układania literek.
Krzysztof KowalczykowskiFenomenalne! Bez wątpienia tekst ten wejdzie do oficjalnego spisu tekstów kanonicznych! Poza tym po niewielkich przeróbkach będzie fantastycznym scenariuszem filmowym! :D
Paweł SzerminskiWyśmienite towarzyszu! Przeczytałem z ciekawością.
Michał MichaelusWreszcie znalazłem czas na lekturę tekstu. I muszę stwierdzić, że nie był to czas stracony. Do redaktora Altharina: jeśli to opowiadanie znalazłoby się tylko na LDMW na pewno postarałbym się o opublikowanie tekstu w Bramie.
Takaris AltharinEkhm... Ci dzisiejsi dziennikarze! Zero szacunku dla wyższych w hierarchii! :P
A tak na serio: nawet wtedy to by lepiej wyglądało (jako przykład rozwoju religijności Wandystanu) niż bezpośrednia publikacja w Bramie... Chociaż chyba za bardzo się czepiam :)
Krzysztof BojarNa prawdę przepiękne opowiadanie, wielkie wyrazy uznania dla kunsztu tow. Mandragora. Sam chciałbym pisać takie teksty...
- [żeby komentować zaloguj się]



