Numer 5/1
Arona 11.08.2001
PWW "PRASA"
Copyright © eMBe
Po tamtej stronie króliczej nory - cz. 2
Konstytucje wirtualnych państw, będące swoistym dekalogiem, zbiorem
nakazów i zakazów, w sposób aż nadto widoczny wskazują obywatelowi jego miejsce
w szeregu. Właściwie należałoby w tym miejscu pochwalić internetowych
prawodawców. W cyberpaństwach istnieje wiele rozmaitych kodeksów prawa, ale
zewsząd przebija fundamentalna zasada Saint-Simona, XIX wiecznego
przedstawiciela socjalizmu utopijnego:
"Każdemu stosownie do jego zdolności,
Każdej zdolności stosownie do jej pracy."
Precz z charakterystycznym w
nadwiślańskim kraju podejściem do życia w stylu: czy się stoi, czy się leży dwa
pińcet się należy". Tutaj przeważnie każdy, kto marzy o czymś więcej niż tylko
fakcie figurowania jego nazwiska na liście obywateli musi się czym się wykazać.
Każdy, kto choć przez tydzień był obywatelem jakiegokolwiek internetowej
republiki wie o czym mówię. Oczywiście są i układy. Wystarczy, że kumpel z
naprzeciwka zaciąga się w poczet obywateli naszego imperium, a już zastanawiamy
się, jak by tu wywindować go na szczyty w umownej państwowej hierarchii. I to
nic, że kumpel nie wie, że został wiceprezydentem, bo przez kwartał nie był
sieci fundując sobie akurat maraton alkoholowy. Przykładów na istnienie regentów
czy wiceprezydentów, którzy nie kiwnęli nawet palcem (lub jeżeli nawet kiwnęli,
to tak, że trzeba było po nich sprzątać) jest bez liku.
Wrócę jeszcze na
moment do kodeksów prawa wirtualnych państwa. Tych, w zależności od wyobraźni
prawodawcy, może być naprawdę dużo. Mamy więc kodeksy prawa administracyjnego,
cywilnego, podatkowego, finansowego, budowlanego, karnego (te są najciekawsze).
c.d.
Pomijam już fakt, że zazwyczaj prowincjonalne regulacje prawne stoją
w jawnej sprzeczności z konstytucją całego państwa, a dekrety niektórych
namiestników są już przykładem myślenia w kategoriach: "co by tu jeszcze zrobić,
aby nic nie robiąc, udawać że się coś robi". Nie twierdzę, że jest tak wszędzie.
Dreamlandczycy mają przeważnie szczęście do swoich lokalnych pryncypałów, ale w
niektórych micronations od czasu do czasu pojawia się kolejne wcielenie Stwórcy,
swoisty demiurg, pan losu i śmierci, który chyba tylko przez niedopatrzenie
zawędrował na namiestniczy stolec i postawił na nim drugi (własny).
Same
kodeksy nie są złe, jeśli nie są sztuką dla sztuki. Oto mamy prawo podatkowe w
państwie, w którym nie ma podatków. Albo kodeks karny, podczas gdy nie ma kto
egzekwować kar. To już lepiej usiąść przed telewizorem i śledzić z zapartym
tchem drugą edycję Big Brothera. A jak wygląda ustrój typowego wirtualnego
państwa? Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana. Ojciec-założyciel nowego
internetowego imperium zazwyczaj stara się zastrzec dla siebie - jako władcy -
jak najwięcej prerogatyw. Stąd wachlarz jego kompetencji jest niezwykle szeroki,
często wkraczający nawet w sferę prywatności obywateli. Dlatego też niemal
wszystkie państwa w internecie są cesarstwami, królestwami i księstwami.
Republik jest jak na lekarstwo. Tam, gdzie obywatel ma coś do powiedzenia, tam
kończy się samowola imperatora. Dreamlandowi daleko do demokracji, ale i tak w
porównaniu z innymi internetowymi państwami "nasze" królestwo wypada
przyzwoicie.
Ciąg dalszy w następnym numerze ( Jacques de Brolle )
Skład redakcji "Głosu Weblandu" :
Redaktor Naczelny eMBe,
Redaktor Luna, Redaktor Evo, Redaktor
Ragen, Redaktor Jacques de Brolle,