|
dogmeat
|
 |
« : Lipiec 13, 2008, 07:42:04 pm » |
|
Dzień dobiegał ju z końca, jednak słońce wciąż nie dawało spokoju radioaktywnej pustyni. Poza wybudowaną z drewna i złomu niewielką osadą, nigdzie w okolicy nie dawała znać o sobie żadna żywa istota. Prawie. Zza pobliskiego wzgórza wyłaniała się brudna, czworonożna postać, doczołgując się krok po kroku do bram osady. Wycieńczony, acz wciąż zadowolony z życia, Dogmeat nie rozglądając się skierował swe kroki do biura zarządu Młodych Winków. Ominął łukiem swój ukochany Bar pod Różowym Kundlem, za którym ujrzał kilka blach złączonych razem drewnianymi belkami, tworzące prostopadłościenną bryłę. Sporych rozmiarów pordzewiała tablica z logiem Poseidon Oil, wisząca na ścianie informowała przechodniów, że jest to "Biuro Kierownika". Dogmeat dobrze znał rozmieszczenie budynków, nie było ich zresztą zbyt wiele. Miał szczęście - zastał mieszkańców na zebraniu, kłócących się na temat polityki wewnętrznej obecnego rządu Winktown. Wszyscy byli zbyt zajęci, by zauważyć kudłatego kundla wskakującego na podwyższenie i zerkającego podejrzliwie na Winków. - Khe, khem - odchrząknął głośno, jednak nikt nie zareagował. - Khe, khem - Odchrząknął po raz kolejny, tym razem najgłośniej jak był w stanie. Dzięki temu gilka głów odwróciło się w jego stronę. Nie przejmując się całą resztą, rozpoczął swój monolog. - Nie znam waszych historii, nie wiem więc na ile przypominają one moją. A moja historia to poszukiwania. Moje krótkie pieskie życie skupione było wokół poszukiwań swojego miejsca w świecie. Wydawać by się mogło, że gdy całe życie na naszej planecie zostało zdziesiątkowane, miejsca powinno być znacznie więcej. Dzieje się na odwrót. Jestem tylko jeszcze jednym wałęsającym się po świecie kundlem, lekko tylko napromieniowanym. Kundlem, który od zawsze kręcił się w pobliżu ludzkich osiedli, gdzie czuł się najszczęśliwszy. Skąd dokładnie pochodzę, tego sam nie wiem. Moja pamięć sięga pobytu w sporym miasteczku, zwanym Shambo. Życie tam biegnie powoli, za wyjątkiem obleganego zawsze bu...baru. Tam miałem swój kącik, tam był mój dom. Nigdy nie nazywałem tak tego miejsca, ale na przestrzeni czasu... Tak, to był mój dom. Jednak nie moje miejsce w świecie. Shambo było spokojnym miastem, rządzonym twardą ręką, z silnie wykształconą klasą średnią oraz wyższą. To nie ten klimat, o którym marzyłem. Wkrótce wyruszyłem dalej wałęsać się po świecie. Na przemian wyruszałem i wracałem, gdyż walczyły we mnie dwa pragnienia, z których jedno to było pragnienie spokoju, drugie - pragnienie swobody. Szukając wolności, wyruszałem na pustynię, gdzie czychała na mnie śmierć z głodu, pragnienia, i od dzikich stworzeń, równie głodnych (chciałoby się powiedzieć: wygłodniałych) jak ja. Chcąc żyć wygodnie, wracałem znów, by znosić upokorzenia życia pod jarzmem shambowej bigoterii. Bym tak się motał pewnie jeszcze długo, gdyby nie pewna grupka nieznajomych. Wędrowców, jak ja. Był wśród nich niejaki Talerz - wizjoner, lecz przede wszystkim istota ambitna i zaradna życiowo. Połączyło nas zamiłowanie do popularnej na pustkowiach formy spędzania wolnego czasu, jakim niewątpliwie jest raczenie się alkoholem. Wtedy poczułem, że moje marzenie ma szanse się spełnić. Poczułem, że nie jestem skazany na podejmowanie wkółko tego jednego trudnego wyboru. Mogę zarówno zaznać wolności, jak i zażegnać wszelkie trudności życia. To było moje wybawienie. Moim wybawieniem okazała się góra złomu i wybudowane z niej prowizoryczne baraki. Mój raj znajdował się wewnątrz blaszanych ścian, wśród spróchniałych mebli, na zimnej brudnej podłodze. Bo cóż oznaczają cztery ściany? Przenosiliśmy się 10 razy, za każdym razem budując miasto od podstaw. Istotą naszego raju był styl życia. Styl życia, który oznaczał: nieprzejmowanie się jutrem; cieszenie się tym co jest w butelce zamiast myślenia o kolejnej; wolność i nikt stojący ponad nami. Nie pociągnęliśmy za sobą tłumów, ale pociągnęliśmy tych parę osób. W naszym własnym świecie, do którego nie docierały troski zewnętrznego świata, cieszyliśy się wszystkim, w czym nam przyszło brać udział. Budowa kolejnych barów w różnych zakątkach pustkowii w prażącym słońcu, jakie ogrzewało skały wokół nas, okazywała się przyjemnością. Walka o porzetrwanie stała się rozrywką. Wszystko to działo się za sprawą pogody ducha i wewnętrznej euforii, jaka nas nie rozpierała, lecz wypełniała, ogrzewając miło. Dogmeat zapauzował swój wywód, nabierając tchu i wyczekując chwilkę, po której znów konktunuował, zmieniwszy nieco ton z groteskowego połączenia melancholii i patosu, na łagodny ton nieśmiałej prośby-zapytania. Bym powiedział: nie potrzebowaliśmy władzy. Nie chcieliśmy władzy. Chcieliśmy żyć w naszym raju. Lecz czy teraz jest inaczej? Wiem, że wśród zgromadzonych tutaj jest jedna istota, która również współtworzyła ten raj, i której marzeniem był ów raj. Tu pies obrócił się wokół siebie i zatrzymał na wprost starego ghoula. - Harold, czy potwierdzasz moje słowa? Czy Winktown było celem naszej wędrówki? Czy nadal chcemy raju? Jesteśmy już bogatsi o przeróżne doświadczenia, jednak chęć życia w naszym idealnym świecie jest nadal żywa. Odezwijmy się do młodego pokolenia. Powiedzmy im co zapewniało nam swobodę w życiu naszym stylem życia. Po raz ostatni brudne czworonożne stworzenie przybyłe z pustkowii zrobiło pauzę, tym razem dłuższą niż poprzednie. Nie przejmując się tym, czy widownia spogląda na niego z uznaniem, czy krytycznym wzrokiem, czy też może w ogóle nie zwróciła na niego uwagi, spojrzał nieodgadnionym, tęsknym, zdawałoby się, wzrokiem, w przestrzeń znajdującą się za wygiętą i dziurawą blaszaną ścianą. Wzrok spuszczał swobodnie, powoli, aż napotkał się ze wzrokiem pozostałych. Rzekł dwa słowa z nietypowym dlań zdecydowaniem. Nie krzyknął, powiedział to normalnym głosem, a mimo to słowa potoczyły się głośnym echem. Dwa słowa wypowiedziane zostały bez szczególnego emocjonalnego zaangażowania, jednak z niesamowitą determinacją. - Chcemy ANARCHII!
|