Numer 4/1
Arona 04.08.2001
PWW "PRASA"

Copyright © eMBe

STRONA 4
STRONA 6

Po tamtej stronie króliczej nory

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem- czytamy w biblijnej Księdze Koheleta. Święte słowa, chciałoby się rzec, rozmyślając nad dziejami minionych imperiów, które musiały upaść bo tak chciał Los.
Życie jest jednak zbyt krótkie, by to zrozumieć. Marzą nam się raje podatkowe, idealne demokracje, krainy mlekiem i miodem płynące. Ludzkość, począwszy od Platona, przez Morusa, Campanellę, Fouriera, Owena, a na współczesnych nam marzycielach skończywszy nie może wyzbyć się złudzeń o państwie doskonałym. Piewców lepszego świata nie brakuje również w wirtualnej rzeczywistość, na co dowodów nie trzeba daleko szukać- wystarczy wystukać na klawiaturze naszego komputera hasło Dreamland, Leblandia, Freelandia czy Cyberia, by znaleźć się po tamtej stronie króliczej nory.
Ale czy faktycznie internetowe cesarstwa, królestwa i republiki są lepsze od tych funkcjonujących w rzeczywistości? Śmiem przypuszczać, że nie. Mimo pozornie najlepszych chęci twórców "micronations" nie udało się im osiągnąć zamierzonego celu: wykreowania raju na ziemi, a właściwie na ekranie naszego monitora. Bo trudno mówić o jakimkolwiek raju, gdy na przyznanie obywatelstwa trzeba czekać tygodniami (Cesarstwo Aztec), następnie należy płacić regularne podatki (gdzieniegdzie), narażać się na narzucenie swoistej ekskomuniki (Leblandia), czy patrzyć jak rząd nacjonalizuje twoją firmę. Wymyślanie wszelakich form utrudniania życia swoim mieszkańcom poprzez tworzenie przeróżnych kodeksów prawa karnego, podatkowego, finansowego, budowlanego stanowi doskonałą formę ukazania swojego ukrytego "ja"- żądnego władzy zakompleksionego frustrata ze skłonnościami do megalomanii. Bądźmy szczerzy- czym kieruje się potencjalny ojciec-założyciel nowego cyber-państwa- przecież nie chęcią uszczęśliwiania. Gdyby taki marzyciel rozmieścił na terytorium własnego kraju kilometry szybów naftowych i ogromne złoża tegoż surowca, to mielibyśmy sytuację zbliżoną do Kuwejtu - faktyczny brak podatków. Oczywiście nie mówię, że w Kuwejcie lepiej się ludziom przez to żyje. Ale na pewno mają o jedno zmartwienie mniej. Jest jednak jedna rzecz, która łączy wirtualne państwa ze wspomnianym Kuwejtem. Kolorystyka flag. A tak w ogóle to patrząc na godła poszczególnych prowincji nie można nie odnieść wrażenia, że ich projektanci czerpali pomysły z analogicznych symboli na flagach państw afrykańskich czy republik bananowych.

c.d.

Inną płaszczyzną funkcjonowania mikronarodów jest sfera obyczajowa. Społeczeństwa cyber-państw nie różnią się od tych rzeczywistych- mamy więc bezrobotnych, dziennikarzy, urzędników nadmiernie rozbudowanej administracji, rektorów uniwersytetów i arcykapłanów. Ot, taka sielanka. Pozornie wszystko jest w najlepszym porządku, ale niech ktoś spróbuje zadrzeć z władzą. Ta jest najczęściej tak przewrażliwiona (przecież nie może delikwenta pozwać do sądu), że ucieka się do takich sprawdzonych form kary jak klątwa (domena szamana vel arcykapłana). I co wówczas grozi takiemu przeklętemu obywatelowi ? Oto fragment treści takiej standardowej klątwy: "Twe genitalia maleć będą aż znikną zupełnie, choć z pewnością już tak się stało. Pan dotknie cię wrzodem, hemoroidami, świerzbem i parchami, których nie zdołasz wyleczyć. Żebyś miał parch na głowie i za krótkie ręce. Zaręczysz się z kobietą, a kto inny ją posiądzie."
Innych równie groteskowych przejawów patologii w sieci (choć można je potraktować jako formy poczucia humoru) jest więcej. Generalnie państwa wirtualne podzielić można na dwie kategorie: te, które niemalże niczym się nie różnią od realnych krajów (rządzone najczęściej przez jedną osobę, mającą do dyspozycji szereg przeróżnych rad prowincji i namiestników, przez co są bardziej cywilizowane i znośne) i te, które są formą reanimacji dawnych kultur i narodów (np. antyczny Egipt, Aztekowie, itp.). Te ostatnie państwa są najczęściej rządzone przez delikwenta tytułującego się cesarzem o boskim rodowodzie i nadludzkich zdolnościach, wspomaganego przez starszyznę plemienną (szamanów, arcykapłanów i innych zboczeńców). W taki państwie naprawdę trudno wytrzymać, jeśli się nie sprawuje funkcji wysokiego urzędnika, a takich, jak wiadomo nie można mnożyć ponad potrzebę, bo się robi za ciasno przy korycie. I dochodzi do konfliktu kompetencyjnego. Bo czy dany burmistrz może ingerować w sytuacji naruszania prawa przez obywatela, podczas gdy istnieje jeszcze zarządca kantonu, namiestnik prowincji, rada prowincji, urząd ochrony państwa, ministerstwo sprawiedliwości, wojsko, żandarmeria narodowa, król i jego regent? Kto chce być szarym obywatelem?

Ciąg dalszy w następnym numerze. ( Jacques de Brolle )

Skład redakcji "Głosu Weblandu" :
Redaktor Naczelny eMBe,    Redaktor Luna,    Redaktor Evo,    Redaktor Ragen,    Redaktor Jacques de Brolle,