Droga słońca
Ivo Danuta Karakachanow Śr, 24 kwietnia 2007
Droga słońca (Prolog)
La cucaracha, la cucaracha
(Karaluch, karaluch)
Ya no puede caminar
(Już nie może chodzić)
Porque no tiene, porque le falta
(Ponieważ nie ma, ponieważ mu brakuje)
Unas patitas pa(ra) andar.
(Nóżek do chodzenia.)
Falujące morze traw na południu, wschodzie i zachodzie ciągnie się aż po horyzont, a daleko na północy ograniczone jest ciemnozieloną linią drzew - lasu który przechodząc w podmokłą dżunglę ciągnąć się miał wiele setek kilometrów aż do rolniczych i bardziej zaludnionych terenów w okolicach Cracoffii. Gdzieś tutaj, wyznaczona przez mądrych ludzi w stolicach znajduję sie granica Baridasu i Ziem Niczyich. Wspomnieniem po wygodnej, dwupasmowej autostradzie jest tu tylko szutrowa nitka, na której każdy pojazd widoczny jest już z daleka, a to dzięki tumanom kurzu jakie wzbija ku zainteresowaniu krążących wysoko padlinożernych kukułów i kompletnej obojętności stad baridajskich bawołów. Głównym środkiem transportu pozostaje tu jednak koń - w dialekcie miejscowych la habeta. Miejsce przez sześć miesięcy palone słońcem po to aby przez kolejne sześć tonąc w deszczu - La Llanura - Równina. Tak nazywają to miejsce.
Jose zatrzymał swoją klacz na jednym z niewielkich pagórków na południowy wschód od Traktu. Jego współtowarzysze i stado bydła pozostało nieco dalej na południe. Młody mężczyzna ubrany w wojskowe spodnie, bajecznie kolorowy koc poncho i kapelusz z szerokim rondem wpatrywał się w dal wzrokiem mogącym wypatrzeć stepową hienę z odległości nie mniejszej niż drapieżny ptak królika. Przez ramię przewieszony miał nowoczesny, szturmowy automat Karakachanowa. Nikt nie powiedział, że wypasanie bydła tuż przy granicy, a nierzadko po jej drugiej stronie, jest zajęciem bezpiecznym. Około dwóch kilometrów na południe od Traktu ciężko i jakby w zwolnionym tempie machając skrzydłami, zataczając koła i głośno nawołując się wzajemnie, lądowało stadu padlinożerców. Czarny, stepowy kukuł nie był dla nikogo obytego z Równiną widokiem wyjątkowym ,ale i nie napawał dobrymi myślami. Jose opuścił kapelusz na plecy i w dość szybkim tempie udał się w kierunku owego miejsca, które zainteresowało skrzydlatą służbę sanitarną stepu.
Wypalona ciężarówka przedstawiała dziwny widok. Wyrwana przednia oś i zdemolowana kabina przy praktycznie nienaruszonej części ładunkowej sprawiała wrażenie jakiejś komicznej niekonsekwencji. Jose zsiadł z konia i płosząc olbrzymie, czarne ptaki zbliżył się nieco przerażony do na wpół zwęglonego ciała potężnego Murzyna. Cios gellońskim mieczem był niemal pieszczotliwy. Przecięta arteria w odpowiedzi na tą delikatność niefrasobliwie buchnęła fontanną krwi. Słońce świeciło nadal, jakby otwarcie manifestując swoją obojętność na sprawy Równiny.
W siedzibe Służby Bezpieczeństwa Mandragoratu Wandystanu szalała burza. Burza zdolna przenosić miasta i wysyłać ludzi na drugi koniec v-świata.
- Dowiecie się, towarszyszu, kto napada na te ciężarówki, i - Oficer zaciągnął się papierosem - zrobicie to szybko, albo... Słowa zawisły w powietrzu.
Damian Jakowski skłoniwszy się cicho wyszedł z gabinetu.
Na przedmieściach Almery, na piętrze niewielkiego budynku mieszczącego w sobie sklep spożywczy i zakład fryzjerski, znajdowało się "Biuro Usług Detektywistycznych". Były zapaśnik John De Auxil nie dbał ani o porządną reklamę, ani o specjalny porządek. Od lat zajmował się głównie śledzeniem niewiernych małżonków i pokątnym odzyskiwaniem długów. Jego studwudziestokilowe, czarne cielsko lśniło od potu. Butelka rumu i niedopalone cygaro w mosiężnej popielniczce świadczyły o tym, że dzisiejszy dzień nie należał do pracowitych. Białe drzwi ze sklejki zaskrzypiały paskudnie, wiatrak zamocowany u sufitu z westchnieniem mielił gęste powietrze. Termometr zawieszony na ścianie tuż obok portretu Świeckiego Bravo sam sobie nie wierząc wskazywał czterdzieści stopni Celsjusza. Plus czterdzieści stopni. Drzwi przekroczyła młoda kobieta w doskonale skrojonym żąkiecie i szpilkach. Piękne blond włosy i rysujące się pod bluzką drobne piersi wyrwały Johna z tępego odrętwienia. Zrywając się aby powitać nieznajomą zrzucił na podłogę stos papierów zalegających róg biurka i niemalże przewrócił niedokończoną butelkę z ciemnym, uzyskiwanym z cukrowej trzciny trunkiem.
- W czym...
- Proszę usiąść i posłuchać. Proszę nie przerywać. Proszę przynajmniej otworzyć okno jeśli już pana nie stać na klimatyzację.
Dwie godziny później John zastanawiał się jakim cudem dał się wplątać w poszukiwanie jakiś zaginionych ciężarówek z zaopatrzeniem. Chociaż miły ciężar banknotów podszeptywał mu odpowiedź detektyw nadal nie mógł w to uwierzyć...
Rodzyny
Komentarze
Helmut WalteryczLud kocha ingawaara!
- [żeby komentować zaloguj się]



