Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Podróże Ipanienki: Ébola

Halabanacha, 29 marca 2020


Istnieje w mikroświecie wiele państw egzystujących gdzieś na uboczu, z dala od wielkiej polityki i wydarzeń o charakterze globalnym. Te zapomniane przez historię kraje rozwijają się własnym, choć wolniejszym tempem. Ich historię chciałbym przytoczyć Towarzyszkom i Towarzyszom w moim autorskim cyklu "Podróże Ipanienki". W pierwszym odcinku nowej serii podróżniczej udam się do dawnej kolonii dreamlandzkiej na dalekim południu - Korony Éboli.

Port w Fort Tombond Port w Fort Tombond - fot. zb. wł.

Ébola (wym. "jebo la") to kraj trudno dostępny, do którego dostać się można wyłącznie drogą morską, cumując w Fort Tombond (wym. "fochtą bą") - jedynym porcie obsługującym ruch międzynarodowy i zarazem będącym stolicą Éboli. Przechodząc do kontroli paszportowej na lądzie można ujrzeć maszt, na którym łopocze flaga państwowa: zielono-złote pasy i flaga Dreamlandu w kantonie. L'ancienne gloire, dawna chwała, to przydomek ébolskiego sztandaru, którego wzór nie zmienił się od czasów kolonialnych. Być może nazwa flagi nawiązuje do tych dawnych, minionych czasów, gdy Ébola utrzymywała więź z metropolią i była otwarta na mikroświat.

Widok na Fort Tombond Widok na Fort Tombond - fot. zb. wł.

W Éboli nie ma infrastruktury turystycznej w naszym rozumieniu tego pojęcia. Nie ma hoteli, restauracji, kawiarni czy biur podróży. Na szczęście miejscowa ludność jest bardzo gościnna, jeżeli turysta posiada pieniądze przywiezione zza oceanu. W moim przypadku, z racji posiadania sporej ilości gotówki odłożonej z tantiem, gdy grywałem w wandejskich i dreamlandzkich klubach, próba przenocowania w pierwszym-lepszym domu za 50 dreamów zaprowadziła mnie do samego cesarza Korony Éboli.

Nie pamiętam, jak ten cesarz miał na imię, ale udostępnił mi jedno z pomieszczeń w swoim pałacu (jak na wandejskie standardy była to naprawdę porządna dacza), dzięki czemu mogłem w dość komfortowych warunkach objechać najciekawsze miejsca w kraju.

Co zwiedziłem i polecam do zwiedzenia?

  • targowisko rybne
  • ruiny twierdzy Fort Tombond
  • budynek poczty z epoki kolonialnej
  • pomnik bohaterów rewolucji 1975 (uzyskanie niepoległości)
  • pomnik cesarza Korony Éboli (miałem sobie zapisać imię tego cesarza, ale zapomniałem)

W Koronie Éboli spędziłem łącznie dwa dni, co jest czasem wystarczającym do głębokiego poznania tego państwa. Zapraszam Czytelniczki i Czytelników do zadawania pytań.

Rodzyny

Komentarze

  • Raul Urban III

    Jaki jest narodowa potrawa Korony Éboli?

  • Raul Urban III

    Jaka*

  • Halabanacha

    Słusznie! Jaki są narodową potrawą Korony Éboli.

  • Helmut Walterycz

    Czy w Éboli jeździ kolej?

  • Helmut Walterycz

    Czy Ébolianie importują jaki z Leblandii? Czy z Brugii?

  • Defloriusz Dyman Wander

    ryba z gównem!

  • Halabanacha

    Q: Czy w Éboli jeździ kolej? A: Kolei w wandejskim rozumieniu nie ma, ale w Fort Tombond jest sieć tramwajów konnych.

    Q: Czy Ébolianie importują jaki z Leblandii? Czy z Brugii? A: To bardzo ciekawe pytanie, na które nie znam odpowiedzi.

  • Helmut Pohl

    Ostatnio leciałem z 17 godzinną przesiadką w Éboli. Przez okno terminala spojrzałem na starca z osiołkiem, srającym na pas startowy, wymieniliśmy smutne spojrzenia, staruszek pokręcił głową i wyprowadził osła przez dziurę w płocie. To było najciekawsze wydarzenie wydarzenie tego smutnego dnia.

  • Alojzy Pupka

    Spotkałem kiedyś w podłym barze w Nowych Gołądkowicach (taka nadmorska dziura w połowie drogi między Sobczakowem a Stalinogrodem) przysadzistego typka, którego na początku wziąłem za brugijczyka. Żądał rumu, ale mieli tylko nalewkę z melona. Trochę kręcił nosem, jednak osuszył samotnie parę butelek. Dosiadłem się do niego. Skąd jesteś – zapytałem, mając w pamięci wykłady doktora Kellera o czujności wobec obcokrajowców. Coś zaczął sapać, mruczeć, bełkotać, po czym wydarł się na cały przybytek „GONG, GONG, GONG, GONG, JA IM KURWA DAM GONG”, złapał za leżącą w kącie wielką pałkę, pierdolnął nią z całej siły w drzwi wejściowe, które rozleciały się w drobny mak, po czym wybiegł. Szukałem go potem po całej miejscowości, bo zostawił na stole portfel, ale go nie znalazłem. W portfelu był paszport z Korony Éboli na nazwisko MESJE LABUL.

    Spotkaliście go tam może, towarzyszu? Wciąż mam ten portfel, a karta stałego klienta z kawiarni „Misio” w Wandopolu uprawnia do odebrania darmowej kawy.

  • [żeby komentować zaloguj się]