Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

"Nadleśnictwo w ogniu" - odc. 1 "Czarnolas Vice"

Michał Czarnecki, 13 października 2006


Czarnoleskie lotnisko było miejscem dość odludnym, mimo iż co chwilę
startowały i lądowały na nim samoloty. Gorzej było przy hangarach
prywatnych - tutaj mało kto się kręcił, samoloty wystawiano raz po
raz, zazwyczaj w godzinach wieczornych. Czasami jednak jakiś bogaty
właściciel wystawiał swój prywatny odrzutowiec i leciał w interesach
do innych miast.

Tak było i teraz. Lśniąco biały samolot stał na placu przed hangarem.
Słońce wściekle odbijało się od jego powierzchni. Wokół kręcili się
jacyś faceci, o śniadej cerze, w przylizanych do tyłu włosach oraz
czarnych, przeciwsłonecznych okularach. Wyglądem przypominali
alfonsów, którzy wyszli na miasto w celu pilnowania swych pracownic. W
pewnym momencie pod samolot zajechała czarna, pokaźnie opancerzona
limuzyna. Wolno podtoczyła się na wyznaczone miejsce, zatrzymała się a
z jej środka wyszło kilku facetów, którzy również wyglądali jak
stręczyciele. Pomiędzy limuzyną a samolotem stał stolik turystyczny i
dwa krzesła, z czego na jednym z nich siedział gruby, siwy facet, o
śniadej cerze. Ubrany był w cienką, różową koszulę i palił cygaro. Z
limuzyny zaś wysiadł żylasty, wysoki mężczyzna, w czarnym stylowym
garniturze i w czarnym golfie. Powoli w obstawie swoich alfonsów
podszedł do stolika i usiadł. Jeden z jego ochroniarzy podał mu
walizkę i położył na stole. Wysoki otworzył ją i pokazał zawartość
grubemu. Tamten sprawdził, czy wszystko się zgadza i przywołał swojego
goryla z walizką. Wysoki również sprawdził zawartość. Wszystko grało.

Sielankę interesów przerwał wystrzał z działa i eksplozja limuzyny.
Szarpnięta potężnym wybuchem uniosła się do góry, po czym rozpadła na
większe i mniejsze kawałki. Przerażeni mafiozi spojrzeli w miejsce,
skąd padł wystrzał i musieli przecierać oczy z wrażenia. Otóż po
betonowej nawierzchni, kilkaset metrów od nich powoli i spokojnie
sunął czołg. Z wieży wystawał jakiś facet w niebieskiej dżokejce,
który trzymał megafon.
- Dobra łajzy ! Po robocie ! Jesteście aresztowani, macie prawo się
poddać ! - krzyknął facet. Po czym schował megafon do środka czołgu.
- Dobra chłopaki, dajcie no jakąś muzyczkę - zakomenderował. Z
głośnika popłynęły pierwsze, zagłuszone kolejnym wystrzałem z działa
czołgowego. "Love... Love will tear us apart, again..." brzmiał tekst
piosenki.

Policjant wystający z wieży czołgu puszczał krótkie serie z ckm-u w
stronę mafiozów. Ci którzy odpowiadali ogniem gineli od razu.
Pozostali jakoś utracili wolę walki i poddali się. Nagle z nikąd
pojawili się uzbrojeni policjanci i aresztowali przestępców. Czołg w
końcu podtoczył się do miejsca wymiany. Gdy już się zatrzymał, z wieży
zszedł ów facet w niebieskiej dżokejce. Ubrany był w czarne sztruksy,
granatową bluzę i czarne adidasy. Powoli podszedł do dwóch pojmanych
mafiozów i patrząc im w oczy z wrednym uśmiechem powiedział im, że "są
aresztowani", po czym wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego.
- Kim ty kurwa jesteś? - zapytał gruby z wyraźnym, baridajskim
akcentem.
- Jestem komisarz Pluta. Roman Pluta.

Gmach Komendy Miejskiej Policji w Czarnolesie był budynkiem dość
potężnym, wybudowanym w stylu pseudosecesyjnym. Na parking pod nim zajechał
czarny ford focus, z którego wysiadł komisarz Pluta. Szybkim krokiem
wszedł do budynku, zapalając jeszcze po drodze papierosa.
- Dzień dobry panie komisarzu. Jak dzień?
- Taki jak zwykle, nic ciekawego.
- Inspektor Przybył wzywa pana do swojego biura.
- Ech... No dobra, już idę.
Inspektor Przemysław Przybył był drugą osobą w kraju, jeżeli chodzi o
policję. Generalnie było tak, że najważniejszym człowiekiem w organach
ścigania był Komendant Główny Policji, drugim Komendant Miasta
Grodzisk, trzecią Komendant Miasta Czarnolas. Jednakże, nikt nie wie
dlaczego tak jest, funkcje Komendanta Głównego i Grodziska sprawowała
ta sama osoba, czyli generał Chojna, dobry przyjaciel inspektora
Przybyła. Był to człowiek święcie przekonany o swej doskonałości. Nie
widział u siebie żadnych wad, był wręcz bytem idealnym, do którego
poziomu mieli się równać wszyscy wkoło.

Komisarz Pluta wszedł do gabinetu.
- Wzywał mnie pan, komendancie? - zapytał na dzień dobry.
- Aaa... Pluta... Witaj witaj ! Gratuluje dobrej akcji, choć ja bym to
zrobił lepiej. Użyłbym hmm... helikopterów. Więcej hałasu robią.
- Bez wątpienia panie komendancie - Roman przez grzeczność nie
zaprzeczył.
- Dobra, ale koniec pieprzenia. Mamy tu robotę. Jak wiesz, jeden z
tych, których zgarnąłęś jest znanym bossem narkotykowym. Swoją główną
bazę ma w Baridasie, gdzieś w lasach. Jego komórkę na Tropicanie już
rozpracowują chłopaki z Soli, my natomiast, a w zasadzie ty,
otrzymaliśmy inne zadanie.
- Taak?
- Tak. Generał Chojna, w porozumieniu z Ministrem Spraw Zagranicznych,
oraz z bardajską policją i MSZ zaproponował pomoc tamtejszej policji w
likwidacji bazy Chico Korteza, szefa tego grubasa co dzisiaj go
złapałeś. Facet jest trudnym graczem, ale ty masz doświadczenie, więc
nie powinieneś mieć problemu z aresztowaniem go.
- Rozumiem, że to ja jadę do Baridasu?
- W rzeczy samej.
- Słucham?!
- No Roman, tobie się nie musi to podobać. Ale słyszałem, że Baridas
jest bardzo przyjemnym miejscem. Podobno... No wiesz... - tutaj
inspektor Przybył zaśmiał się głupio - Fajne dupy tam mają podobno...
- Bajerancko. A nie można kogoś innego wysłać? Np. Kania - on by się
nadawał.
- Eee... On by chlał zamiast pracować jesteś jak znalazł. Z resztą to
jest rozkaz. Wylatujesz w niedziele, także spakuj się. Weź kapięlówki,
mogą się przydać.
- Fajowo...

Rodzyny

Komentarze

  • Niezłe. Taki sarmacki Brudny Harry. Kiedy ekranizacja?

  • Bardzo fajne opowiadanie. :-] Oby nastepme czesci trzymaly ten poziom, a bedzie cudnie. :-)

  • [żeby komentować zaloguj się]