Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Kres wszystkich kresów odc. V

Raul Urban III, 11 stycznia 2015


•••••

- Panie Prezydencie, wszystko jest gotowe.
- Idę.

Tow. Pupka w przepoconym mundurze lekko chwiejnym krokiem przeszedł przez drzwi i korytarz oddzielające jego gabinet od kolejnych drzwi, prowadzących do sali konferencyjnej. Nowy, bogaty wystrój obficie korzystał z barw żółto-czerwonej flagi narodowej, choć w ciemnokrwistej i złotej aranżacji miały one raczej imperialny niż ludowy wydźwięk. Prezydent, podtrzymywany przez adiutantkę w krzywo zapiętej bluzce, z ulgą opadł na miękko obity fotel u szczytu stołu. Niedbałym ruchem odsunął podsuwany mu przez nią program obrad i przesunął wzrokiem po siedzących dookoła oficjelach. Pomimo niedbałego sposobu bycia Drogiego Lidera, żadne z nich nie pozwoliło sobie na choćby myślowy komentarz – wszyscy wiedzieli, że pozory mylą, a pod zepsutą hedonizmem aparycją kryje się niezwykle niebezpieczny skurwysyn. Siedzieli na baczność, czekając na rozpoczęcie obrad Rady Komisarzy Ludowych.

- Dobrze, na początek. Komisarzu Kura, bardzo proszę o podsumowanie akcji ewakuacyjnej przemysłu z Precelii Wschodniej i Perunary.

Świeżo upieczony Komisarz Ludowy ds. Gospodarki, przydzielony jako jeden z załączników do umowy z nowymi przyjaciółmi z północy, poluzował krawat (jeszcze nosił się po sarmacku) i przystąpił do referowania. Było jasne, że Pupka nie zwraca na jego słowa uwagi – poświęcił się studiowaniu twarzy pozostałych współpracowników.

Denerwował go drugi sort jakości, z którego musiał wybierać – wiele by dał, aby mieć przy sobie kogoś z dawnych towarzyszy. Problem polegał na tym, że byli nieco zbyt niezależni, żeby dać się zdominować, a z drugiej strony – za mało pragmatyczni, żeby zgodzić się na współpracę z KS. Jedynie S. D. Zwell pozostał po stronie władzy – choć ewidentna nerwowość wskazywała, że nie czuł się tu do końca swobodnie, i to pomimo że komisariat ds. kultury rewolucyjnej czynił go całkowicie neutralnym wobec samego konfliktu. Pupka przerwał swój myślowy monolog, po czym zdecydowanie przerwał mówcy w pół słowa:

- Dziękuję, towarzyszu Kura. Z waszego raportu jasno wynika, że wiele jest jeszcze do zrobienia i ewakuowania. W związku z kluczowym znaczeniem tej akcji dla wysiłku wojennego polecam Wam zajęcie się tym osobiście – odrzutowiec do Perunary czeka w Gagarinach.
- Ale… teraz?
- To wszystko, Towarzyszu Komisarzu. Bezpiecznej podróży.

Komisarz Kura chwilę jeszcze stał bez ruchu, kompletnie wytrącony z równowagi. Gdy dojrzał jednak minę Prezydenta, bez słowa schował notatki do teczki i pośpiesznie wyszedł sali. Zamknięte przez ochronę drzwi wytłumiły jego kroki na korytarzu.

- Skoro mamy to już za sobą, myślę że możemy naprawdę zacząć obrady. Liczę, że Komisarz ds. Wojny będzie miała coś ciekawszego do powiedzenia?
- Zdecydowanie. Nasza sytuacja na kontynencie…

•••••

Trzech żołnierzy w wandejskich mundurach przemykało się chyłkiem przez rzadki, liściasty zagajnik winnickich drzewek oliwnych. Gdyby nie zapadający zmrok, dostrzegłoby ich nawet dziecko – ale bez słońca ich za ciemne na tą roślinność mundury wreszcie zaczęły spełniać swoją maskującą rolę.

- Macie wodę? – zapytał nagle Żółtodziób. Miał na imię Dupencjusz Antracyt Wyprzeorski, jednak dla dwóch towarzyszących mu weteranów – Wasyla i Politruka - był tylko Żółtodziobem. Wymienili umęczone spojrzenia, po czym Wasyl westchnął i rzucił chłopakowi manierkę.

- Masz, weź całą. Co zrobiłeś ze swoją?
- Nie wiem. Chyba zmiótł mi ją odłamek przy którymś ostrzale. Lepiej ją, niż moje nerki, co nie? – zaśmiał się Żółtodziób.

Dwaj weterani znów wymienili spojrzenia, które jasno wskazywały, która opcja byłaby dla nich lepsza. Powoli zaczynali żałować, że – jako jedyni – zdołali wydostać się spod ostrzału i wycofać, w momencie gdy ich oddział został unicestwiony. Jeszcze bardziej – że po drodze zgarnęli młodego żołnierzyka z innej kompanii – całego, ale lekko ogłuszonego przez eksplozję. Nie mając konkretnego kierunku, gdzie mogli się udać postanowili iść w kierunku Winnicy – licząc na to, że po drodze uda im się wymienić mundury na ubrania cywilne i jakimś sposobem przedostać na kontynent. Nie wiedzieli, czy wokół stacji radarowych toczą się jakieś walki, ale nawet jeśli, to doświadczenie podpowiadało im, że szans na dołączenie do ściśle otoczonych towarzyszy nie mają zbyt wielkich.

Przykucnęli pod jednym z grubszych drzew, aby odpocząć i przejrzeć posiadane przedmioty. Doświadczeni żołnierze szybko poodkładali na bok to, co i tak im by się nie przydało – metalowe hełmy, postrzelane kamizelki kuloodporne, a na końcu, z pewnym wahaniem, cekaem Wasyla i karakachan Politruka.

- Porzucacie broń i kamizelki? Czy regulamin nie przewiduje za to kar? Zresztą – walić regulamin – myślicie że to się nie przyda?
- Słuchaj, żółtodziobie. - zaczął wykład Politruk - To dobra broń i wyposażenie – ale nie do przekradania się za liniami wroga. Jeżeli wpadniemy na wrogi patrol, to w walce i tak nas rozwalą. Nasza szansa to szybkie przemieszczanie się, bez zbędnego obciążenia. Dlatego wyskakuj ze zbroi, rycerzyku, i odłóż ten karabin. Weź bagnet, może się przydać…
- Ćśśś! – Wasyl przerwał Politrukowi. – Zdaje mi się, że ktoś się zbliża.
- Kurwa – drugi weteran zmełł w ustach przekleństwo i złapał ponownie karabin – Gdzie?
- W dupie! – wyraźny głos tuż obok nich poderwał ich na równe nogi.

Z cienia dookoła wyszło kilku żołnierzy w doskonale dopasowanych kamuflażach, trzymając trójkę niedoszłych zbiegów na muszkach krótkich pistoletów maszynowych...

Rodzyny

Komentarze